Skoki narciarskie. Maciej Kot skacze daleko z zimą w głowie

- Zmiana trenera kadry była wielkim bodźcem dla nas wszystkich. Chcemy być mocnym zespołem, a nie grupą schowaną za plecami Kamila Stocha - mówi Maciej Kot, triumfator letniej GP w skokach narciarskich.

DARIUSZ WOŁOWSKI: Jest pan drugim Polakiem po Adamie Małyszu, który wygrał cykl letnich skoków. Kamil Stoch powiedział nawet, że skacze pan teraz we własnej lidze. Przeskakiwał pan rywali o 10 m.

MACIEJ KOT: Skłamałbym, gdybym powiedział, że mi to nie daje satysfakcji. Ostatni sezon zimowy był nieudany dla całej kadry, ale uwierzyliśmy nowemu trenerowi. Wykonaliśmy z nim masę ciężkiej pracy. W letnim GP startowaliśmy trochę przy okazji, żeby mieć kontakt z rywalami, poczuć adrenalinę, ale ten cykl nie był celem sam w sobie. Na konkursy do Japonii i do Rosji nie pojechałem. Nie chodziło o wygrywanie, ale jak najlepsze przygotowanie się do zimy. Celem są dobre wyniki w PŚ i na MŚ w Lahti. W głowie mamy zimę. Lato było ok, euforii jednak nie ma. Wyniki na igielicie i śniegu to dwie różne sprawy.

Mówi pan, że bodźcem dla wszystkich było zastąpienie Łukasza Kruczka przez Stefana Horngachera. Pan i trzeci w GP Kamil Stoch możecie być jednak bardziej zadowoleni niż Piotr Żyła, który zakończył na 44. pozycji.

- Trenujemy ze sobą, mieszkamy i rozmawiamy. Wszyscy są z pracy z nowym trenerem zadowoleni. Okazało się jednak, że zmiany wprowadzane przez Horngachera u mnie dały szybszy efekt. To, w czym poprzedni trener kadry widział wady, obecny dostrzegł atuty. Zmieniliśmy bardzo dużo w moim treningu, technice skoku, ale i tak poszło w sumie stosunkowo łatwo. Innym zabierze to może więcej czasu, ale każdy czuje poprawę. Nowy trener zmienił przecież Piotrkowi pozycję dojazdową.

Po igrzyskach w Soczi Kamil został wielką gwiazdą polskiego sportu, ale wydawało się, że pan - siódmy i dwunasty w konkursach olimpijskich - będzie dla dwukrotnego mistrza poważnym wsparciem.

- Z jednej strony cała presja spadała na Kamila, więc teoretycznie my byliśmy pod parasolem ochronnym. Z drugiej strony czuło się, że nie wszyscy są w kadrze traktowani tak samo, że ktoś jest ważniejszy, a ktoś mniej. Wydaje mi się, że to nie było dobre nawet dla Kamila, który nie miał spokoju, patrzono tylko na niego, od niego żądano zwycięstw. Jeden skoczek nie powinien być rozliczany za wszystkich. Naszą siłą musi być zespół i teraz znów jest na to szansa. Tak to odbieramy. Pracujemy razem, ale każdy z nas inaczej - nad tym, co jest jego słabością.

Pan uchodzi za zawodnika, który od siebie wymaga dużo. A z ciężkim plecakiem presji skacze się trudniej.

- Przekonałem się o tym w ostatnich dwóch latach. Bywało ciężko, bywałem zdezorientowany i bezradny. Dziś jest mi zdecydowanie łatwiej, bo dobre skoki nakręcają, są dowodem, że praca na treningach wykonywana jest poprawnie. W letniej GP skakałem bez presji, nie myśląc o wyniku. I wiem, jaki to daje komfort. Zimą myśli o sukcesach nieuchronnie się pojawią, bo ja chcę zajmować wysokie miejsca, walczyć o trofea. Nigdy nie chciałem być przeciętny. To mi nie wystarcza. Wierzę, że to, co przeżyłem w poprzednich latach, zahartowało mnie. Że pojawienie się presji zimą nie przeszkodzi mi skakać daleko. Ważne jest, żebyśmy byli drużyną, wszyscy odpowiadali za wyniki, brali na siebie presję i odpowiedzialność. Wtedy każdemu z nas z osobna będzie łatwiej.

Nadal współpracuje pan z psychologiem? Horngacher nie miał uwag w tej sprawie?

- Powiedział, że ci z nas, którzy czują potrzebę wsparcia psychologa, mogą z nim pracować. Ale psychologa dla wszystkich nie będzie, każdy powinien znaleźć odpowiedniego człowieka. Żeby nie było tak, że ktoś jest zmuszany do konsultacji z kimś, do kogo nie ma zaufania. Mamy wybór.

Najpiękniejsze cheerleaderki ligi NFL pozują do kalendarza [DUŻE ZDJĘCIA]

Więcej o: