MŚ w Falun. Mistrz Stoch nie odleciał

- Nie byłem w stanie rywalizować o zwycięstwo - mówił smutno Kamil Stoch po 12. miejscu na mistrzostwach świata w Falun. Do rewelacyjnego Severina Freunda stracił aż 43,7 pkt

Mistrz świata sprzed dwóch lat mówił, że życie szkoli go od początku sezonu. Najpierw kontuzja, operacja, strata 10 konkursów Pucharu Świata. Potem pogoń za czołówką i wielka euforia w Zakopanem, gdzie wygrał. Opowiadał wtedy, że w stawie skokowym bólu już nie ma, a z głowy znikła reszta obaw. I znów może rywalizować z najlepszymi, tak jak przed rokiem, gdy zdobył dwa złota w Soczi i Kryształową Kulę za triumf w PŚ. Potem Polak wygrał jeszcze zawody w Willingen, skakał nieźle, równo, nie wypadając z czołówki. A ponieważ w ostatnich dwóch latach zawsze trafiał z formą na najważniejsze imprezy, można było liczyć, że trafi i w Falun. Tymczasem od pierwszego treningu na skoczni normalnej wszystko szło jak po grudzie. 28-letni skoczek odstawał od czołówki, przegrywając nawet z pogrążonymi w kryzysie kolegami z drużyny.

- Wciąż mi tu czegoś brakowało. Myślałem, że mistrzostwa będą dla mnie trudne, ale nie sądziłem, że aż tak trudne. Były chwile, że skakałem lepiej, ale ogólnie wypadło to słabo - mówił Stoch. Widać było, że porażka na dużej skoczni zabolała go do żywego, choć podkreślał, że jest przegrany, ale nie złamany. Dodał, że nie składa broni nawet jeszcze tu w Falun, bo skoki kolegów z kadry dają nadzieję na niezły konkurs drużynowy.

W czwartek najlepszy z Polaków był Piotr Żyła, który doleciał do dziewiątej pozycji. Jak na skoczka niestabilnego zaprezentował w miarę równe loty (123 i 121,5 m), choć nie zaniosły go one do innej galaktyki. To były odległości mniejsze niż Stocha, ale uzyskane w trudniejszych warunkach wietrznych. Według trenera Łukasza Kruczka - najgorszych w konkursie. W pierwszej serii zdarzyło się zresztą coś dziwacznego, Kamil po lądowaniu na 125. m zajmował pozycję przed Żyłą, gdy po jakimś czasie przyszła weryfikacja punktacji za wiatr i spadł o dwa miejsca za kolegą. Po konkursie Polacy złożyli protest i zażądali wyjaśnień.

W strefie wywiadów Stoch patrzył na nas wyjątkowo smutnym wzrokiem. Gdy dziennikarz rzucił uwagę, że oddał dwa równe skoki, próbował gorzko żartować, iż równe, ale krótkie. Poruszyło go tylko pytanie o to, czy przed przyjazdem do Falun brał pod uwagę porażki z kolegami z reprezentacji. - Oczywiście, zawsze to się może zdarzyć, mamy w zespole ambitnych i dobrych zawodników - powiedział. Gratulował Żyle, starał się na podstawie jego wyników budować nadzieje na sobotę. Konkurs drużynowy to ostatnia szansa dla Polaków na MŚ, przed którymi Kruczek zapowiadał walkę o trzy medale. Tak naprawdę obrona brązu zespołu wydawała się najmniej realna. Poza Stochem i Żyłą wszyscy kadrowicze skakali w tym sezonie słabo. Dziś drużyna to, jedyne co pozostało, choć od Niemców, Norwegów, a także Austriaków skoczków Kruczka dzieli znaczący dystans. Ale cuda w skokach się zdarzają, udowodnił to Gregor Schlierenzauer.

Hasło "ratujmy razem co się da" będzie obowiązywało do soboty. Wydaje się, że wobec spadku formy lidera, który zawsze ciągnął go w górę, Polska jest jak pociąg bez lokomotywy. Czy to moment, gdy zawodnicy drugiego planu przestaną się chować za plecy Stocha? Nadszedł czas, by Żyła, Klemens Murańka, Dawid Kubacki, Jan Ziobro i Aleksander Zniszczoł dali reprezentacji więcej niż zwykle.

Nieprawdopodobny konkurs w Falun wygrał bezapelacyjnie Severin Freund. Ten sam, któremu niedawno przypinano łatkę słabego psychicznie. Tym razem latał jak nakręcony, w drugiej serii poprawił własny rekord skoczni, uzyskując 135,5 m. Niemiec jest jedną z największych gwiazd MŚ, złoto na normalnej skoczni przegrał z Runem Veltą o 0,4 pkt. Potem triumfował w konkursie mieszanym, a w czwartek zdeklasował rywali. Został pierwszym Niemcem od 14 lat, który triumfował w indywidualnym konkursie na MŚ. W 2001 r. Martin Schmitt pokonał na dużym obiekcie w Lahti Adama Małysza.

Freund był w Falun klasą dla siebie, skoczkiem podniebnym, takim jak Stoch na igrzyskach w Soczi. W czwartek wygrał z przewagą aż 22,3 pkt ze zmartwychwstałym nagle Schlierenzauerem. Austriak był kandydatem do tytułu największego przegranego MŚ. Właściwie wszystkie jego skoki były słabe i nagle w konkursie oddał dwa znakomite. Trzeci medal w Falun (drugi indywidualny) zdobył Velta, który po pierwszej serii był dopiero ósmy.

Debiutujący na MŚ Murańka miał szansę na miejsce w piętnastce, co byłoby dla niego sukcesem. Po pierwszej serii był szesnasty, w drugiej oddał słaby skok (113,5), spadając o cztery pozycje. Mocno rozczarowany był Kubacki, który twierdził, że nie poradził sobie z presją. Przy okazji jednak wyznał, że od jakiegoś czasu pracuje z psychologiem, ale w Falun było za wcześnie, by ta współpraca przyniosła efekt.

Stochowi Falun będzie się kojarzyło fatalnie. Chyba że w sobotę zdarzy się coś, co z perspektywy sezonu byłoby czymś nieprawdopodobnym.

Więcej o: