MŚ w Falun. Żyła: Jak się człowiek zepnie, pospinają mu mięśnie pod wpływem presji, to wtedy jest klapa

Skoki muszą być normalne, ani więcej, ani mniej, tylko normalne. Bo jak się chce więcej, to wychodzi z tego totalna klapa, taka jak mnie w sobotnim konkursie na skoczni normalnej. Siadając na belce, o tym pamiętałem i nagle wszystko się zawaliło.

Dariusz Wołowski: Czy po tym efektownym skoku na 134,5 m na wczorajszym treningu na dużej skoczni w Falun mógł pan wylądować bez podpórki?

Piotr Żyła: Mogłem. Akurat skupiałem się na równym i wąskim prowadzeniu nart, więc jakoś lądowanie przegapiłem. Gdybym lądował telemarkiem, wszystko byłoby OK. Ale lądowałem na dwie nogi, a wtedy środek ciężkości zawsze przesuwa się do tyłu. I mnie przeważył. W konkursie na pewno bym ten skok ustał.

Wielkiego żalu nie ma, bo rekordy skoczni i tak liczą się tylko w kwalifikacjach i zawodach, a nie na treningach.

- Do rekordu skoczni to tam jeszcze pewnie daleko było...

Dokładnie 0,5 m. 135 skoczył tu Severin Freund rok temu po igrzyskach w Soczi.

- O rany, jakoś to przeoczyłem. Szkoda, że nie pociągnąłem tego skoku, bo jeszcze z metr się dało. To był bardzo dobry skok, a właściwie wykonany tak normalnie. I taki jest klucz do dobrego skakania, trzeba oddawać skoki normalne i będzie dobrze. Jak się szuka ulepszeń na zawodach, to jest klapa. Tak było ze mną w sobotę na skoczni normalnej.

Czyli ten malinowy kombinezon, który pan testuje, zobaczymy na zawodach?

- Malina się dziś spisała, więc na pewno dam jej jeszcze jedną szansę, może w serii próbnej przed kwalifikacjami lub w samych kwalifikacjach. Mam dwa bardzo dobre kombinezony: malinę i złoto, między nimi jest rywalizacja. Kto wygra, wystąpi w czwartek w konkursie. Są podobne, ale skoczek zawsze szuka tego lepszego, tego pewniejszego, który zapewni mu większy spokój na zawodach. Malina przegrała ze złotym na treningach w Szczyrku przed mistrzostwami świata, więc na normalnej skoczni w Falun włożyłem złoty. Teraz szanse maliny wzrosły.

Optymizmu po tym, co stało się w sobotę, pan nie traci?

- Nie. Ja zawsze staram się być optymistą. Tamto zabolało bardzo. Jeszcze jak wracałem do hotelu po zawodach na normalnej skoczni, byłem rozbity, ale następnego dnia powiedziałem sobie, że już nie mogę się dłużej maltretować, że było, co było. Popełniłem najbardziej szkolny błąd, który już od miesięcy mi się nie zdarzył. Zamiast skakać tak jak zwykle, postanowiłem ze względu na mistrzostwa świata coś dodać. I wszystko popsułem. A przecież trenerzy mi powtarzają i ja sam wiem, że normalny skok wystarczy, że nikt niczego więcej nie oczekuje. Jeszcze raz pokpiłem sprawę, na dużą skocznię trzeba wyciągnąć wnioski. Myślenie, że to szansa życiowa, że trzeba skoczyć inaczej, lepiej niż zwykle, nie pomaga. I ja się o tym przekonałem. Niestety, nie pierwszy raz.

Czyli usiądzie pan na belce w konkursie na dużej skoczni i powie sobie: "OK, skaczę jak na treningu"?

- Właśnie tak. Mam swoje trzy punkty, które powtarzam sobie podczas skoku, są zawsze takie same, tylko luźno związane ze skokami, ale pozwalają mi zachować pełen automatyzm. Dzięki nim zawsze robię to samo. A w sobotę na normalnej skoczni zapomniałem nawet, co w tych punktach było. Wszystko poszło na opak i skok mi się rozleciał.

Jakie są te pana trzy punkty?

- Nie będę się chwalił, nich będą tajemnicą.

Reasumując: 100 pomysłów na sekundę to niedobrze?

- Fatalnie. To jest takie głupie myślenie, które zawsze rujnuje szansę, by dobrze poskakać. Tyle razy się o tym przekonałem, że już mi nauki powinno starczyć. W sobotę się to moje myślenie zaburzyło. W czwartek już nie może.

Trener Łukasz Kruczek mówił, że po sobocie nie będzie trzeba pana zbierać, bo w niedzielę obudzi się pan pozbierany. Prawda?

- Tak. Przeszłość trzeba zostawić za sobą, bo jest już niemożliwa do zmiany. Bez tego skakać się nie da. Nie da się normalnie funkcjonować. Trzeba się wyzerować, być w dobrym humorze. Nie myślałem o skakaniu w te dwa wolne dni. Jeszcze rok temu tkwiłem w tym błędzie, że rozpamiętywałem skoki zbyt długo. Po igrzyskach w Soczi byłem tak na siebie wściekły, że czekałem na kolejny konkurs, myślałem tylko o tym, żeby się zrewanżować, zrehabilitować. To męczy, to złe myślenie, bo jak wyszedłem na skocznię tak naładowany, to była z tego tylko kolejna katastrofa.

W wolne dni nie myślał pan o skokach, a o czym?

- Mam swoje sposoby, człowiek organizuje sobie sporo zajęć, żeby nie myśleć.

W takich sytuacjach wszyscy wam radzą, żeby psycholog wrócił do pracy z kadrą. Powinien wrócić?

- Pierwszymi psychologami kadry są trenerzy. Oni nas znają, do każdego mają podejście. A psycholog? Każdy z nas wie, jak się z nim pracowało, przecież mieliśmy go w kadrze. Nauczył nas, na czym się koncentrować, i teraz musimy umieć poradzić sobie sami. Psycholog za mnie nie skoczy. Na belce ze mną nie usiądzie. W sobotę, kiedy wychodziłem na belkę, pamiętałem, nad czym pracowaliśmy z psychologiem, miałem w głowie wszystko poukładane i nagle się to zawaliło. Czuję, że muszę sobie radzić sam w takich sytuacjach, oczywiście na bazie tego, co wypracowaliśmy wcześniej z psychologiem i trenerami. Tam na górze, na szczycie skoczni każdy z nas jest sam. Ja wiem, że moja praca przynosi efekty, że jest coraz lepiej, choć człowiek uczy się całe życie i wciąż trafiają mu się błędy.

Czyli potrzeby pracy na co dzień z psychologiem pan nie czuje?

- Nie. Psycholog powie mi, że mam nie napalać się na wynik, że mam nie mieć w oczach medali, tylko robić dobrze swoją robotę. Ja to wiem doskonale, jestem do tego przekonany, tak właśnie chcę do tego podchodzić, tylko w mojej głowie muszę wytworzyć sposoby, by nigdy, nawet w sytuacji największego stresu, na najważniejszych zawodach tego nie zapominać. To ma być automat. Ja to wiem, wiem, tylko czasem gdzieś mi to z głowy uleci. Siadając na belce, zaczynam nagle chcieć za dużo i mnie to przerasta.

Wszyscy mówią, że ma pan bardzo dużo potencjał.

- No właśnie, ja też tak czuję. Z tego bierze się to napalanie, bo wiem, że mogę latać daleko. Stać mnie na dobre skoki i wysokie miejsca, ale muszę pamiętać dewizę, że normalnie wystarczy. Skok normalny jest taki jak ten 134,5 m, czasem trafi się 123 m. To zależy od warunków, od drobnych błędów. Ale to wszystko są skoki normalne. I tak mam skakać w konkursach. Żadnych kombinacji. Tymczasem polepszanie normalnego prowadzi do nieszczęścia.

Oglądacie mecze w Lidze Mistrzów? Czy takie emocje wam szkodzą?

- Oglądamy, ja piłkę lubię, co prawda jest mi wszystko jedno, kto wygra w parze Barcelona - City, byle mecze były pasjonujące i wyrównane. Sam też grywam w piłkę, mamy przecież drużynę w Wiśle. Nasz kapitan został burmistrzem miasta, a więc liga wiosną na pewno ruszy.

Czy myślał pan o tym, by zmienić swój dojazd do progu? Radzą to panu prawie wszyscy, z Adamem Małyszem na czele.

- Ten najazd jest dla mnie wygodny, dobry, pewnie się w nim czuję. Tak lubię, to mi pomaga. Złe skoki nie wynikają z tego, że najazd jest zły, ale z tego spinania się. Przy moim najeździe, gdy wykonam wszystko luźno, skoki wychodzą jak trzeba. Gorzej, jak się człowiek zepnie, pospinają mu mięśnie pod wpływem presji, to wtedy jest klapa. Trenerzy kadry myślą tak jak ja, bo cały czas pracują nad tym moim najazdem. Nie mówią, że jest zły, że trzeba go zmienić, ale doskonalić.

Więcej o: