Łukasz Kruczek: Nie, bo tu niczego nie można było wcześniej rozstrzygać. Mogło się udać. Ale żeby odnieść sukces na skoczni normalnej, trzeba dopasować do siebie wszystkie elementy. Szczególnie w tym pierwszym momencie, odbicia i ułożenia się w powietrzu. Trzeba wyjść na odpowiednią wysokość, żeby odlecieć. Niczego się już potem nie da nadrobić w powietrzu. Już się tam zawodnik nie rozpędzi tak jak na skoczni dużej. A nie tylko Kamil miał tutaj z tym problemy. Peter Prevc, Michael Hayboeck - i wszyscy Austriacy poza Stefanem Kraftem - Noriaki Kasai. Tutaj się lata z dużo mniejszą prędkością. Jest dużo mniejszy efekt aerodynamiczny i zmniejsza się margines błędu. Zawsze jest taka zależność. Nawet na skoczni dużej, gdy belka na rozbiegu idzie w dół i zmniejsza się prędkość, od razu maleje margines błędu. Przy większej prędkości ktoś, kto umie latać, jak Kamil, jeszcze wiele nadrobi. Cóż. Nie ma zwycięstwa, zawsze będzie niedosyt. W pewnym sensie mamy powtórkę sprzed dwóch lat, z Val di Fiemme. Na małej skoczni wygrywa Norweg, najlepszy Polak jest na ósmym miejscu.
Nie jesteśmy zadowoleni, mimo że dwóch zawodników skakało dobrze: Jasiek powyżej oczekiwań i Klimek Murańka podobnie, choć drugi skok mu się nie udał. Jasiek jest naszym cichym bohaterem. On przestał dobrze skakać rok temu właśnie w Falun, po igrzyskach. Powiedział, że po Soczi skończyło mu się paliwo. Mam nadzieję, że jak tu wtedy przestał, tak teraz zacznie. Pozostałych niestety pochwalić nie można. Piotr Żyła zepsuł skok, mimo że na treningach dobrze mu szło i miał też korzystne warunki w konkursie. A Kamil od początku miał na tej skoczni problemy. W serii próbnej pokazał, że być może już jest blisko, może już łapie klucz, którego szukał. Ale nie. Skoki konkursowe nie były dobre, a miejsce jest odległe. Najsłabszy konkurs Kamila w tym sezonie. Ale to jest tylko skocznia normalna, wiemy, że Kamil jest lepszy na dużych. Przed nami cały tydzień treningów i konkursów na skoczni dużej.
Bo to zupełnie inna sytuacja. W Val di Fiemme skoki na mniejszej skoczni mu się udawały, medal uciekł przez jeden skok, w drugiej serii. A tutaj on w ogóle oddał tylko jeden skok, ten z serii próbnej, który pozwalał myśleć o medalu.
Nie, ale czas uciekał i było coraz trudniej. Nie można już było w spokoju układać skoków. Skok próbny naprawdę dał nam nadzieję, ale w konkursie było inaczej.
No i to jest najgorsza sytuacja, gdy brakuje jasno określonej drogi do dobrych skoków.
Może nam zabrakło tego jednego dnia spokojnych zajęć, żeby go wyregulować. Planowaliśmy, że załatwimy przygotowania do konkursu na jednym treningu: trzy serie skoków i wystarczy. A tu druga seria już była nie taka jak trzeba, bo wiało, trzecią odwołali, zaczęło brakować czasu. I zaczęła się burza mózgów, bez wybrania jednego pomysłu.
Nie, byłem pewien, że Kamil będzie w czołówce. Zwłaszcza patrząc na wyniki Jaśka Ziobry i Klimka Murańki, bo widziałem, co robili na treningach. Jeśli się czegoś obawiałem, to tego, że ta skocznia jest profilem podobna do tej z Hinzenbach. A Kamil nie lubi skakać w Hinzenbach.
Duża to będzie inny cykl przygotowań i inna skocznia. Tak doświadczony zawodnik jak on będzie umiał zrobić reset i od poniedziałku wraca do zajęć z czystą głową.
Piłkarskie sobowtóry: Chicharito jak Sigourney Weaver, Lewandowski jak gangster... [ZDJĘCIA]