PŚ w Engelbergu. Richard Freitag sprawia, że Niemcy skaczą do przeszłości

Cieszą się, że nie powtórzył drogi ojca i nie rzucił skoków dla medycyny. Doceniają, że zaraz po tym jak gratulował kolegom medali mistrzostw świata, przeprowadził się, by jak najczęściej z nimi rywalizować. Richard Freitag pierwszy raz w karierze prowadzi w Pucharze Świata i nie pierwszy raz jest największą nadzieją Niemców na wygranie po latach Turnieju Czterech Skoczni. I na to, że jednak nie przez przypadek urodził się w tym samym miejscu co Jens Weissflog i Sven Hannawald
Sven Hannawald Sven Hannawald Fot. Alessandro Trovati / AP

To już 16 lat czekania

To już 16 lat czekania

Osiem lat temu Freitag debiutował w Pucharze Świata, występując w Oberstdorfie, w konkursie otwierającym 58. Turniej Czterech Skoczni. Imprezę wygraną przez Andreasa Koflera skończył na 38. miejscu. Nie punktował ani na Schattenbergschanze, ani w Garmisch-Partenkirchen, ani w Innsbrucku, ani w Bischofshofen.

Pięć lat później w Innsbrucku został pierwszym Niemcem od czasów Hannawalda, który odniósł zwycięstwo w konkursie należącym do TCS. "Sensacja na Bergisel" - pisał w styczniu 2015 roku "Die Welt" i wyliczał, że na triumf swojego zawodnika w zawodach należących do TCS Niemcy czekali dokładnie 4389 dni, czyli ponad 12 lat.

Teraz nasi zachodni sąsiedzi wierzą, że będą mogli przestać liczyć dni, które minęły od zwycięstwa Hannawalda, nie w jednym konkursie (to udało mu się po raz ostatni w grudniu 2002 roku w Oberstdorfie), a w całym turnieju. Prestiżowej, niemiecko-austriackiej imprezy Niemcy nie wygrali od 16 lat, od sezonu 2001/2002, gdy Hannawald w wielkim stylu - jako jedyny w historii - odniósł zwycięstwa we wszystkich czterech konkursach.

W ten weekend w Engelbergu, czyli w ostatniej próbie przed turniejem, Freitag ma obronić pozycję lidera Pucharu Świata i potwierdzić, że tym razem jest naprawdę gotów do udźwignięcia bardzo ciężkiej roli głównego kandydata do dokonania rzeczy wielkich.

Skazany na bycie następnym wielkim

Freitagowi z dużymi nadziejami Niemcy przyglądają się od dawna. Kiedy odniósł swoje pierwsze zwycięstwo w karierze, od razu rysowano przed nim drogę mistrza. W 2011 roku w Harrachovie 20-letni wówczas Richard nawiązał do sukcesu swojego ojca. Holger Freitag, olimpijczyk z Sarajewa z 1984 roku, jedyne zwycięstwo w karierze fetował w Harrachovie w 1983 roku. Na dużej skoczni Certak na pucharowe podium wskakiwał kiedyś też Weissflog, a Hannawald na tamtejszej skoczni mamuciej zdobył jeden ze swych dwóch tytułów mistrza świata w lotach. Całą czwórkę, czyli obu Freitagów, Weissfloga i Hannawalda, jeszcze mocniej niż Harrachov łączy maleńkie Erlabrunn. Miejscowość należąca kiedyś do Niemieckiej Republiki Demokratycznej liczy tylko kilkuset mieszkańców, a pochwalić może się tym, że na świat przyszło w niej tylu wybitnych skoczków narciarskich.

Freitag na porównania do wielkich mistrzów był więc skazany od początku swojej kariery. - Rudawy muszą mieć powietrze wyjątkowo nośne dla skoczków - oceniał Weissflog, komentując fakt, że już czwarty skoczek z tego samego miejsca został zwycięzcą konkursu PŚ. - Richard ma wielki talent i odpowiednią osobowość, żeby być jak Jens - nie miał wątpliwości Joachim Winterlich, który Weissfloga prowadził do największych sukcesów. Trener formułował taką ocenę bardzo szybko, ale podobno jeszcze szybszy był Erich Hilbig. Według relacji prasowych z 2011 roku odkrywca talentu Hannawalda już w 2000 roku widział we Freitagu wielki potencjał. A przecież w 2000 roku Freitag miał dopiero dziewięć lat i trenował pod okiem Hilbiga dopiero chwilę.

"Richi, zapisujemy się na skoki" - miał mu mniej więcej wtedy powiedzieć Christian, starszy brat (teraz dba o marketingowe sprawy Richarda). Podobno stało się tak po pierwszych zwycięstwach Hannawalda, czyli w 1998 roku.

Najpierw, identycznie jak Hannawald, Freitag próbował zostać dwuboistą. Jeszcze jako 13-latek szkolił się na kombinatora norweskiego w ośrodku w Klingenthal. Dopiero w wieku 15 lat postawił na skoki i przeniósł się do szkoły w Oberwiesenthal. - Wtedy wytłumaczyłem trenerom, że samotne bieganie po lesie to nie moja bajka, że wolę więcej czasu spędzać na skoczni - opowiadał po zwycięstwie w Harrachovie.

Fizjoterapeuta, syn lekarza i pielęgniarki

Ale i tej skoczni długo nie był całkiem pewny. - Na sporcie koncentruję się w pełni do 2014 roku. Jeśli do igrzysk w Soczi osiągnę sukces, zostanę. Jeśli nie, rozpocznę studia medyczne - zapowiadał w 2011 roku. "Richard w niedzielę odniósł swoje pierwsze zwycięstwo w życiu, a gdy we wtorek wyruszał na trening do Oberwiesenthal, jego ojciec stawał przy stole operacyjnym" - pisał "Stuttgarter Zeitung" w tekście o tym, jak syn-skoczek dogonił ojca-skoczka, a teraz powinien zrobić to, co ojcu się nie udało.

Holger Freitag w 1985 roku w Innsbrucku, mając zaledwie 21 lat, upadł i do skoków wrócił jeszcze tylko na chwilę. Po trwającej ponad rok przerwie wystartował w Pucharze Świata zaledwie trzy razy. Pożegnał się z nim w lutym 1986 roku, zajmując 13. miejsce w konkursie w Gstaad. Niby nieźle, ale wtedy już bardziej interesowała go medycyna. Studiował ją, został ortopedą, od lat pracuje w Auerbach w Saksonii, w mieście położonym 43 km od Erlabrunn, gdzie obaj Freitagowie przyszli na świat i 40 km od Breitenbrunn, gdzie mieszkają.

Richard, syn lekarza i pielęgniarki, o medycynie marzył, ale że ostatecznie postanowił zostać przy skokach, czasu wystarczyło mu tylko na zrobienie kursu fizjoterapeuty. - Ten kurs mu posłużył, trochę odwrócił jego uwagę od skoków, pozwolił mu się skoncentrować również na czymś innym, to przyniosło dobre efekty - ocenia Werner Schuster.

Gratulował, teraz walczy

Trener niemieckich skoczków uważa, że Freitag został numerem jeden, bo dojrzał jako człowiek. Dojrzał przede wszystkim do podjęcia kilku decyzji. Latem przeprowadził się z Oberwiesenthal do Oberstdorfu. Jak tłumaczy, nie dlatego, że czegoś brakowało mu w ośrodku, w którym trenował przez lata. Chodziło o zerwanie z rutyną i o więcej bodźców w treningu. A będąc w Oberstdorfie może często rywalizować z Andreasem Wellingerem i Markusem Eisenbichlerem. Kilka miesięcy temu ci dwaj zdobywali medale na MŚ w Lahti. Pierwszy aż trzy - indywidualnie dwa srebra i złoto w drużynie mieszanej. Drugi - brąz indywidualnie i złoto w mikście. Freitag mógł się wtedy czuć podobnie jak na igrzyskach w Soczi, gdy zabrakło dla niego miejsca w zespole, który wywalczył olimpijskie złoto. "Miniony sezon z pewnością nie był do zapomnienia, ale na pewno skłaniał do myślenia" - oceniał regionalny dziennik "Sachsische Zeitung" dzień przed startem tego sezonu, próbując przewidzieć, jaka dla Freitaga będzie zima 2017/2018. "Na mistrzostwach musiał gratulować sukcesów kumplom z kadry, ostatnie ze swoich pięciu zwycięstw w Pucharze Świata odniósł trzy lat temu i chociaż 13. miejsce w klasyfikacji generalnej jest w porządku, to przecież właśnie on, razem z kontuzjowanym teraz Freundem, był w ostatnich latach uważany za największą nadzieję niemieckich skoków" - można było przeczytać w tekście zatytułowanym "Wyjazd z domu".

Z przeprowadzką do Oberstdorfu kibicująca Freitagowi Saksonia wiązała takie nadzieje, jak sam Freitag. I chyba rzeczywiście w tej decyzji najważniejsze było poszukanie nowego impulsu, a nie chęć opiekowania się młodszą o 10 lat siostrą, 16-letnią Seliną, która do Oberstdorfu trafiła dlatego, że właśnie tam znajduje się centrum szkolenia niemieckich skoczkiń, a panna Freitag podobno ma zadatki na świetną zawodniczkę.

Freitagowie jak Prevcowie

Jest więc rodzina Freitagów w jakiejś mierze podobna do skokowego klanu Prevców, którym zachwycaliśmy się rok temu, gdy konkursy Pucharu Świata wygrywali Domen i Peter. U nich jest jeszcze brat Cene, który też startował już w skokowej ekstraklasie, jest też siostra Nika, która ma teraz 12 lat i już od kilku trenuje skoki. W słoweńskiej familii, jak u Freitagów, przygodę z tym sportem zapoczątkował tata (Bożydar Prevc jest teraz sędzią FIS), ale on nie prezentował poziomu wyczynowca. Jeśli chodzi o wygrywanie w Pucharze Świata, to i Freitagowie, i Prevcovie mają na razie po dwóch zwycięzców.

Freitagowie za chwilę mogą dogonić Prevców w liczbie wygranych Turniejów Czterech Skoczni (jeden wygrał Peter Prevc), a wkrótce wyjść na prowadzenie w walce na złote medale igrzysk olimpijskich.

Niemcy podróżują w czasie

Oczywiście zabawa w takie zestawienia zajmuje dziennikarzy, a nie lidera Pucharu Świata. Freitag w swoich wypowiedziach nie bardzo wybiega w przyszłość, podkreśla tylko, że czuje się bardzo dobrze i że cieszy go to, co już osiągnął.

Im dłużej Freitag będzie potrafił odciąć się od wszystkiego, co o nim piszą i mówią, tym lepiej dla niego. Doświadczenie w tym temacie już ma. Kiedy wygrywał w 2011 roku w Harrachovie, skaczący jeszcze wtedy, ale będący już cieniem samego siebie z najlepszych lat Martin Schmitt opowiadał mediom, że czuje się, jakby był o dekadę młodszy. To dlatego, że po tamtym konkursie na podium stanął też Severin Freund, zajmując trzecie miejsce, co Martinowi przypomniało czasy, gdy na podium wskakiwał on sam, razem z Hannawaldem.

Teraz, po dublecie jaki dwa tygodnie temu w Niżnym Tagile wyskakali Wellinger i Freitag (Richard wygrał pierwszy konkurs w Rosji, dzień później obronił plastron lidera, zajmując drugie miejsce, za Wellingerem), niemieccy dziennikarze przypominali, że to pierwszy konkurs PŚ od 2002 roku, który skończył się pierwszym i drugim miejscem skoczków z ich kraju. Poprzednio taki dublet wywalczyli Stephan Hocke i Hannawald 15 grudnia 2001 roku w Engelbergu. W Niżnym Tagile bardzo blisko było nawet drugie w historii wyłącznie niemieckie podium PŚ. Jedyny raz Niemcy zajęli je całe 27 lat temu, dokładnie 15 grudnia 1990 roku, gdy w Sapporo wygrał Andre Kiesseweter przed Dieterem Thomą i Josefem Heumannem. Teraz w Rosji za Wellingerem i Freitagiem, a tuż przed czwartym Eisenbichlerem uplasował się Austriak Stefan Kraft, mając notę wyższą od trzeciego z Niemców o zaledwie 0,3 pkt.

Richard Freitag Richard Freitag GRZEGORZ CELEJEWSKI

Próba już była

"To dopiero początek sezonu, ale Richard Freitag na pierwszym i Andreas Wellinger na drugim miejscu klasyfikacji Pucharu Świata przypominają czasy dominacji Martina Schmitta i Svena Hannawalda z okolic 2000 roku i Jensa Weissfloga oraz Dietera Thomy z lat 90. XX wieku. Nasza drużyna spisuje się świetnie, mimo że brakuje w niej Severina Freunda, który traci sezon przez kontuzję kolana" - zachwyca się "Frankfurter Allgemeine Zeitung". I przypomina, że po igrzyskach w Soczi Freitag miał moment zwątpienia. - Był w ślepym zaułku, ale nie poddał się - mówi na łamach dziennika trener Schuster. Austriacki szkoleniowiec tłumaczy tam, że Freitag i Wellinger napędzają się nawzajem. - Obaj osiągnęli najwyższą wydajność, jeśli chodzi o trening, a ich nastawienie i dynamika całej naszej grupy są takie, że oni nawzajem pchają się do przodu - mówi Schuster.

Przed tygodniem w Titisee-Neustadt Freitag i Wellinger znów byli najlepsi, mimo że konkurs był loteryjny i rozegrano tylko jedną serię. Niemieccy liderzy PŚ zamienili się tylko miejscami. Dla Richarda było to siódme zwycięstwo i 18 w karierze podium w PŚ (aż pięć takich pozycji wywalczył w Polsce, cztery w Zakopanem i jedną w Wiśle). Trzeci raz z rzędu znalazł się na "pudle" w tym sezonie, a we wszystkich pięciu indywidualnych startach plasował się w czołowej "szóstce".

Przed własnymi kibicami Freitag świetnie wytrzymał presję lidera i faworyta. Czemu nie miałby sobie poradzić za chwilę w Engelbergu i za następną chwilę w Turnieju Czterech Skoczni?