Turniej Czterech Skoczni. Cztery asy Hannawalda

Thomas Morgenstern, Andreas Kofler, Simon Ammann i Adam Małysz - zdaniem Svena Hannawalda ktoś z tej czwórki wygra rozpoczynający się dziś 59. Turniej Czterech Skoczni. Niemiec, który w sezonie 2001/2002 jako jedyny w historii wygrał wszystkie cztery konkursy TCS twierdzi, że jeden z nich może powtórzyć jego wyczyn.
Rozmowa ze Svenem Hannawaldem, zwycięzcą Turnieju Czterech Skoczni w sezonie 2001/2002.

Łukasz Jachimiak: Masz swojego faworyta na 59. TCS?

Sven Hannawald: Wygra go Thomas Morgenstern albo Andreas Kofler. Obaj są bardzo mocni od początku sezonu, zdążyli zebrać sporo doświadczeń, dlatego według mnie śmiało można uważać ich za głównych faworytów.

Który z nich jest mocniejszy?

- Chyba nie jestem w stanie tego stwierdzić. Początek sezonu należy do Morgensterna, chociaż Kofler też potrafi wygrywać. Może Morgenstern jest minimalnie lepszy, ale trzeba pamiętać, że Kofler wie, jak się wygrywa ten turniej, bo triumfował przed rokiem. To są specyficzne zawody, tu trzeba oddać osiem świetnych skoków, dlatego zawsze tak trudno wytypować zwycięzcę.

A co z Simonem Ammannem, który TCS nie wygrał jeszcze nigdy i z Adamem Małyszem, który chciałby zwyciężyć po 10 latach od swego pierwszego triumfu?

Ammann to znakomity zawodnik, Małysz oczywiście także. Na pewno mają duże szanse na wygranie Turnieju. Tak naprawdę mamy wielką czwórkę, z której każdy może zostać zwycięzcą.

Niemieccy skoczkowie chyba nie włączą się do rywalizacji?

- Nie, nie, na pewno. Wszyscy skaczą poniżej możliwości, wierzyć możemy chyba tylko w Severina Freunda, który wyrasta na lidera naszej kadry. Byłoby świetnie, gdyby on albo nasz stary przyjaciel Martin Schmitt zakończył Turniej w czołowej dziesiątce. Ale o to będzie naprawdę bardzo trudno. A na zwycięstwo, niestety, nie mamy żadnych szans.

Zatem Niemcy wciąż będą wspominali twój triumf sprzed dziewięciu lat. Ty sam często wracasz do tamtych chwil?

Przy okazji każdego kolejnego Turnieju. Ale tak naprawdę z tamtego wspaniałego dla mnie czasu pamiętam niewiele. Byłem wtedy pod wielką presją, strasznie dużo wokół mnie się działo, a ja musiałem się wyłączać i koncentrować na zadaniu. To było bardzo trudne. Myślę, że w takim stanie nie da się zachowywać wspomnień na później. Choć oczywiście nie zapomnę samego zakończenia turnieju, tego, co czułem, gdy już go wygrałem.

Wygrałeś w stylu, w jakim nie wygrał nikt inny. Myślisz, że ktoś może pójść w twoje ślady i zwyciężyć we wszystkich czterech konkursach Turnieju?

- Oczywiście! Głównie za sprawą zmian w przepisach. Kiedyś po prostu trzeba było skakać najdalej. Dziś można skoczyć nawet pięć metrów krócej od rywala, ale i tak go pokonać. W ogóle ten nowy system sprawił, że skoki są krótsze. Sędziowie nie pozwalają zawodnikom bić rekordów skoczni. Szkoda, bo TCS zawsze jest piękniejszy, kiedy te rekordy padają. Plus jest taki, że ktoś, kto jest w naprawdę dobrej formie ma większą szansę na seryjne wygrywanie, niż kiedyś. Ale nie zmartwię się, jeśli ktoś wyrówna moje osiągnięcie. Pamiętasz pierwsze lądowanie na księżycu? Na pewno wiesz, kto na nim wtedy stanął. A drugie lądowanie? Sam przyznasz, że schodzi na dalszy plan (śmiech). Co by się nie działo, i tak w historii Turnieju Czterech Skoczni na zawsze pozostanę pierwszym, który wygrał jego wszystkie cztery konkursy.

Pozostaniesz też jednym z bohaterów Zakopanego. W 2003 roku odniosłeś tam dwa wspaniałe zwycięstwa. Może odwiedzisz stolicę polskich Tatr przy okazji styczniowych konkursów Pucharu Świata.

- Powiem szczerze, że w ogóle o takiej wycieczce nie myślałem. Powoli koncentruję się na swojej nowej pasji, czyli wyścigach samochodowych. Wkrótce zacznie się nowy sezon serii, w której startuję, dlatego w Zakopanem raczej mnie zabraknie. Ale może kiedyś tam wrócę?

Na Słowacji przybywa narciarskich atrakcji