TCS. Walter Hofer dla Sport.pl: Mój personel działa w zgodzie ze swoim sumieniem i ze mną

- Nigdy nie podejmuję decyzji w emocjach, nigdy nie może pochodzić ona ani z żołądka, ani z serca. Jest oparta wyłącznie na faktach. Nie ma znaczenia, czy na trybunach jest 25 tysięcy, czy trzy tysiące ludzi. Będzie ta sama decyzja - przekonuje Walter Hofer, dyrektor PŚ w skokach narciarskich. Relacja Z Czuba i na żywo z konkursu w Oberstdorfie w poniedziałek od 17.30 w Sport.pl, transmisje w Eurosporcie i TVP.
Radosław Leniarski: Panie Hofer, jak minął dzień?

Walter Hofer, szef zawodów, wieloletni sędzia: Całkiem dobrze. Powiedziałbym, że bardzo byłem zajęty. Szkoda, że wyników nie było. Dlatego musimy dziś dokończyć konkurs.

A jak pan opisze to, co się stało?

- W kategoriach zarządzania. Trzeba było skoordynować sześć, siedem, osiem czynników, różne grupy ludzi, zespoły. Wszystkie co prawda mają mniej więcej ten sam cel. W środku tego wszystkiego są jeszcze sportowe wartości, takie jak sprawiedliwe wyniki. To oznacza, że musimy zapewnić takie warunki rozgrywania zawodów, aby sportowcy mogli startować. I właśnie to było w niedzielę najtrudniejsze. Nie mogliśmy po prostu spełnić takich warunków.

Co pan myślał przed próbną serią? Że to wszystko zakończy się sukcesem?

- Akurat w niedzielę tak właśnie myślałem. A to dlatego, że modele pogodowe pokazywały, że wokół Oberstdorfu są dobre warunki do rozgrywania zawodów. Żaden model komputerowy nie pokazywał lokalnie złych warunków wiatrowych. Po prostu była to bardzo lokalna sytuacja pogodowa, ograniczona do terenu skoczni. To było w tym wszystkim najtrudniejsze.

Ale po co modele? Byłem na szczycie skoczni, wjechałem windą. Wiało jak diabli.

- Właśnie o tym mówię. To działo się bardzo lokalnie. Dookoła Oberstdorfu cichło, siła wiatru spadała, a tu na skoczni rosła. Padał śnieg. Normalnie, gdy pada śnieg, siła wiatru spada, ale nie w niedzielę.

Co robicie w takich wypadkach. Jakie są procedury?

- Najpierw upewniamy się, czy zawodnicy mają wszystko, co trzeba, aby się rozgrzewać przed skokiem kilka razy - czyli logistyka. Trzeba tutaj wyczuć, ile są w stanie wytrzymać. Trzeba wczuć się w nastroje trenerów i zawodników.

I jakie to były uczucia?

- Zawodnicy byli bardziej przygotowani do takiego konkursu niż my. Nie mieliśmy żadnych sygnałów od trenerów lub skoczków, że powinniśmy przerwać konkurs. Jury przerwało konkurs bez takich sygnałów.

Ale przecież nie było żadnych rozmów z nimi?

- Właśnie. Nie można pytać konkretnych zawodników, ani trenerów. To nie pomaga. Trzeba wyczuć ogólne wrażenie. Trzeba wiedzieć, czy decyzja o kontynuacji lub przerwaniu jest dla sportu dobra, czy nie. Trzeba decydować w imieniu zawodników i trenerów.

Mówi pan o wczuciu się, ale skąd pan wie o ich opiniach, odczuciach? Nie było przecież żadnej dyskusji...

- Mamy na platformie trenerskiej swojego człowieka, asystenta ekipy telewizyjnej. I on słucha, co mówią, jakie są ich odczucia: czy powinniśmy kontynuować, czy nie, i nam przekazuje. Następny jest Miran Tepes i jeszcze jeden sędzia na dole, przy stacji kontroli sprzętu, który ma kontakt z zawodnikiem, który właśnie skoczył. Całą tą mozaikę składam do kupy. I na końcu wychodzi: OK, nie ma sensu ciągnąć konkursu.

W niedzielę w trzy godziny skoczyło 11 zawodników.

- Musimy podejmować decyzje w danym momencie. Kiedy jest już po wszystkim, łatwo jest powiedzieć: to trwało trzy godziny. Co by powiedziano, gdybyśmy przerwali po półtorej godziny, a pół godziny później nastałaby cisza? Co wtedy?

Na dole było 25 tysięcy widzów, trwała transmisja TV. Czy to miało wpływ na pańską decyzję?

- Mój personel działa w zgodzie ze swoim sumieniem i ze mną. A ja mam jedną zasadę. Nigdy nie podejmuję decyzji w emocjach, nigdy nie może pochodzić ona ani z żołądka, ani z serca. Jest oparta wyłącznie na faktach. Nie ma znaczenia, czy na trybunach jest 25 tysięcy, czy trzy tysiące ludzi. Będzie ta sama decyzja. Czy inaczej tyle lat pozostawałbym na swoim stanowisku?

No tak, ale na dole słyszałem, jak jeden z zawodników powiedział: Zaraz skończy się transmisja TV, więc skończą konkurs... I faktycznie tak było.

- Proszę to napisać. To powiedział sportowiec, miał prawo. Nie ma problemu.

Jak często zdarza się sytuacja taka jak w Oberstdorfie?

- Oczywiście wiele razy. Świat się nie kończy na Niemczech czy Polsce. Mamy Sapporo. W Sapporo jedna runda trwała od 10 rano - były to czasy, kiedy nie było sztucznego światła - aż do zmroku, czyli po 16. Byłem wtedy trenerem.

Nie można było przełożyć konkursu na godziny południowe? Teraz jest cisza.

- Taka impreza jak Turniej Czterech Skoczni to nie tylko sport. W niedzielę o 20, podczas spotkania stron organizujących imprezę, szef policji powiedział, że nie będzie mógł zabezpieczyć imprezy aż do południa. Trzeba to było wziąć pod uwagę. Trzeba będzie zapewnić bezpieczeństwo prawdopodobnie około 10 tysiącom ludzi. A przecież to nie tylko to: chodzi też o zakwaterowanie osób, ekip itd. No i mieliśmy prognozę, która mówi, że w środku dnia jest spokojniej, a potem zacznie padać i będzie tak do końca dnia.

Jest plan zapasowy?

- W niedzielę mieliśmy trzy godziny i dzisiaj też będziemy mieć trzy godziny.

Ale czy możliwe jest przełożenie konkursu na wtorek? Też wolny dzień przecież.

- Jak powiem, że tak, to zaraz odwołacie hotele w Garmisch. Nie. Będziemy chcieli przeprowadzić konkurs dziś. A jeśli się nie uda, to zdecydujemy dopiero po wszystkim - ja odpowiadam zresztą tylko za część sportową, są jeszcze inne czynniki.

W Polsce niektórzy sędziowie narciarscy mówili, że po tym konkursie było widać, że bezpieczeństwo skoczków nie jest priorytetem. Co pan takim osobom może odpowiedzieć?

- Niech napiszą do władz FIS. Mają do tego prawo. Nie będę tego komentować. Mogę tylko powiedzieć, że nieustannie pracujemy nad poprawą bezpieczeństwa skoczków. Ale wciąż to nie jest sport bezpieczny. Wciąż ryzykowny. Przez ostatnie 20 lat pokazaliśmy, że krok za krokiem poprawiamy system, który zapewnia maksimum bezpieczeństwa, wskaźnik ubezpieczenia w skokach to tylko promil, najmniejszy wśród sportów zimowych. Ale kiedy zawodnik puszcza się z belki w dół z prędkością 100 na godzinę, żaden system już nie pomoże.

Ale na końcu to pan podejmuje decyzję?

- Ja przez ponad 15 lat przewodzę komisji sędziowskiej. Na początku ta funkcja polegała na ustaleniu wysokości belki itp. Z czasem zawody komplikowały się, stałem się kimś w rodzaju koordynatora. Mamy wyselekcjonowane trzy osoby z FIS w trzech różnych miejscach skoczni. Jeśli one stwierdzą, że trzeba zatrzymać konkurs, komunikują się ze mną. I rozmawiamy nad rozwiązaniami: przerwać, na ile przerwać, przenieść, odwołać itp. To, co nie jest związane bezpośrednio ze sportem, należy kompetencyjnie do mnie.

Aha. Więc jednak to pana decyzja.

- Cóż, nie mam problemu z podejmowaniem ich.

Zadowolony pan jest, że Kamil wrócił na Turniej?

- Jasne, jest jednym z najważniejszych ambasadorów naszego sportu. I moim kolegą. Jest członkiem komisji zawodników FIS.

Kiedyś skoki były domeną młodych. Teraz? Ammann, Kasai...

- Po igrzyskach poproszono mnie o wystąpienie, w którym powiedziałem, że idzie nowe pokolenie skoczków. Nie wiedziałem tylko, że to nowe ma tyle lat. To świetna mieszanka liderów opinii, jak nazywam ludzi takich jak Ammann, z młodymi z Polski, Słowenii, Czech. Mamy 120 federacji w naszym związku, ale tylko dziesięć startuje. Zrobiliśmy w tym kierunku pewne kroki, jak standardy sprzętu itp. Kiedyś było przecież tylko jakieś pięć nacji startujących w skokach, z największym wsparciem państwa, biznesu, uczelni. Zostałyby w końcu zmarginalizowane. A teraz każdy zawodnik, np. z Kazachstanu, może być pewny, że startuje na tym samym sprzęcie co reszta. No i wprowadziliśmy możliwość startu mniejszym reprezentantów.