PŚ w skokach. Tylu groźnych kontuzji w skokach jeszcze nie było. Znamy powód?

Cztery bardzo podobne kontuzje kolan w krótkim czasie. Powtarzające się defekty sprzętu, które mogą powodować niebezpieczne upadki. Czy rywalizacja technologiczna zaprowadziła skoki narciarskie do granicy ludzkiej wytrzymałości?
We wtorek świat obiegła informacja o poważnej kontuzji, jakiej doznał jeden z najlepszych skoczków narciarskich ostatnich lat, Severin Freund. Niemiec zerwał przednie więzadło krzyżowe w prawej nodze i przez około pół roku będzie wracał do pełnej sprawności. W czerwcu takiego samego urazu, już trzeci raz w karierze, doznał Kenneth Gangnes, a trzy miesiące później więzadła musiał rekonstruować Mannuel Poppinger. Nie był to jednak koniec nieprzyjemnych sytuacji, bo tuż przed sezonem 2016/2017 operacje kolana musiał przejść 35-letni Robert Kranjec. Niedawna kontuzja Severina Freunda jest o tyle dziwna, że uszkodzenie więzadła nie było efektem upadku, a nastąpiło w momencie lądowania. - Podczas lądowania poczułem ukłucie w kolanie, potem się przewróciłem. Od tego momentu kolano było niestabilne - mówił niemieckim mediom Severin Freund.

Bolące kolano to także duży problem Kamila Stocha, który od dalekiego skoku w Lillehammer musi zmagać się z nawracającym bólem i wynikającymi z tego problemami. W XXI wieku nie było jeszcze tak dużej liczby problemów zdrowotnych w tak krótkim czasie. Skoki przez wiele lat uchodziły za sport, który co prawda jest ekstremalny, ale mało w nim kontuzji. Długa lista urazów wydaje się być mocno niepokojąca, dlatego warto przyjrzeć się temu, co mogło na nią wpłynąć.

Opływowe kombinezony

W świecie skoków narciarskich pojawiły się ostatnio głosy, że głównym winowajcą są nowe kombinezony, które sprawiły, że skoczkowie rozwijają dużo większą prędkość w powietrzu. Wątpliwości te rozwiewa jednak Tadeusz Szostak, właściciel firmy Berdax, która zajmuje się produkcją kombinezonów. - Kiedyś stroje były nieco inne, jeszcze za czasów Heinza Kuttina można było sporo kombinować. Stosowało się np. odpowiedni krój kombinezonu, dzięki któremu na plecach tworzyła się bańka powietrzna. Teraz takich możliwości nie ma, bo przepisy są bardzo rygorystyczne. Teraz kombinezony są idealnie dopasowane, dlatego nie stwarzają dużych oporów w powietrzu. Nie ma to jednak związku z dużą liczbą kontuzji, bo w ,,moich czasach'' na Wielkiej Krokwi osiągało się ponad 100 km/h na rozbiegu, a dzisiaj jest to około 89 km/h. - mówi Szostak.

Co powoduje urazy?

Nie ulega wątpliwości, że liczba kontuzji wzrosła właśnie po wprowadzeniu rygorystycznych przepisów w obszarze szycia kombinezonów, ale wynikają one zupełnie z czegoś innego. - Ograniczenie samowoli w obszarze strojów rozpoczęło szybki rozwój innych elementów skokowego sprzętu. - twierdzi Szostak. Międzynarodowej Federacji Narciarskiej udało się mocno ograniczyć pole do manipulacji kombinezonami poprzez zastosowanie podwójnej kontroli i sztywnych ram prawnych, których FIS mocno się trzyma. - Głównym winowajcą kontuzji są dzisiaj narty i wiązania, które w ostatnim czasie ulegały wielu modyfikacjom. Łatwo zauważyć jak giętkie są teraz deski. W tym momencie skoczkowie jeżdżą właściwie na butach, bo przy lądowaniu narty mocno się wyginają. Kilkanaście lat temu narty były tak produkowane, że nacisk zarówno pod butem, jak i na końcach desek był taki sam, dziś ten impet idzie głównie w nogi zawodników - zaznacza Szostak. Mogłoby to wyjaśniać, dlaczego tak duża liczba zawodników ma problemy z kolanami.

Problem z wiązaniami

To jak wielka zmiana zaszła w wiązaniach widać po tym, że jeszcze 10 lat temu skoczkowie używali bezpieczników na gumkach, które były przypinane do tylnej części buta. Dziś stosuje się metalowe bolce, które blokują możliwość ruchów pięty w poziomie. Ma to swoje wady i zalety. Nowe wiązania pozwalają stabilniej prowadzić nartę w locie, ale znacznie zmniejszają margines błędu przy lądowaniu. - Kontuzje biorą się głównie z tego, że teraz nie ma dużej kontroli nad nartami i lądowanie stało się znacznie trudniejsze, wymaga więcej energii. Dodatkowo, nowe zapięcia są katastrofalne, bo albo się wypinają w powietrzu, albo but nie odchodzi od narty po wyjściu z progu, co również może powodować groźne upadki. Często też pękają - zauważa Szostak. Podobnego zdania jest Matthias Prodinger, który dołączył do polskiej drużyny po zatrudnieniu Stefana Horngachera. Potrafi on doskonale przerobić ustawienia fabryczne zarówno butów jak i zapięć, by jak najlepiej odpowiadały one polskim skoczkom - Wygięte wiązania przynoszą zawodnikom wiele korzyści, ale od momentu ich wprowadzenia toczy się na ten temat dyskusja. Przyznam szczerze, że sam jestem zaniepokojony liczbą kontuzji wynikających z lądowania telemarkiem - mówi Prodinger.

Sprzęt coraz częściej zawodzi

Defekty sprzętu zdarzają się w tym sezonie niezwykle często. Bez zbytniego zagłębiania się w historię ostatnich konkursów można wymienić kilka przykładów uszkodzonych zapięć, które powodowały lub mogły powodować upadek. Z takimi sytuacjami już dwukrotnie musiał mierzyć się Kamil Stoch, a Daniel Andre Tande miał spore problemy w Bischofshofen. To tylko kilka przykładów, które można było dostrzec gołym okiem, a było ich w tym sezonie znacznie więcej. Widać, że ze sprzętem dzieje się coś niedobrego, a zdrowie zawodników może być mocno narażone. - Wiązania są produkowane zgodnie z zatwierdzonymi przez FIS zasadami. Myślę jednak, że element ryzyka ciągle towarzyszy temu sportowi. Staramy się ciągle poprawiać bezpieczeństwo, ale to długa i mozolna praca - mówi austriacki ekspert.

Zaczęło się w Vancouver

Osobą, która pokazała, że w wiązaniach jest spory potencjał był Simon Ammann, który na Igrzyskach Olimpijskich w Vancouver jako pierwszy zastosował modyfikację śrubowych zapięć. Sprawa Szwajcara przewijała się przez całe Igrzyska, a głównymi prowokatorami dyskusji byli Austriacy, którzy żądali dochodzenia FIS w sprawie wiązań używanych przez zwycięzcę olimpijskich konkursów. Później, co roku pojawiały się nowe pomysły, które miały pomagać skoczkom w oddawaniu jak najdalszych skoków. Wszystkie te zmiany teoretycznie odbywają się pod nadzorem FIS-u, ale według osób zainteresowanych jest z tym różnie - Niby potrzebne są certyfikaty i zezwolenia, ale raczej nikt nie jest w stanie tego sprawdzić - mówi Szostak.

Międzynarodowa Federacja Narciarska nie planuje zmian w przepisach, które mogłyby wyeliminować kolejny szkodliwy element wojny technologicznej. - Na razie nic oficjalnie się nie mówi na temat zmian, ale w zakulisowych rozmowach można usłyszeć głosy o konieczności zmian. Myślę, że po tym sezonie coś powinno się zmienić, bo idzie to w złym kierunku. - mówi sędzia.



Ciesz się z powrotu zimy! Wracają piękne sportsmenki! [ZDJĘCIA]