Puchar Świata w Wiśle. Szturc: Żyła niczego się nie boi i wszystko potrafi

- Po wygranym przez Adama Małysza konkursie Pucharu Świata w Oslo w 1996 roku poszedłem do klasy Żyły i zapytałem, kto chce się zapisać do sekcji narciarskiej. Piotrek był pierwszym, który się zgłosił - wspomina Jan Szturc. Przed konkursami w Wiśle odkrywca talentów Małysza i Żyły opowiada o drodze, jaka do światowej czołówki zaprowadziła faworyta miejscowych kibiców, mieszkańca Wisły, Żyłę. Relacja na żywo z sobotnich zawodów w Sport.pl o godz. 16




Łukasz Jachimiak: W sobotę i niedzielę konkursy Pucharu Świata na skoczni imienia Adama Małysza, z Piotrem Żyłą w roli jednego z faworytów. Pan, jako człowiek, który odkrył talenty obu tych zawodników, ma prawo puchnąć z dumy.

Jan Szturc: Na pewno będę na skoczni i będę się bardzo emocjonował. Akurat nasza kadra kombinacji norweskiej nie będzie uczestniczyła w Pucharze Świata w Val di Fiemme, zostajemy na miejscu, żeby potrenować w Szczyrku, więc wszystko da się pogodzić.

Kiedy rozmawialiśmy przed Turniejem Czterech Skoczni, to bał się Pan typować Żyłę do wysokiego miejsca. Jest Pan zaskoczony, że lepszy od niego był tylko Kamil Stoch?

- Trochę jestem i bardzo się cieszę z życiowego sukcesu Piotrka. To większa sprawa od zwycięstwa w Oslo, na Holmenkollen z 2013 roku. Zwłaszcza że na podium turnieju Żyła wskoczył zajmując też miejsce na podium w Bischofshofen. To dopiero jego trzeci tak udany konkurs w karierze. Teraz może być chyba tylko lepiej.

Piotrek na powrót na podium czekał prawie cztery lata, od marca 2013 roku. Powodem były pewnie głównie zawirowania z jego pozycją dojazdową?

- Tak, zmarnował kilka lat. Wtedy, kiedy stawał na podium w Oslo i w Planicy, było widać, że na koniec sezonu złapał znakomitą dyspozycję i nawet ten garbik mu nie przeszkadzał. Jego skoki nie były stabilne, on się na dojeździe męczył, ale nie chciał tego przyznać, a później bardzo długo wierzył, że to mu nie przeszkadza, bo gdyby przeszkadzało, to nie dałby rady osiągnąć sukcesów na Holmenkollen i w Planicy. Był niesamowicie uparty. Próbowaliśmy go przekonać do zmiany i ja, i Adam Małysz. Przychodziliśmy na treningi, rozmawialiśmy, wszystko na nic. Łukasz Kruczek, który wtedy prowadził kadrę, zostawił Piotrkowi kwestię dojazdu, uznając, że widocznie tak jest mu najlepiej. Teraz widać, że jednak ta zmiana była konieczna. Stefan Horngacher postawił sprawę jasno - albo zmiana pozycji, albo nie widzimy się w kadrze. Wreszcie Piotrek jeździ normalnie, jak wszyscy najlepsi skoczkowie na świecie. I sam mówi, że tego potrzebował. Na przyjściu nowego trenera skorzystali wszyscy nasi zawodnicy, a Piotrek skorzystał najwięcej. Nie chcę przekreślać dorobku Łukasza Kruczka, jego zasługi były ogromne, ale widocznie zawodnicy potrzebowali już kogoś nowego.

Wygląda na to, że potrzebowali kogoś, kto będzie i ludzki, i mocno zarządzi, jak to zrobił Horngacher choćby właśnie w przypadku pozycji dojazdowej Żyły.

- To prawda, my z Adamem mogliśmy tylko Piotrkowi doradzać, stawianie ultimatum należy do trenera głównego. A co do tej pozycji, to powiem jeszcze, że niedawno znalazłem nagrania z treningów z Piotrkiem z 2010 roku, kiedy został odsunięty od kadry i pracował ze mną w klubie. To trwało przez półtora roku, do listopada 2011 roku. Wtedy naprawdę udało mi się tak poustawiać Piotrka, jak chciałem. Przyjmował wszystkie uwagi, było widać, że pragnie wrócić do kadry. Jeździł równiutko, wyglądał na rozbiegu tak jak teraz. Ale wystarczyło, że wrócił do Pucharu Świata, pojechał z kadrą do Lillehammer i tam Piotrek uznał, że sobie wróci do starej pozycji, bo w niej się dobrze czuje. I tak przejeździł pięć lat z tym nieszczęsnym garbikiem i z tą fajeczką.

Kiedyś opowiadał mi Pan, że Żyła wzorował się na Andreasie Wanku. Skąd tak dziwny pomysł?

- To cały Piotrek. Pamiętam, jak z Adamem poszliśmy na trening z chęcią zmienienia Piotrkowi tej pozycji. To było na skoczni w Malince, na imitacji, Żyła ćwiczył na tzw. wózku, lądował na materacu. Adam popatrzył i w końcu zapytał: "Piotrek, na kim Ty się wzorujesz, tak jadąc?". Piotrek na to: "no Wank tak jeździ". Popatrzyliśmy na siebie z Adamem, obaj zdziwieni, Małysz wówczas powiedział: "to nie masz się na kim wzorować? Przecież to zawodnik z drugiej czy trzeciej dziesiątki, a nie najlepszy skoczek świata". Ale Piotrek sobie wymyślił, że tak mu wygodnie i że z tego będzie umiał się odbijać nie gorzej niż najlepsi z normalnej pozycji.

Żyła zawsze był tak uparty?

- Kiedy był dzieckiem, to o żadnej upartości nie mogło być mowy. Był wzorowym kandydatem na świetnego skoczka. Błyskawicznie realizował wszystko, co mu się powiedziało, a nawet zawsze wychodził ponad program. On i treningów na skoczni, i biegowych zawsze chciał więcej, trzeba było go powstrzymywać.

Treningi biegowe były, bo Żyła zaczynał od kombinacji norweskiej?

- Tak, identycznie jak Adam Małysz. U mnie wszyscy zaczynali od kombinacji, chciałem, żeby byli wszechstronni i dopiero w wieku 14-15 lat wybierali sobie specjalizację. Piotrek miał znakomitą technikę biegu, świetną kondycję, mógłby być teraz wspaniałym kombinatorem norweskim. A nawet biegaczem. Były u nas na Kubalonce takie zawody jak Biegi Sylwestrowe, przyjeżdżali najlepsi biegacze w Polsce w wieku 12-13 lat. I w bardzo dużej stawce Piotrek zawsze był w czołówce, mieścił się na podium. A w kombinacji swoje kategorie wiekowe zazwyczaj wygrywał. W końcu poszedł w kierunku skoków, był na nie zdecydowany i bardzo dobrze. Ale karierę naprawdę mógłby zrobić jeszcze w kilku innych dyscyplinach.

Kibiców najbardziej bawi chyba fakt, że grał w piłkę w Głębczesterze, czyli lokalnej drużynie z Wisły.

- Do piłki miał wielki talent. To był taki chłopak, który cieszył się każdym marszobiegiem po górach, każdym treningiem wytrzymałościowym. Najbardziej lubił ciężkie przygotowania do sezonu, a do tego zawsze miał świetną koordynację, fikał salta, był świetny i atletycznie, i sprawnościowo. To jest wszechstronny sportowiec. Niczego się nie boi. Czego się nie chwyci, w tym jest dobry. Siatkówka, koszykówka, skoki do wody - wszystko lubi i potrafi.

W przedsezonowym wywiadzie dla Sport.pl opowiadał o skokach z 10-metrowej wieży basenu w Wiśle i o pojedynkach z prezesem Apoloniuszem Tajnerem.

- Kto skoczył z "dziesiątki" to już był naprawdę gość, na basenie ludzie go sobie pokazywali. Skoczkowie taką odwagę mają, oni się tej przepaści nie boją. Myśmy często chodzili na basen po treningu. Najpierw chłopcy zaczynali skakać z "trójki", później z "piątki", dopiero szli na "dziesiątkę". Oswajali się. Piotrek od razu chciał podjąć największe wyzwanie. Bardzo szybko zaczął skakać z 10 metrów na "główkę", a to już wymaga naprawdę dużego opanowania i świetnej koordynacji, żeby dobrze wejść do wody. Piotrek to wszystko miał bardzo szybko. Trochę szkoda, że swoją odwagę, wielką moc, niesamowitą dynamikę wykorzystuje dopiero teraz. Ale bardzo się cieszę, że chłopak tak oddany skokom w końcu doczekał się naprawdę bardzo dobrego, równego sezonu, który - to już widać - do końca powinien być nie tyko Kamila Stocha i Maćka Kota, ale też jego.

Podczas zakończonego kilka dni temu Turnieju Czterech Skoczni Żyła opowiadał, że w 2001 roku uciekał ze szkoły, by oglądać, jak światu odlatywał Adam Małysz. Pamięta Pan, jak on te sukcesy przeżywał?

- Wcale się nie dziwiłem, że uciekał, Małyszomania była wtedy wszędzie, w całym kraju, a co dopiero mówić o mieście Adama. Piotrek chodził do tej samej szkoły, co wcześniej Adam. W Wiśle Głębcach był w klasie m.in. z Mateuszem Wantulokiem, czyli obecnym trenerem kadry kombinacji norweskiej i z jeszcze kilkoma innymi uczniami, którzy stali się później dobrymi zawodnikami sportów zimowych. Każdy z nich wszystko by wtedy dał, żeby oglądać zwycięstwa Adama i kiedyś osiągnąć choć trochę tego, co wywalczył Małysz.

Już po zajęciu drugiego miejsca w TCS Żyła pokazał swoim fanom na Facebooku zdjęcie z jednej z gazet z 2002 roku. Mówił tam, że najpierw chciałby zostać mistrzem Polski, a później może nawet mistrzem świata. Był chłopakiem, który mocno wierzył w swoje możliwości?

- Adam to był dla niego wzorzec, jak dla wszystkich skoczków w tamtym czasie. Z Piotrkiem często na treningach sobie o sukcesach Adama rozmawialiśmy. On wierzył, że kiedyś też zajdzie wysoko i naprawdę zawsze bardzo sumiennie na to pracował. Tak naprawdę dzięki Małyszowi zaczął skakać. Bodajże po pierwszym zwycięstwie Adama w Pucharze Świata, czyli po wygranym konkursie w Oslo w marcu 1996 roku, Piotrek zapisał się do klubu. Miał wtedy dziewięć lat. Pamiętam, że przyszedłem do klasy Żyły, do tej klasy chodził też mój syn, wszyscy chłopcy mnie znali. Powiedziałem im, że przyszedłem zapytać kto by się chciał zapisać do sekcji narciarskiej. Piotrek był pierwszym, który się zgłosił. A po fali sukcesów Adama z 2001 roku Małyszomania była już szalona, chętnych do skoków było mnóstwo. Tylko że przez lata niewielu wytrwało.

Żyła miał kryzysy, chwile zwątpienia, opuszczania treningów?

- Nigdy. Zawsze był bardzo pilny, obowiązkowy, nie pamiętam, żeby się kiedyś spóźnił. Nawet jak był chory, to chciał trenować i jeszcze robić coś dodatkowo po zajęciach. Tak było też wtedy, kiedy już był doświadczonym zawodnikiem przeżywającym gorszy czas. W 2010 roku mieliśmy klubowe zgrupowanie nad morzem, Piotrek był poza kadrą i z nami pojechał, a wszyscy moi młodzi zawodnicy patrzyli w niego jak w obrazek, podziwiając to, co on robi. Pracował niesamowicie. I tam, i na krajowych zawodach pokazywał tej młodzieży, jak trzeba postępować. Jak konkurs był po południu, to on zawsze jeszcze trenował przed południem. Wtedy chłopcy pytali mnie czy też mogą. Mówiłem im "podpatrujcie Piotrka tak, jak on kiedyś podpatrywał Adama". I dodawałem, że jeszcze kiedyś osiągnie duży sukces.

To podpatrywanie Małysza Żyła na pewno zawdzięczał panu. Udawało się zorganizować jakieś wspólne treningi, zaprosić mistrza na zajęcia z młodzieżą, wśród której był Piotrek?

- Sporadycznie się udawało. Wiadomo, że Adam miał mnóstwo obowiązków, ale czasem udało mu się przyjść do nas, skorzystać z zaproszenia od wuja. Zdarzało się też, że zawody w Wiśle tak organizowaliśmy, żeby Małysz mógł wręczyć nagrody. Wręczał on, wręczała Iza Małysz, a chłopcy byli podekscytowani. Piotrek też przyjmował puchary od mistrza Adama.

Małysz w swoim pierwszym skoku wypadł ze zbyt dużych butów, a Żyła?

- Piotrek zaczynał dobrą dekadę później, sprzęt mieliśmy już wtedy lepszy, dzieciaki nie musiały skakać w tym, co nie gwarantowało bezpieczeństwa. Ale swoje Żyła też dostał. Już jako junior, 16-latek, miał bardzo poważny upadek. Na skoczni w Szczyrku w powietrzu wypięła mu się narta, wykręcił salto, spadł na bark, musiał długo przechodzić rehabilitację po złamaniu. Wtedy mogło się skończyć dużo gorzej, a skończyło się tylko na narzekaniu Piotrka, że on już chciałby wrócić do treningu.

O Małyszu opowiada Pan, że jako dziecko nie pokazywał wielkich możliwości, bo zawsze był mniejszy od rówieśników i brakowało mu siły. A jaki był Żyła?

- Nie był tak mały jak Adam, chociaż jego nazwisko zawsze sporo o nim mówiło - nigdy nie miał tendencji do przybierania na wadze (śmiech). Zawsze był skoczny, niesamowicie sprawny, miał talent dany już jako dzieciak. Trzeba go było podszlifować, ukierunkować. Efekty mogły być szybciej, ale lepiej późno niż wcale.

Myśli Pan, że Żyłę stać na zwycięstwo w Wiśle? On sam mówi, że faworytem będzie Kamil Stoch.

- Chciałoby się, żeby dwóch, a nawet trzech naszych zawodników było na podium. Ale na pewno Daniel Andre Tande będzie już dokładniej sprawdzał wiązania, jego serwismeni też będą pracowali lepiej, liczyć musimy się też z nieobliczalnym Domenem Prevcem.

Ale najpiękniejszy scenariusz dla mieszkańców Wisły jest możliwy?

- Wiadomo, że gdyby Piotrek zwyciężył, to w Wiśle byłoby święto. Jest taka szansa, wiślanin u siebie na pewno będzie mocny. Kamil i Maciek też, im również życzę walki o zwycięstwo. Szkoda tylko, że trybun nie mamy większych [pomieszczą 5500 widzów], bo chętnych do wejścia na zawody jest kilka razy więcej niż miejsc. Ale przecież jeszcze kilka lat temu w ogóle nie mieliśmy tu obiektu, a teraz mamy dwa polskie weekendy w Pucharze Świata, więc cieszmy się z tego, co mamy.



Piękna radość polskich skoczków po historycznym Turnieju Czterech Skoczni [ZDJĘCIA]