PŚ w Lillehammer. Czy Kot i Stoch przeskoczą niedosyt?

Kamil Stoch był już o zaledwie 0,3 pkt od podium, Maciej Kot spadł z niego dwa razy przez słabsze skoki w drugich seriach. Czy liderzy naszej kadry dolecą do pierwszych tej zimy indywidualnych sukcesów w trudnym Lillehammer? Relacja na żywo z sobotnich zawodów w Sport.pl o godz. 16
 

Tydzień temu Piotr Żyła, Stoch, Dawid Kubacki i Kot stanęli na najwyższym podium pierwszego w sezonie konkursu drużynowego. Polska wygrała w Klingenthal w wielkim stylu, drugich Niemców wyprzedziła aż o 41,5 pkt. Indywidualnie dwie zdecydowanie najwyższe noty mieli Kot i Stoch. Dzień później po pierwszej serii zawodów indywidualnych Kot prowadził, a Stoch plasował się tuż za nim. Niestety, w finale obaj spadli za podium - Kamil na czwarte, a Maciej na piąte miejsce. Kot piąty był już po raz piąty w karierze i drugi w tym sezonie. Nigdy nie uplasował się wyżej. Stochowi do pierwszego miejsce na "pudle" od marca 2015 roku zabrakło 0,3 pkt.

Cierpliwość ponad wszystko

Dlatego znów czuliśmy niedosyt. Podopieczni Stefana Horngachera zimę 2016/2017 rozpoczęli bardzo dobrze. Nigdy wcześniej drużyna nie wygrała konkursu, a i indywidualnie jest tak, jak powinno być, skoro w czołowej "15" Pucharu Świata mamy czterech zawodników - szóstego Kota, 12. Stocha, klasyfikowanego na 13. pozycji Kubackiego i Żyłę, który jest 15. Ale wiemy, jak niewiele brakowało, by było jeszcze lepiej. W Kuusamo w pierwszym konkursie Stoch się przewrócił i zamiast miejsca w "piątce" po pierwszej serii był dopiero 31. Dzień później na półmetku Kot był trzeci, ale w finale miał drugie najgorsze warunki wietrzne w całej stawce i spadł na ósmą lokatę. Po ostatnim starcie w Klingenthal o swego syna zaczął się martwić Rafał Kot. - Dla Maćka skakanie w rundzie finałowej z pozycją w "trójce" to ciągle nowa sytuacja. Kamil na podium był już kilkadziesiąt razy. On skacze coraz lepiej, ma doświadczenie, nie mam żadnych wątpliwości, że już za chwilę będzie wskakiwał na "pudło" i stanie się jednym z liderów Pucharu Świata. Natomiast co do mojego syna, to na "dzień dobry" pokazał, że jest bardzo mocny psychicznie, że potrafi panować nad emocjami, że się nie szarpie, nie chce czegoś zrobić za wszelką cenę, przyspieszyć jak to robił w poprzednich sezonach. Ale, jak to ojciec, martwię się, na ile wystarczy mu cierpliwości. Na pewno trudno pozostać cierpliwym, a innej recepty nie ma. Musi jeszcze z jeden konkurs wytrzymać, może ze dwa - mówił były fizjoterapeuta kadry w rozmowie ze Sport.pl

Stoch przesadził

Kot senior nie chce typować syna do podium w Lillehammer, bo uważa, że tam szczególnie trudno o sukces. Polakom nigdy tam nie szło, nawet Adam Małysz potrafił tam doskoczyć do najwyżej trzeciego miejsca (zrobił to trzy razy, raz trzeci był tam Stoch). - Nie lubiłem skakać w Lillehammer, szczególnie na dużej skoczni. Tam mają ten swój śnieg robiony sztucznie, z chemią, przez którą trudno się jeździ. Zazwyczaj mieliśmy tam duże problemy z prędkościami. Tylko norwescy skoczkowie zawsze dobrze w Lillehammer jeździli, bo sobie na rozbiegu wytestowali smary i innych później potrafili zaskoczyć - opowiada nasz mistrz. - Lillehammer to miejsce, w którym było sporo kłótni, podejrzeń że gospodarze czegoś do śniegu dosypują, żeby tylko oni wiedzieli, jak smarować narty - potwierdza Rafał Kot. Ale i Małysz, i Kot słusznie zauważają, że w takiej formie, w jakiej są nasi zawodnicy, mimo wszystko powinniśmy oglądać ich w czołówce.

W czwartkowych treningach i kwalifikacjach Kot i Stoch byli wysoko. Stoch kwalifikacje wygrał w świetnym stylu - przeskoczył skocznię, lądując na 144. metrze. Szkoda, że telemarkiem, bo przez to poczuł ból w prawym kolanie i zamiast spokojnie czekać na zawody musiał poddać się zabiegom fizjoterapeuty Łukasza Gębali. Na szczęście wszystko wskazuje na to, że podwójny mistrz olimpijski z Soczi nie zrobił sobie krzywdy, a świetny skok go uskrzydli.

- Trenowaliśmy w Lillehammer krótko przed rozpoczęciem sezonu, zaliczyliśmy tam pierwsze skoki na śniegu. Co prawda tylko na średnim obiekcie, bo dużego gospodarze jakoś nie chcieli nam przygotować, ale śnieg był wyjątkowo przyjemny, już wtedy spadło sporo naturalnego. Czuło się, że jest zupełnie inny od tego z hal, chemicznego - mówi Maciej Kot.

Kot przełamał się właśnie tu

Dla niego Lillehammer w pewnym sensie jest miejscem przełomowym. To tam zdobył swoje pierwsze punkty Pucharu Świata, 3 grudnia 2011 roku zajmując 19. miejsce. Pozycję w "30" wywalczył sobie dopiero za 35. podejściem (licząc też te konkursy, do których nie udawało mu się nawet zakwalifikować), aż cztery lata po debiucie.

- Początki bywały ciężkie, nawet bardzo ciężkie. Ale dobrze je pamiętam, doświadczenia zostają i teraz z nich korzystam - mówi Maciek.

Czy to obietnica zachowania cierpliwości, spokoju? Po letnich sukcesach - pięć wygranych konkursów i triumf w klasyfikacji generalnej Letniej Grand Prix - 25-latek wyraźnie nabrał przekonania, że pod wodzą Horngachera również zimą będzie należał do najlepszych. - Zawsze miałem problemy z przejściem z torów porcelanowych na lodowe, a teraz przez całe lato wykonywaliśmy ćwiczenia, które miały to ułatwić i rzeczywiście jest lepiej. Wiadomo, że początek jest po to, żeby poczuć się naprawdę pewnie, nabrać rozpędu - opowiada. To przez błąd na dojeździe do progu w Klingenthal spadł z pierwszego miejsca.

Jeszcze nic nie muszą

Oczywiście wyeliminowania wszystkich błędów i życiowego wyniku w Lillehammer Kot nie obieca. Ale kiedy opowiada, jak na taki sukces pracuje, to jego kibice mogą spokojnie czekać. - Między konkursami, w domu, staram się jak najlepiej wykorzystać czas na odpoczynek. Myślami jestem wtedy w Zakopanem, a nie tam, gdzie wkrótce będę startował. Czas na myślenie o skokach przychodzi w czwartek, na pierwszych treningach przed konkursami - mówi, na pewno znajdując w ten sposób uznanie u psychologów, którzy pracują ze sportowcami. - Wiadomo, że z psychologiem współpracuję, ale to jest też zalecenie trenera Horngachera. Bardzo mi się podoba podejście "nie planuj, tylko rób", z dawaniem z siebie stu procent na każdym treningu, z maksymalną koncentracją wtedy, kiedy jest praca i z czasem w domu całkowicie poświęconym na odpoczynek. Trener powtarza, że mamy spędzać jak najwięcej czasu z rodziną, nie myśleć o skokach, nie stresować się, bo zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy zrobić i pokażemy to wtedy, kiedy będzie trzeba - opowiada Maciek.

Czy trzeba już w Lillehammer? - Nie, sto procent formy ma przyjść później. Ważniejszy będzie Turniej Czterech Skoczni, a najważniejsze będą mistrzostwa świata w Lahti. Jeśli po drodze będą sukcesy, to tylko się cieszyć, ale tak naprawdę dopiero na głównej imprezie ma być ta pewność, że jesteś w stanie wszystko zrobić - studzi emocje Małysz.

I dobrze, presja oczekiwań jest już i tak duża. Dobrze, że dzielona na dwóch. - Przed startem sezonu najlepiej z nas skakał Kamil, on jest w formie. To dobrze, już jeden zawodnik dobrymi wynikami ciągnie drużynę. A jak jest dwóch, to dają jeszcze więcej wiary pozostałym - kończy Kot.