PŚ w Planicy. Cztery dni odlotu i bólu

Anders Fannemel przez kilka dni po osiągnięciu rekordowych 251,5 m skarżył się na ból kolan i naderwanych mięśni ud. Jak ogromne przeciążenia zniosą skoczkowie, którym na zakończenie sezonu zaplanowano aż cztery konkursy lotów w Planicy? - Będą zakwasy, będzie bolało, wieczorami będą poddawani gruntownej odnowie. Ale i tak mają lepiej niż to było jeszcze w czasach Adama Małysza - mówi Rafał Kot, były fizjoterapeuta polskiej kadry. Relacja na żywo w Sport.pl we czwartek o godz. 10
We czwartek o godzinie 9 trening, o 10 start konkursu, do którego przystąpi aż 65 zawodników, bo jego pierwsza seria będzie jednocześnie kwalifikacjami do piątkowych zawodów, a po piątkowej rywalizacji indywidualnej w sobotę "drużynówka" i w niedzielę finał sezonu z udziałem już tylko najlepszych 30 skoczków tej zimy. Tak bogaty program lotów w Planicy cieszy kibiców, bo loty są bardziej widowiskowe od skoków, a te w Planicy ogląda się szczególnie przyjemnie. Zawodnicy loty też kochają. Ale i dobrze wiedzą, że aż tak duża dawka latania będzie bolała.

Latać i spać

"Skoczkowie podczas lotów są pod presją psychiczną porównywalną z tą u pędzących po torze kierowców Formuły 1. Jak stwierdzili naukowcy z Uniwersytetu w Innsbrucku, podświadomość nie może sobie poradzić z nadmiarem obrazów, wrażeń, z zalewem bodźców optycznych. System nerwowy jest nadmiernie atakowany. Loty narciarskie wymagają, byś dał z siebie wszystko, eksploatują cię doszczętnie, niemal nie możesz się zregenerować.

Czasami sportowiec traci na wadze od półtora do dwóch kilogramów w czasie trzech dni jednego tylko konkursowego weekendu. Po lotach nie chciałem już na nic patrzeć ani nic mówić. Wieczorem kładłem się do łóżka kompletnie wyczerpany" - pisze Sven Hannawald w swojej książce "Sven Hannawald. Tryumf. Upadek. Powrót do życia".

Dwukrotny mistrz świata w lotach nie przesadza, choć ludzie z otoczenia naszej kadry przekonują, że dzisiaj ekstremalna odmiana skoków - bo tak często nazywane są loty - nie jest aż tak ekstremalna jak jeszcze kilkanaście lat temu.

Zakwasy już przez schody

- W czasach Hannawalda i Adama Małysza mamuty jeszcze nie były wyprofilowane jak teraz. Szczególnie na mniejszych, czyli w Harrachovie, Bad Mitterndorf i Oberstdorfie, w drugiej fazie lotu najlepsi zawodnicy osiągali bardzo duże wysokości i lądując mocno spadali. To wyglądało groźnie. Nie powiem, trochę zdrowia kosztowało mnie obserwowanie Adama przeskakującego te obiekty - wspomina Piotr Fijas. - Teraz mamuty są wręcz zawodnikom przyjazne. Wszystko jest tak pomyślane, że skoczkowie lądując nie spadają z dużej wysokości, bo lecą bardziej wzdłuż niż w górę. Na starych skoczniach, tych z moich czasów, obecni skoczkowie zrobiliby sobie krzywdę - dodaje były rekordzista świata w długości lotu.

Zmieniły się nie tylko profile skoczni. Skoczkom ułatwia się życie pod każdym względem. - Skakanie w Planicy w czasach Adama było trochę inne. Tam przede wszystkim skoczkom dawało się we znaki wchodzenie na skocznię. Wyciąg był krótki, nie wwoził zawodników na samą górę, jak teraz. Trzeba było iść przez las i później jeszcze po schodach. To naprawdę dawało w kość. Pamiętam, że jak pierwszy raz byłem tam z kadrą w 2004 roku, to z Adamem miałem bardzo duże problemy, bo przez te schody dostał zakwasów w mięśniach ud i musieliśmy dużo pracować, żeby je jakoś rozgonić - opowiada Rafał Kot.

Małysz zmęczenie przykrywał radością

Wspinaczki przed lotami już nie ma, lądowań oznaczających spadek z wielkiej wysokości też nie, ale przeciążenia dla organizmu skoczka-lotnika wciąż i tak są duże. - Dłuższy jest rozbieg, na progu zawodnicy osiągają większe prędkości, lot trwa nawet dwa razy dłużej niż na skoczni dużej, więc zawodnik musi mocniej i dłużej napinać wszystkie mięśnie. A jeszcze podchodząc do lądowania ma dużo większą prędkość niż zazwyczaj, więc kiedy ląduje daleko, na wypłaszczeniu, to przeciążenia są bardzo duże, kolana cierpią, uda też - tłumaczy Kot.

- Na takie sytuacje jak cztery konkursy w Planicy nie da się w ostatniej chwili przygotować fizycznie zawodników. Ci, którzy dobrze pracowali przez cały sezon, wytrzymają. Bardzo dużo pracy będą mieli fizjoterapeuci, ale jak ktoś jest w formie, to mimo zmęczenia będzie potrafił złapać fajny rytm startowy - twierdzi dr Michał Wilk, czyli człowiek, który odpowiada za trening motoryczny naszych skoczków.

Taki rytm w 2007 roku w Planicy pokazał Małysz. Wówczas, na zakończenie sezonu, wygrał wszystkie trzy konkursy na słoweńskim mamucie i odebrał Kryształową Kulę za triumf w Pucharze Świata. - Wtedy u niego nastąpiło odrodzenie wspaniałego skakania, był w doskonałym cugu, tak go skoki cieszyły, że radością przykrywał zmęczenie, wszelkie niedobory fizyczne. Skoki były super, a dopiero później spływało z Adama zmęczenie - wspomina Kot.

Teraz nie możemy marzyć o podobnym wyczynie Polaka. W Planicy reprezentować nasz kraj będą Kamil Stoch, Stefan Hula, Dawid Kubacki, Maciej Kot, Andrzej Stękała, Piotr Żyła i Bartłomiej Kłusek. Każdego z nich stać na niezłe skakanie, ale żaden nie ma takiej formy, która pozwoliłaby mu walczyć z najlepszymi, czyli przede wszystkim Peterem Prevcem i grupą Norwegów.





Wybierz z nami Królową Zimy!


Czy w Planicy podanie nowy rekord świata?