Kac Polaków po Turnieju Czterech Skoczni

Niewiarygodny Słoweniec Peter Prevc przerwał siedem lat dominacji Austriaków w Turnieju Czterech Skoczni. Dla Polaków był to najgorszy start od siedmiu lat. W Bischofshofen Kamil Stoch przepadł już po pierwszym skoku.
Prevc i Severin Freund otarli się w drugiej serii o rekord skoczni w Bischofshofen, obaj przekraczając granicę 140 metrów, ale bezdyskusyjnie lepszy był Słoweniec. Wreszcie doczekał chwili, gdy koledzy wzięli go na ramiona, a on mógł wznieść ręce. To nie była łatwa droga na szczyt, choć Prevc uważany jest od lat za wielki talent. Do czwartku w decydujących chwilach kariery przeżył jednak kilka rozczarowań.

22 marca 2015 roku Prevc mógł zwątpić, że kiedykolwiek będzie numerem 1. Dwa dni wcześniej wygrał przedostatni konkurs sezonu w Planicy, co dało mu realną szansę walki o Kryształową Kulę. Prowadził po pierwszej serii ostatnich zawodów, ale w drugim skoku zwycięstwo zabrał mu rodak Jurij Tepes, lepszy o 2,8 pkt. Gdyby Prevc utrzymał prowadzenie, zdobyłby Puchar Świata, zajmując drugie miejsce, oddał go Freundowi, który zdobył taką samą liczbę punktów (1729), ale odniósł więcej zwycięstw w sezonie.

Słoweniec miał wtedy za sobą rozczarowanie na mistrzostwach świata w Falun, gdzie nie zdobył medalu. Kryształowa Kula wymknęła mu się już drugi raz - w 2014 roku przegrał ją z będącym w olimpijskiej formie Kamilem Stochem. Prevc zaczął odnosić sukcesy szybko: ma medale mistrzostw świata w Val di Fiemme i igrzysk w Soczi, ale ani jednego złotego.

W czwartek wreszcie stanął na najwyższym stopniu podium prestiżowych zawodów - 64. Turnieju Czterech Skoczni. W Bischofshofen wygrał w wielkim stylu, pokonał Freunda i dziś jest wreszcie gwiazdą nr 1. Przerwał passę siedmiu zwycięstw Austriaków w Turnieju Czterech Skoczni. W tym sezonie w 10 konkursach PŚ stawał na podium, w tym aż 6 razy na najwyższym stopniu. W wyrównanej stawce można go nazwać dominatorem.

Porywająca walka toczyła się też za plecami Prevca i Freunda o trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej, którą stoczyli Austriak Michael Hayboeck i Norweg Kenneth Gangnes. Hayboeck odrobił straty, sprawiając, że Austriacy uratowali chociaż miejsce na podium.

Na przeciwnym biegunie są Polacy, których na TCS stać było tylko na odgrywanie frustrujących, trzecioplanowych ról. Trzech - Stefan Hula, Maciej Kot i Andrzej Stękała - awansowało do serii finałowej, zajęli jednak miejsca od 24. do 30. Stoch przepadł po pierwszym skoku, lądując na 33. miejscu. W klasyfikacji generalnej i tak był jednak najlepszy w drużynie Łukasza Kruczka, zajmując 23. pozycję. Ostatni tak słaby turniej jak w tym roku nasi skoczkowie zaliczyli w 2009 roku, gdy w klasyfikacji generalnej Małysz był 33., Stoch 36., Piotr Żyła 40., a Maciej Kot 58.

A przecież zawodnicy Kruczka wchodzili w sezon z wielkimi oczekiwaniami. W listopadzie trener kadry, prezes PZN Apoloniusz Tajner, i sami skoczkowie zapewniali, że drużyna jest silniejsza i lepiej przygotowana niż kiedykolwiek. Rzeczywisty obraz początku sezonu jest jednak fatalny: zagubiony czuje się nawet Stoch, w co dwukrotnemu mistrzowi igrzysk w Soczi trudno uwierzyć. Nad ekipą zawisła czarna chmura bezradności i niepewności, po konkursie w Bischofshofen Stoch przerywa starty w PŚ, by trenując z Kruczkiem w Szczyrku, poszukiwać zwyżki dyspozycji. Na weekendowe zawody PŚ do Willingen trener kadry B Maciej Maciusiak zabierze Hulę, Kota, Stękałę, Jakuba Wolnego i Jana Ziobrę.

Andrzej Wrona relacjonuje turniej kwalifikacyjny do igrzysk na Snapchacie Sport.pl




KALENDARZ IMPREZ SPORTOWYCH NA 2016 ROK