MŚ w Falun. Jak Stoch uczył się skoczni Lugnet

- Jest wyjątkowo trudna, podobna do tej w Soczi. Uczę się jej dopiero, ale mam pomysł na skoki - uspokajał Kamil Stoch po porannej sesji treningowej na obiekcie HS-100 w Falun. W piątek o 19 odbędą się na nim kwalifikacje (wystartują Piotr Żyła, Klemens Murańka i Jan Ziobro), w sobotę o 16.30 rywalizacja o medale mistrzostw świata. Relacje na żywo w Sport.pl
Gdyby ktoś nie znał Kamila Stocha, ale słyszał o dwukrotnym mistrzu olimpijskim z Soczi, loty Polaka na wczorajszym porannym treningu mogłyby wprowadzić go w osłupienie. Stoch uzyskał 88 m w pierwszej serii, co było 23. wynikiem, w drugim skoku, w innym kombinezonie, poleciał jeszcze krócej (87,5), co dało mu 31. pozycję. Pytany o to Łukasz Kruczek tylko się zaśmiał. - Z Kamilem tak jest zawsze - tłumaczył. - Kiedy pierwszy raz staje na skoczni, to po to, by ją oswoić, rozpoznać, rozgryźć. I dopiero po paru próbach ujawnia pełnię swoich możliwości. A te, jak wiemy, są wielkie. Więc spokojnie. Już na wieczornym treningu zobaczymy innego zawodnika - powiedział trener, utrzymując szeroki uśmiech. Nie zobaczyliśmy, bo z powodu zbyt silnego wiatru wieczorną sesję przerwano. Skoczyło tylko 71 zawodników, do Markusa Eisenbichlera, a więc zobaczyliśmy wszystkich Polaków, poza Stochem.

Rano drążyliśmy jednak temat u źródła. Wdrapaliśmy się na szczyt skoczni Lugnet nie po to, by pozwolić się zbyć. - Czy nowy pomysł na skoki związany jest z kombinezonem? Dlatego go dziś zmieniałeś? - pytaliśmy Stocha. Kamil uśmiechnął się, tłumacząc, że testowanie kombinezonu i pomysł na skoki to dwie różne rzeczy. - Kombinezon, jak inne elementy sprzętu, mają mi pomóc wykorzystać specyfikę obiektu, ale one za mnie skakać nie będą. Kruczek machnął tylko ręką. - Kamil zmieniał kombinezon, tak jak 71 innych skoczków. Trener przypomniał, że pierwszy trening dla Stocha przed wielką imprezą zawsze jest trudny. Tak samo było w Predazzo, tak samo w Soczi, skąd przywiózł trzy złote medale.

Pytaliśmy jeszcze Stocha, czy starczy mu czasu na naukę. W końcu już dziś są kwalifikacje do konkursu, a w sobotę walka o tytuł mistrza świata na normalnej skoczni. - Czas? Zawsze mi go starcza - odpowiedział. - Najważniejsze, że już wiem, jak sprawić, by latanie na tym obiekcie zmieniło się w frajdę. A jak się zmieni, to będzie dobrze. Po czym spokojnie wziął swoją walizkę ze sprzętem i ruszył w kierunku samochodu. Reszta ekipy czekała już na niego.

Na szczycie skoczni Lugnet wiał silny wiatr. Wyjątkowo przenikliwy w temperaturze sześciu stopni powyżej zera i wysokiej wilgotności. W Falun jest pochmurno i mokro, zamiast w śniegu brnie się w lodowo-błotnej mazi. Z powodu zbyt silnych podmuchów odwołano trzecią serię porannego treningu skoczków i przerwano wieczorną. - Ale prognozy na kolejne dni są lepsze - uspokajał Kruczek.

Do zawodów zgłosiło się aż 84 zawodników z 22 państw, z czego 15 nie skakało wczoraj rano w ogóle. Wśród nich faworyci Noriaki Kasai i Peter Prevc, którzy uznali najwyraźniej, że nauczą się obiektu w przyspieszonym tempie. Wieczorem też skoczyć nie zdążyli. Ryzykowne? Zobaczymy w sobotę. Mniej się można dziwić 42-letniemu Japończykowi. Jest w takim wieku, kiedy ułańskie szarże powinno się zostawiać na konkursy i walkę o medale.

Niemiec Severin Freund, który był ostatnio w najlepszej formie ze wszystkich skoczków, wybrał drogę podobną do Stocha. W pierwszym skoku uzyskał 12. wynik, także nie dolatując do granicy 90 m. W drugim było lepiej, zajął piąte miejsce, ale został wyprzedzony przez dwóch Polaków: Piotra Żyłę (95,5) i Jana Ziobro (96). Żyła zajął w tej serii drugie miejsce, pozwalając się wyprzedzić minimalnie wyłącznie Richardowi Freitagowi. Ale jak mówił Kruczek, wróżenie z pierwszych treningów to jak wróżenie z fusów. Na przykład wracający po kontuzji czterokrotny mistrz olimpijski Simon Ammann miał w pierwszej próbie 84,5 m, w drugiej już 91. Żaden z tych wyników nie olśniewa, ale jeśli jest to wskaźnik, jak szybkie robi postępy, w sobotę może być groźny, w każdym razie wykluczyć tego się nie da.

Poza Stochem i najmłodszym w ekipie Aleksandrem Zniszczołem, reszta Polaków skakała dobrze. W tym z kolei Kruczek dostrzegł tendencję wzrostową. - Olek odstaje od reszty, ale zobaczymy, jak będzie na wieczornym treningu - mówił. Po nim trener kadry wybrał czterech skoczków, którzy staną dziś do kwalifikacji. Właściwie trzech, bo Stoch - jako skoczek czołowej dziesiątki Pucharu Świata - kwalifikację ma pewną. Te trzy nazwiska to Żyła, Murańka i Ziobro. Wybór był trudny i dyskusyjny, ale decyzję trzeba było podjąć.

Tytułu mistrza świata na skoczni normalnej będzie bronił Anders Bardal. Norweg złamał nadgarstek podczas Pucharu Świata w Wiśle, zemdlał nawet opatrywany przez lekarza, ale już wtedy zapowiedział, że do Falun pojedzie, choćby miał skakać z gipsem. Wczoraj trenował z firmowym uśmiechem, zapytany, jak się czuje, podniósł ręką i powiedział "perfect". - Nic mi już nie przeszkadza, o kontuzji zapomniałem - dodał. Na porannych treningach nie błyszczał, miał 11. wynik w pierwszej serii i 29. w drugiej. Być może wobec Norwega działa ta sama zasada co wobec Stocha, czyli "pierwsze śliwki robaczywki".

Atmosfera wokół skoczków była wczoraj w Falun wyjątkowo obojętna i chłodna. Ktoś, kto przybył z Zakopanego, gdzie specjalistów tej konkurencji nosi się na rękach, nie uwierzyłby własnym oczom. Tysiące ludzi przybyłych na mistrzostwa świata spędziły dzień, stojąc tyłem do skoczni Lugnet. Pasjonowali się sprintami, w których fantastycznie biegała także Justyna Kowalczyk. W Szwecji i w całej Skandynawii biegi na nartach kocha się ponad wszystko. W kwalifikacjach i ćwierćfinałach rywalizacji biegaczy, trenujący skoczkowie mogli się czuć jak sportowcy drugiej kategorii. - Czy będziemy oglądali zmagania Justyny o medal mistrzostw w Falun? Hm, w naszej siedzibie nie ma telewizora - powiedział Kruczek. Skoczkowie mieszkają w domu Świętej Brygidy. - Niech się za nas siostrzyczki modlą. W Skandynawii zawsze wieje, a nam dobre wiatry będą bardzo potrzebne - powiedział Żyła.

Co, gdzie, kiedy przed MŚ w Falun [ROZKŁAD]