Skoki narciarskie. Maciej Kot: Nauka boli

- Wysokie loty Kamila Stocha tuszują kłopoty kadry. Reszta skoczków jest przed mistrzostwami świata w Falun w takiej samej sytuacji jak na początku sezonu - mówi Maciej Kot.
23-letni skoczek dwa lata temu w Val di Fiemme zdobywał z drużyną Łukasza Kruczka brązowy medal MŚ. Kolejny krok wicemistrz świata juniorów z 2009 r. wykonał w sezonie olimpijskim, w Soczi zajął siódme miejsce na normalnej skoczni i 12. na dużej. Drużyna wróciła do domu bez medalu, ale z najwyższym w historii startów na igrzyskach czwartym miejscem. W tym sezonie Kot liczył na kolejny krok ku czołówce, latem sporo eksperymentował w przygotowaniach. Okazało się to zbyt ryzykowne. Zawodnik z Zakopanego skacze zimą słabo, uciułał ledwie 17 pkt w Pucharze Świata. W niedzielę po konkursie w Titisee Neustadt trener kadry ogłosił skład na mistrzostwa świata (18 lutego - 1 marca), które zaczynają się za osiem dni w Falun. Kota w niej nie ma, są Stoch, Piotr Żyła, Aleksander Zniszczoł, Klemens Murańka, Dawid Kubacki i Jan Ziobro.

Był pan zaskoczony decyzją Kruczka?

- Ani trochę. O tym, że nie lecę do Falun, wiedziałem od jakiegoś czasu. Poprosiłem trenera o chwilę rozmowy w cztery oczy, chciałem wiedzieć, na czym stoję. Zaproponowałem sposób, w jaki chcę przezwyciężyć kryzys formy, do mistrzostw był jeszcze czas. Ale trener miał wobec mnie inne plany. I tak mistrzostwa w Falun stały się dla mnie straconym marzeniem.

Był pan zapewne mocno zawiedziony?

- Byłem. Ale też przyznam, że silnych argumentów nie miałem, bo skaczę fatalnie. Ten sezon jest dla mnie już niemal stracony. Nie jest łatwo się z tym pogodzić. Sportowiec, który cały czas idzie do przodu, sądzi, że wykonanie kolejnego kroku będzie łatwe. Ja wykonałem krok wstecz, co jest dla mnie nauką. Bolesną, ale mam nadzieję wyjść z tego silniejszy. Charakter sportowca ujawnia się nie w momentach wzlotów, ale upadków. Jeśli będę umiał się podnieść, wyciągnąć wnioski, to wszystko, co mnie teraz spotyka, nie pójdzie na marne. Nauka boli. Czasem bardzo. Muszę się jednak pozbierać.

Wielu kibiców widziało w panu numer 2 polskiej kadry, w przyszłości nawet następcę Kamila Stocha.

- Wsparcie kibiców to coś fantastycznego, szczególnie w ciężkich chwilach. Gdy sportowiec zaczyna wątpić w siebie, w to, co robi, ma załamania, brak mu sił do walki, kibice go z tego stanu potrafią wyrwać. Dla mnie takie wsparcie jest teraz bezcenne. A co do następcy Kamila, to trudno o lepszy komplement.

A może to właśnie ciąży panu w locie, jak wielkie zobowiązanie? Może ma pan kłopot z presją?

- Moje kłopoty nie wynikają z przesadnej presji, z tego, że nie umiem unieść ciężaru oczekiwań. Po prostu popełniam na skoczni błędy techniczne, i to jest przyczyna kryzysu.

Kryzys formy dopadł w tym sezonie kilku kadrowiczów. Ziobro, Kubacki, Murańka jadą do Falun, ale ich dyspozycja jest wyjątkowo niepewna. A to przecież połowa drużyny.

- Po słabym początku sezonu wszyscy mówili o naszym kryzysie. Kamil leczył kontuzję, więc nie było nawet światełka w tunelu. Może poza Piotrkiem Żyłą, który jest jednak zupełnie nieobliczalny. On jedyny skakał dobrze, chociaż od czasu do czasu. Kiedy Kamil wrócił na skocznię, skupił na sobie uwagę wszystkich. Skacze doskonale, co zrozumiałe, bo to zawodnik z absolutnego topu. Ale jego forma zakłamuje trochę sytuację w drużynie, bo reszta skacze właściwie tak samo jak na początku sezonu. Wtedy, kiedy mówiło się o kryzysie polskich skoczków.

Czego możemy oczekiwać w Falun?

- Oczywiście wysokich lotów Kamila. To dziś jedyny pewnik dotyczący kadry. Po Piotrku można się spodziewać wszystkiego. Jak mu wyjdzie skok, a potem drugi, to może dolecieć nawet do podium. Ale tak samo prawdopodobne jest w jego wykonaniu coś zupełnie przeciwnego. Jako jego kolega gorąco wierzę, że będzie zaskakiwał pozytywnie. Jest jeszcze Alek Zniszczoł z kadry juniorów, który skacze dobrze, jest w życiowej formie. Nie ma jednak podstaw, by obiecywać kibicom, że drużyna powtórzy sukces z Val di Fiemme. Nie jest to oczywiście wykluczone, do mistrzostw sporo może się jeszcze zmienić, ale dziś nie ma przesłanek, by wieszczyć walkę o podium w konkursie drużynowym.

Jakie ma pan plany?

- Ostatni tydzień trenowałem tylko na siłowni, próbując podnieść się po ciosie. Chciałbym bardzo polecieć w weekend na loty do Vikersund. Może frajda ze skakania na mamucie dałaby mi impuls. Ale bardziej prawdopodobne jest, że trener Kruczek wyśle mnie na zawody Pucharu Kontynentalnego. Będę więc tam startował. A po mistrzostwach świata spróbuję wrócić do Pucharu Świata i ratować, co się da. Kilka wysokich miejsc pomogłoby mi naładować akumulator, odzyskać entuzjazm, wiarę i motywację do ciężkiej pracy w letnich przygotowaniach do kolejnego sezonu. Nie pozostaje mi nic innego.

Najlepsze zdjęcia z Turnieju Czterech Skoczni




Czy Kot powinien być w kadrze na MŚ?