PŚ w skokach. Tajner: Żyła jest najlepszy na świecie. Nie chcę zwycięstwa drużyny

- Mam nadzieję, że w Klingenthal nasi skoczkowie nie wygrają konkursu drużynowego - zaskakuje Apoloniusz Tajner. - Podobno w tej chwili Piotrek Żyła jest najlepszy na świecie. Wiem to od Piotra Fijasa, a ocenie takiego sceptyka można wierzyć - dodaje prezes Polskiego Związku Narciarskiego. Pierwsze zawody nowego sezonu w Klingenthal w sobotę i niedzielę. W piątek kwalifikacje. Relacja na żywo w Sport.pl od godz. 18. Transmisja w Eurosporcie.
Wychodzisz z domu, a skaczą Polacy? Śledź relacje w telefonie dzięki aplikacji Sport.pl Live

Łukasz Jachimiak: Podejmie się pan wytypowania składu, w jakim Polska wystąpi w sobotnim konkursie drużynowym w Klingenthal?

Apoloniusz Tajner: Mamy tak wyrównaną kadrę, że w tej chwili nawet Łukasz Kruczek nie umiałby tego zrobić. Na pewno Kamil Stoch, Maciej Kot i Piotrek Żyła są głównymi kandydatami do trzech z czterech miejsc w drużynie. Ale każdy z siódemki naszych skoczków w piątkowych treningach i kwalifikacjach do niedzielnego konkursu indywidualnego może pokazać trenerowi, że to właśnie na niego warto postawić. Niespodzianki są możliwe. A ja najbardziej czekam na taką w wykonaniu Piotrka Żyły, bo według informacji, które dostałem z ostatnich treningów kadry z Oberstdorfu, wynika, że Piotrek jest w znakomitej formie. Piotr Fijas powiedział mi, że Żyła jest w tym momencie najlepszy na świecie. Podobno jako grupa najlepiej prezentują się Niemcy, a my jesteśmy zaraz za nimi. Inna sprawa, że w Klingenthal prawie zawsze kapryśna jest pogoda. Jak wiatr będzie zmienny, to w "drużynówce" jeden słaby skok może wszystko położyć. A w trudnych warunkach taki skok może się zdarzyć nawet Stochowi.

Łukasz Kruczek o pogodzie rozmawiać nie chce, słusznie zauważa, że mając kilku zawodników w wysokiej formie, nie musimy się bać wiatru, bo nie jest możliwe, by każdy z nich miał pecha.

- Też często to powtarzam, bo taka jest prawda. Mamy prawo spodziewać się, że w konkursach indywidualnych zawsze któryś z naszych będzie wysoko. A w drużynie przecież nie tylko nam może powiać niekorzystnie, a wiatr może też nam pomóc. Dobre warunki na pewno będziemy umieli wykorzystać. Z kolei jeśli trafią się złe, to w następnych tygodniach będzie czas na udowodnienie, że jesteśmy mocni. Ważne, żeby w Soczi warunki były stabilne.

Wróćmy do Żyły - nie martwi się pan, że już teraz jest w wysokiej formie? Zawsze lepiej wiodło mu się w drugiej części sezonu, przed rokiem był tym lepszy, im bliżej był finał Pucharu Świata.

- On jest nieobliczalny, w naszej ekipie to największa zagadka. Ciągle do końca nie wiem, jaki wpływ na niego ma ta medialna zawierucha, która go wciągnęła. Nie wiem, z czym on zasypia i z czym się budzi. Pocieszam się, że zamieszanie trwało już chwilę w ubiegłym sezonie, a on sobie dawał radę. Z drugiej strony nie będę kłamał, że jego wielka forma już przed startem sezonu mnie nie martwi. Na ogół ci, co zaczynają najlepiej, w najważniejszym momencie sezonu nie są już tak mocni. Z drugiej strony w skokach nie ma reguł, które zawsze się sprawdzają. A ostatecznie jeśli okazałoby się, że na początku sezonu Piotrek rzeczywiście będzie skakał znakomicie i że ciężko będzie mu utrzymać tę dyspozycję przez dwa i pół miesiąca, to przecież mamy nie tylko jego, ale aż 10 zawodników na zbliżonym poziomie i zawsze któryś z nich powinien być w światowej czołówce.

Bądźmy szczerzy - forma z treningów nie zawsze przenosi się na zawody, nie jest więc powiedziane, że Żyła będzie dominował.

- Pod koniec 2000 roku, bezpośrednio przed Turniejem Czterech Skoczni, w całej Europie brakowało śniegu i wszyscy zjechali się na treningi do Sankt Moritz. Adam Małysz schodził tam po cztery rozbiegi niżej od całej reszty, a i tak przeskakiwał skocznię. On rywali miażdżył, a obecni tam byli wszyscy najwięksi. Pamiętam, że kiedy zadzwoniłem do Marka Serafina z "Przeglądu Sportowego", żeby mu powiedzieć, że mamy zawodnika, który może wygrać Turniej Czterech Skoczni, to nie chciał mnie słuchać. Mówił: "Dobra, dobra, przestań głupoty opowiadać, mów, jak tam naprawdę u was jest". Kiedy termin zawodów coraz bardziej się zbliżał, to z Piotrkiem Fijasem rozmawialiśmy, sami nie wiedząc, co mamy o tym wszystkim myśleć. Mówiłem: "Piotrek, mamy zawodnika, który po prostu musi ten Turniej Czterech Skoczni wygrać. Zostało 10 dni, ta forma nigdzie nie ucieknie". A Piotrek, który jest sceptykiem, tylko na mnie patrzył i odpowiadał: "Słuchaj, jeszcze będą święta, wszystko się spieprzy, zobaczysz, że nic z tego nie wyjdzie". Więc skoro teraz Fijas mówi, że Żyła jest mocny, to ja mu wierzę.

W Oberstdorfie Polacy mogli się porównać ze wszystkimi najlepszymi rywalami?

- Tam nie ze wszystkimi, ale w ostatnich tygodniach w różnych miejscach spotykali różne ekipy i na jednej skoczni trenowali z Austriakami, na innej z Niemcami, na kolejnej z Norwegami. Ocenie Piotrka Fijasa naprawdę można wierzyć.

Co mówi o Stochu?

- Tutaj nie muszę polegać na opiniach innych, bo z Kamilem widziałem się trzy dni temu. Był u mnie, rozmawialiśmy pół godziny, wiem, jak pewny jest swojego poziomu sportowego, dobrego przygotowania do sezonu. U niego widać już olimpijski spokój. W ogóle cała nasza szeroka grupa czuje się bardzo dobrze. Poprzedni sezon nam wyszedł, wiemy, co trzeba robić, żeby były sukcesy, dogadujemy się. Naprawdę dużo dobrego udało się zbudować.

Jako znany optymista pewnie powie mi pan zaraz, że w Klingenthal nasz zespół po raz pierwszy w historii wygra drużynowy konkurs Pucharu Świata?

- Wiem, że naszych chłopaków na coś takiego stać, ale nie wiem, czy już w Klingenthal. Będę zadowolony, jeśli staną na podium, spodziewam się, że od początku będziemy mieli silną drużynę, ale też, szczerze mówiąc, mam nadzieję, że tak od razu nie wygrają. Oczywiście nikt im tego nie zabroni, ale to wcale nie byłoby korzystne, bo od razu chłopcy wzięliby na siebie presję, jaka zawsze ciąży faworytom.

Gregor Schlierenzauer, mówiąc o głównych rywalach, wymienia Polaków, a wśród nich objawienie sezonu letniego, Krzysztofa Bieguna. Kogo pan obawia się najbardziej?

- Tu się nic nie zmienia - młodzi, ale już utytułowani Austriacy i Niemcy, zawsze solidni Norwegowie i potrafiący zaskakiwać świetnymi skokami Słoweńcy będą tak samo mocni, jak w poprzednim sezonie.

Mamy sezon olimpijski, może więc znów trzeba się bać Simona Ammanna?

- W Salt Lake City zdobył dwa złote medale, w Turynie się nie liczył, w Vancouver był poza zasięgiem wszystkich, więc wychodzi na to, że teraz znów do walki się nie włączy i będzie musiał czekać na swój czas do 2018 roku (śmiech). Oczywiście do Pyeongchang nie dociągnie. Myślę, że czas Ammanna już minął. Młodzież się bardzo rozwinęła. On jest dobry, ale w Vancouver wygrał bardziej techniczną przewagą niż formą. To znaczy był w świetnej dyspozycji, ale nie aż takiej, by Adam nie mógł z nim walczyć. Amman miał jednak to, czego nie miał nikt inny - wiązania, które pozwalały mu ustawiać narty bardziej płasko, łapać dzięki temu wiatr i dalej latać. Teraz już wszyscy to mają.

Może znów wymyśli coś, czego nie ma nikt inny?

- Nie sądzę. Teraz wszyscy kombinują, a pole manewru jest coraz mniejsze, bo przepisy wszystko szczegółowo określają. Jeśli nawet ktoś wpadnie na jakieś nowe rozwiązanie, to będzie dzięki temu tylko minimalnie lepszy, nie zyska aż takiej przewagi jak Ammann dzięki wiązaniom. Już prędzej któryś ze starych mistrzów będzie miał kolejny błysk wielkiej formy, któremuś może się znów przypomnieć, jak wyglądają idealne skoki.

Myśli pan o Ahonenie?

- Nie mam na myśli konkretnego skoczka. Mówię hipotetycznie, ale nie wierzę, że to się stanie. Natomiast Ahonen całkiem przyzwoicie prezentował się latem. Widać, że utrzymał sylwetkę i skacze tak samo jak kiedyś. Problem w tym, że skoki poszły do przodu. On może się liczyć w rywalizacji, ale myślę, że młodsi go poprzeskakują. Na wygranie Ahonenowi tego, co ma, nie wystarczy. Ale niech postawi na nogi fińskie skoki, niech znów wokół niego skupi się drużyna.

W ubiegłym sezonie pytani o techniczne nowinki odpowiadaliście, że spróbujecie przygotować coś specjalnego na Soczi. Pracujecie nad czymś takim? A może po ponownym pozyskaniu do sztabu Justyny Kowalczyk Ulfa Olssona związek szuka też dodatkowego serwismena dla skoczków?

- Nie ma potrzeby dołączania kogokolwiek do sztabu. Szybkość najazdowa nie jest zależna od smarowania, to wiemy już na pewno. Mamy dostęp do tego, co inni, w razie konieczności pomocą służą nam serwismeni z firm, z których sprzętu nasi skoczkowie korzystają. Ewentualnych, drobnych przewag szukamy w nowinkach sprzętowych, ale o nich nie chcę mówić, bo nie chcę zdradzać czegoś, co trener woli zachować dla siebie. Jednak zapewniam, że pod względem szukania nowych rozwiązań jesteśmy w czołówce, a może nawet trochę przed innymi.

Skoro ze wszystkim jest tak dobrze, to dlaczego w rozmowie z Polską Agencją Prasową stwierdził pan, że celem na ten sezon Pucharu Świata jest wprowadzenie tylko dwóch naszych zawodników do czołowej "dziesiątki" klasyfikacji generalnej? Chodzi o Stocha i Żyłę czy Stocha i Kota?

- Miałem na myśli Kamila i Maćka. Maciek dojrzał do takich wyników, a Kamil jest poza dyskusją. Jego trzeba nawet przymierzać do podium. Natomiast Piotrek Żyła, jak już mówiłem, jest nieobliczalny. Jeśli rzeczywiście jest w tak wielkiej formie, jak twierdzi Fijas, to zobaczymy, jak długo ją utrzyma. Wierzę, że i on może być na koniec sezonu jednym z dziesięciu najlepszych zawodników świata, ale spokojnie czekam, jak on się będzie rozwijał. Ambicję ma wielką, możliwości też. Nie zdziwię się, jak będzie skakał świetnie, nawet od początku aż do Soczi. Jednak wolę mówić o celach minimum.

Jaki jest plan minimum na Soczi?

- Zdobycie medalu. Teoretycznie szanse mamy w każdym konkursie. A naszym marzeniem jest wprowadzenie na podium zawodnika w obu startach indywidualnych i medal drużyny. Na razie cieszy mnie to, że możemy sobie stawiać takie cele, że to nie są nasze mrzonki, tylko realne możliwości. A życie pokaże, co z tego wyniknie.



Kto wygra Kryształową Kulę?