PŚ w Willingen. Schlierenzauer zmierzy się z legendą

- Być najlepszym w historii skoków narciarskich to niesamowite uczucie. Stałem się legendą - mówił Gregor Schlierenzauer kilka dni temu. 23-letni Austriak, który w Harrachovie pobił rekord Mattiego Nykaenena w liczbie wygranych konkursów Pucharu Świata, czuje się pewnie, ale w Willingen raczej nie wygra. Bo tam zmierzy się z legendą Adama Małysza. Kwalifikacje w piątek o godz. 18. Transmisja w Eurosporcie, relacja na żywo w Sport.pl
12 lat temu Małysz przyjechał do Willingen jako sensacyjny triumfator 49. Turnieju Czterech Skoczni i zdecydowanie najlepszy skoczek świata. Z ośmiu konkursów PŚ poprzedzających te zaplanowane na Muehlenkopfschanze Polak nie wygrał tylko jednego - w Hakubie, gdzie w pierwszej serii upadł i ostatecznie ukończył zawody na ósmej pozycji. Tam najlepszy był Martin Schmitt. Niemiec dwa wcześniejsze sezony kończył jako zdobywca Kryształowej Kuli, przed własną, wielbiącą go, aż 50-tysięczną publicznością, chciał udowodnić, że jest w stanie walczyć o kolejną i stać się pierwszym skoczkiem w historii, który wygra Puchar Świata trzy razy z rzędu. Nic z tego, nastolatki, które na transparentach informowały swego idola, że zachowały dla niego dziewictwo i chcą mieć z nim dzieci, oglądały popis tego, do którego pisały wprost, że z nim dzieci mieć nie chcą.

Schlierenzauer wygrywa, Małysz deklasował

Pierwszy, loteryjny ze względu na zmienne podmuchy wiatru konkurs, Schmitt ukończył na 44. miejscu, osiągając w pierwszej serii zaledwie 97 metrów. Startujący w tych samych warunkach Małysz wylądował 25 metrów dalej i po pierwszej serii był ósmy. W drugiej zaliczył bodaj najbardziej spektakularny lot w historii na skoczni dużej. 151,5 m w wykonaniu Polaka było czymś niewyobrażalnym. - Takiego skoku nie byłby w stanie oddać nikt inny i nikt poza Adamem nie ustałby po lądowaniu. Małysz jest najlepszy na świecie - mówił 3 lutego 2001 roku ówczesny trener "Orła z Wisły" Apoloniusz Tajner. Wszyscy doskonale wiedzieli, że ma rację, choć konkurs wygrał Ville Kantee. Gdyby wtedy stosowano punktację, która obowiązuje od trzech lat, a więc gdyby zawodnikom dodawano punkty za wiatr pod narty i odejmowano za podmuchy wpychające w zeskok, bezsprzecznym zwycięzcą byłby Małysz.

Polak, który w swojej karierze wygrał 39 konkursów Pucharu Świata, podobnie zresztą jak Nykaenen (46 wygranych konkursów), wiele zwycięstw stracił właśnie przez pogodę. Schlierenzauer swoich 17 z 48 triumfów święcił po nowemu. A pierwszy z nich miał miejsce właśnie w Willingen, gdzie w 2010 roku o 4,7 pkt wyprzedził Andersa Jacobsena.

Na Muehlenkopfschanze Austriak wygrał dotąd dwa razy, teraz może być najlepszy po raz trzeci. Ale królem Willingen nie zostanie. 4 lutego 2001 roku Małysz, oddając dwa skoki na 142,5 m, wyprzedził drugiego Risto Jussilainena (138,5 i 129 m) o 36,5 pkt. Tak dużej przewagi nad drugim zawodnikiem w konkursie Schlierenzauer nie osiągnął nigdy. Raz - w Sapporo, w 2009 roku - był lepszy od Thomasa Morgensterna o 34,9 pkt. To jego jedyne zwycięstwo z przewagą wynoszącą przynajmniej 20 punktów nad kolejnym skoczkiem. Małysz drugiemu zawodnikowi odlatywał tak siedem razy w karierze, z tego trzykrotnie na ponad 30 punktów, a raz - w Innsbrucku podczas 49. TCS - na 44,9 pkt drugiemu wówczas Janne Ahonenowi.

Przeskoczył dominatora?

Właśnie postać Fina pokazuje, jak wielkim mistrzem był Małysz i jak trudno Schlierenzauerowi będzie zbliżyć się do niego w Willingen. W 2005 roku Fin przyjechał do Hesji jako seryjny zwycięzca. Od początku sezonu wygrał aż 10 z 12 rozegranych konkursów, ustępując tylko nieznacznie Małyszowi w Harrachovie i Hoellwarthowi w Bischofshofen. Na Muehlenkopschanze pokonał Austriaka po świetnej walce (o 4,3 pkt), a Małyszowi zabrał fenomenalny rekord sprzed czterech lat, lądując na 152. metrze. - Miałem szczęście, dostałem bardzo mocny wiatr pod narty - skromnie stwierdził Ahonen, który został drugim skoczkiem w historii mogącym się pochwalić złamaniem granicy 150. metrów na skoczni dużej. Warto dodać, że znajdujący się w rewelacyjnej formie Fin skakał wtedy na skoczni, której punkt konstrukcyjny znajdował się już na 130., a nie 120. metrze.

Ahonena w sezonie 2004/2005 słusznie nazywano dominatorem, a jego klasę podkreślał choćby transparent przygotowany w Zakopanem przez polskich kibiców. "Nie w naszym domu, Janne" - mógł przeczytać Fin tuż przed zawodami na Wielkiej Krokwi. Na niej dwa razy wygrał Małysz, a w drugim konkursie Ahonen był drugi, po raz ostatni wskakując w swoim najlepszym sezonie na pucharowe podium. W sumie pięciokrotny zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni wygrał wtedy 12 z 28 rozegranych konkursów i drugi raz z rzędu zdobył Kryształową Kulę, którą wcześniej - jako jedyny w historii - trzy razy z rzędu odbierał Małysz. Schlierenzauer w sezonie 2008/2009 wywalczył swoje jedyne do tej pory takie trofeum, wygrywając aż 13 z 27 konkursów.

Małysz lepszy od Bjoerndalena i Stenmarka

W rękach Małysza kryształ błyszczał najjaśniej na zakończenie sezonu 2000/2001. Wówczas "Orzeł z Wisły" wygrał 11 z 21 konkursów. Polak jest jedynym skoczkiem w historii, który był najlepszy w ponad połowie zawodów. Co warte podkreślenia, czymś takim nie mogą się pochwalić ani legendarny alpejczyk Ingemar Stenmark, który w Pucharze Świata wygrał aż 86 startów, ani król biathlonu Ole Einar Bjoerndalen, który w tej dyscyplinie najlepszy w PŚ był 93 razy, a jedno zwycięstwo dołożył w PŚ w biegach narciarskich. Właśnie legendarni biegacze jak Jelena Valbe czy Władimir Smirnow są jedynymi przedstawicielami dyscyplin narciarskich, którzy potrafili wygrać w sezonie PŚ więcej niż połowę startów. Ale im było o tyle łatwiej, że często na taki sezon składało się tylko osiem albo dziewięć indywidualnych biegów.

Powiedzieć, że w sezonie 2000/2001 Małysz wygrał w PŚ więcej niż ktokolwiek kiedykolwiek, to nic nie powiedzieć. W 49. Turnieju Czterech Skoczni Polak zdeklasował największą legendę tej imprezy, czyli Ahonena, wyprzedzając go ostatecznie o niespotykane nigdy wcześniej i nigdy później 104,4 pkt. Ówczesną różnicę między przybyszem z kosmosu - jak nazywali Małysza jego rywale i byli mistrzowie skoków - a resztą stawki, której przewodził Fin, najlepiej było widać w Innsbrucku. W bardzo trudnych warunkach na Bergisel, której punkt konstrukcyjny był wtedy zlokalizowany na 108. metrze, Polak latał w okolice 120. metra, a jego rywale za sukces uznawali przekroczenie "setki". Wtedy Małysz wyprzedzał resztę stawki o kilka długości. Kiedy stawał na najwyższym stopniu podium, zawodnika zajmującego drugie miejsce pokonywał średnio o 21,4 pkt. Schlierenzauer w swoim najlepszym dotąd sezonie wygrywając konkurs drugiego skoczka wyprzedzał średnio różnicą 7,2 pkt (w trwającym cyklu PŚ, gdy wygrywa konkurs, to od kolejnego zawodnika jest lepszy o 3,5 pkt), a Ahonen zwyciężając w sezonie 2004/2005 następnego skoczka wyprzedzał średnio o 9,2 pkt. Nawet największy w historii Nykaenen w swoim najlepszym sezonie w życiu, a więc w latach 1987/1988, gdy w PŚ wygrał 10 z 20 rozegranych konkursów, a został też zwycięzcą Turnieju Czterech Skoczni i zwyciężył w obu indywidualnych konkursach na Igrzyskach Olimpijskich w Calgary, nie odskakiwał całej reszcie na taki dystans, jak 13 lat później Małysz. Legendarny Fin w czasach swojej największej świetności wygrywając, wyprzedzał drugiego zawodnika średnio o 15,6 pkt.

Medale ponad wszystko

Tym, którzy zgadzają się ze Schlierenzauerem i Pointerem i twierdzą, że to młody Austriak jest już najlepszy w historii, warto przypomnieć, że "Schlieri" na razie wygrywa tylko jedną, ważną statystykę. Trudno uznać, że liczba zwycięstw w konkursach PŚ jest ważniejsza od medali igrzysk i mistrzostw świata. Oczywiście, bohater Tyrolu również na najważniejszych imprezach nie zawodzi i już teraz może się pochwalić złotem i srebrem z mistrzostw globu oraz dwoma brązami z igrzysk. To wynik lepszy od tego, jaki przez 16 lat skakania na wysokim poziomie (przez tyle sezonów z rzędu PŚ kończył w pierwszej "15") osiągnął Ahonen, który na mistrzostwach świata zdobył dwa medale złote i dwa brązowe, ale na igrzyskach indywidualnie nigdy nie stanął na podium. Schlierenzauer niemal na pewno ten dorobek będzie poprawiał, ale dogonić Nykaenena (osiem medali: trzy złote i srebrny z igrzysk oraz złoty, srebrny i dwa brązowe z MŚ), Simona Ammanna (również osiem krążków: cztery złote z igrzysk, złoty, srebrny i dwa brązowe z MŚ) i Małysza (rekordowe 10 medali: trzy srebrne i brązowy z igrzysk oraz cztery złote, srebrny i brązowy z MŚ) nie będzie mu łatwo.

Wśród licznych powodów do dumy Schlierenzauer może wymienić też mistrzostwo i wicemistrzostwo świata w lotach narciarskich. W tej specjalności aż pięć medali - złoty, srebrny i trzy brązowe wywalczył Nykaenen, Ahonen może się pochwalić dwoma srebrami i dwoma brązami, Ammann złotem, a Małysz tylko czwartym miejscem z Planicy z 2010 roku, gdzie do trzeciego Jacobsena w czterech seriach stracił w sumie o 0,4 pkt. "Schlieri" ma prawo czuć się pewnie również dlatego, że właściwie od swoich pierwszych startów w Pucharze Świata jest jedną z jego największych gwiazd, że w marcu już po raz siódmy ukończy cykl w pierwszej "dziesiątce" i pewnie po raz drugi odbierze Kryształową Kulę. Ale też Austriak musi pamiętać o pokorze. Zwłaszcza że Willingen to miejsce, w którym potrafią się dziać dziwne rzeczy i mieć bardzo duże znaczenie dla tego, co nastąpi później.

Od bohatera do zera i na odwrót

W 2003 roku na Muehlenkopschanze Sven Hannawald zdobył najwyższą notę w historii na skoczni z punktem konstrukcyjnym na 120. metrze. Niemiec, który w Willingen najlepszy był też w 2002 roku, za skoki na 142 i 147 m dostał od sędziów aż dziewięć "dwudziestek" za styl. Po tym triumfie Hannawald, pod nieobecność Małysza, szykującego formę na zbliżające się mistrzostwa świata w Val di Fiemme, został liderem Pucharu Świata. Dzień później miał się umocnić na tej pozycji i dominować już do końca sezonu. Nic z tego, w niestabilnych warunkach pogodowych "Hanni" zajął 36. miejsce, za chwilę na mistrzostwach oglądał popisy Małysza, który wygrał oba konkursy, bijąc rekordy obu skoczni, a po mistrzostwach, na których zajął siódme i 24. miejsce, nie był w stanie zatrzymać Polaka w drodze po trzecią z rzędu Kryształową Kulę. Hannawald po Willingen nie wygrał już nigdy, w kolejnym sezonie często robił sobie dłuższe przerwy na treningi, a gdy w 2004 wrócił do Willingen, wierząc, że może właśnie tam, wróci na szczyt, znów zajął 36. miejsce. Po kolejnym starcie w Park City i dopiero 47. pozycji w Pucharze Świata Niemiec nie wystartował już nigdy. Karierę zakończył z syndromem wypalenia i depresją w wieku nieco ponad 29 lat.

Chyba jeszcze dziwniej w Willingen, a właściwie po zawodach w tym miejscu, potoczyły się losy Simona Ammanna. W 2002 roku wchodzący do światowej czołówki Szwajcar zaliczył tam groźny upadek na treningu. W efekcie trafił do szpitala i do rywalizacji mógł wrócić dopiero w Salt Lake City, gdzie na świeżości po raz pierwszy i drugi w życiu pokonał wszystkich najlepszych skoczków świata, sensacyjnie zdobywając dwa złote medale igrzysk olimpijskich.

Teraz Polska

W trwającym sezonie równie wielką sensacją mógłby być chyba tylko złoty medal dla Polski w konkursie drużynowym na zbliżających się mistrzostwach świata. - Po Zakopanem apetyty są bardzo duże - mówi Małysz, wspominając ostatnie zawody zespołowe, w których podopieczni Łukasza Kruczka przegrali tylko o 9,1 pkt ze Słowenią, a wyprzedzili (o 23,3 pkt) niedoścignioną wydawałoby się Austrię. Miesiąc temu w składzie zdecydowanie najmocniejszej drużyny ostatnich lat zabrakło jednak przeziębionego Schlierenzauera. Dlatego Małysz, który zawody w Willingen będzie komentował na antenie Eurosportu, od swoich młodszych kolegów nie wymaga wygrywania z zespołem Pointnera, a tylko powtórzenia tego, co wspólnie z Kamilem Stochem, Piotrem Żyłą i Stefanem Hulą osiągnął w Willingen przed dwoma laty, zajmując w "drużynówce" trzecie miejsce. - Jest szansa, że w sobotę Polacy znów staną na podium - mówi teraz jeden z najlepszych skoczków w historii. Jeśli tak się stanie, dostaniemy potwierdzenia, że duża jest szansa i na to, by nasz zespół stanął choć na najniższym stopniu podium również 2 marca, na mistrzostwach świata w Val di Fiemme.