Skoki narciarskie. Łukasz Kruczek nakręcił zegarek

W każdym z dziewięciu tegorocznych konkursach Pucharu Świata przynajmniej czterech Polaków zdobywało punkty. Czy rodzi się drużyna, która za trzy tygodnie w Val di Fiemme wywalczy medal mistrzostw świata?
- Nie będę rozdzielał miejsc przed imprezą, ale po ostatnich wynikach medale stały się realniejsze. Są dużo bliżej ziemi niż marzeń - mówi "Gazecie" trener reprezentacji Polski Łukasz Kruczek.

Sezon zaczął się od klęski. W pierwszych pięciu indywidualnych konkursach Polacy zdobyli ledwie 48 punktów. W Kuusamo w konkursie drużynowym zajęli dopiero 11. miejsce i nie zakwalifikowali się do drugiej serii. Do ósmych po pierwszych czterech skokach Czechów tracili kilkadziesiąt punktów. Od najlepszych dzielił ich wtedy, wydawało się, Rów Mariański.

Dziś nikt już o tym nie pamięta. Zawodnicy Kruczka fruwają pięknie, równo i daleko. Z łopatek do pionu podniosła się drużyna i jej lider Kamil Stoch. Piąty zawodnik ostatniego sezonu zaczął od jednego punktu w trzech zawodach i wycofania z przedolimpijskiej próby w Soczi. Wrócił w Engelbergu - od razu z przytupem, bo wskoczył na podium, a do wygranej zabrakło mu ledwie 0,1 pkt. Na Turnieju Czterech Skoczni odzyskał miejsce w czołowej dziesiątce, dziś jest piąty w klasyfikacji generalnej PŚ. Zdobył 540 punktów i niemal pewne jest, że poprawi osiągnięcie z poprzedniego sezonu, który skończył z 1078 punktami. Do końca sezonu zostało dwanaście konkursów indywidualnych - najbliższe w sobotę i niedzielę w czeskim Harrachovie, dokąd pojedzie ten sam zespół, który w weekend rywalizował w norweskim Vikersund.

Kruczek znowu nakręcił zegarek. Rok temu, po pierwszych niepowodzeniach i braku stabilizacji, nakierował na odpowiedni kurs Stocha, który od noworocznego konkursu w Ga-Pa przez ponad dwa miesiące nie wypadał z czołowej dziesiątki. W tym sezonie kadrowicze zrobili jeszcze większy postęp. Dziewięciu zawodników wywalczyło 1167 punktów - poprzedni sezon Polacy skończyli z 1588 punktami w konkursach indywidualnych. Jeśli nie nastąpi kataklizm, pęknie bariera 2000 punktów. Bez Adama Małysza taki wynik był nieosiągalny.

Od 1 stycznia nie było konkursu, w którym przynajmniej czterech Polaków nie zdobyłoby punktu. W Zakopanem w drugiej serii skakało aż siedmiu biało-czerwonych, ale gospodarze mogą w zawodach wystawiać dodatkowych skoczków. W Sapporo i Vikersund punkty zdobywało pięciu zawodników Kruczka. Tylko konkursy w Japonii skończyły się bez dwóch Polaków w czołowej dziesiątce. Skoczkowie ustanawiali osobiste rekordy - Maciej Kot był piąty w Ga-Pa i Zakopanem, Piotr Żyła szósty w Wiśle.

- Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, dlaczego tak się stało. Procentuje doświadczenie - trenerów i zawodników. Jest coraz lepsza komunikacja. Szybciej "łapią", co ich zdaniem jest nie tak, co im nie pasuje, potrafią dokładniej wskazać element, który wymaga poprawy. Grupa się rozwija, wchodzi na coraz wyższy poziom. Do szczytu jeszcze daleko, ale bardzo pilnujemy, żeby wdrapywać się na niego ostrożnie. Małymi, ale widocznymi kroczkami. Nie chcemy iść za szybko, żeby nie spaść i zaczynać wędrówkę od nowa - mówi Kruczek. - Na początku sezonu mieliśmy problemy, które wynikały także z kłopotów ze sprzętem. Dziś tamte klocki są poukładane na swoim miejscu. Ale nasze marzenia sięgają wyżej. Na razie mamy to, o czym mówiliśmy od dawna, czyli czterech zawodników w trzydziestce. To podstawa mocnej drużyny. Adam Małysz powiedział kiedyś, i powtarzał za każdym razem, że najważniejsze są dwa równe skoki. Może to i banalne, ale w tej dyscyplinie kluczową sprawą jest powtarzalność. Jednym skokiem nie wygrywa się zawodów - kończy trener reprezentacji.