PŚ w skokach. Maciej Kot: Czajniki się przegrzały

:
-
Kombinezony mogłyby być wytłumaczeniem, gdybyśmy skakali o dwa metry bliżej niż rywale. Ale nie o 20 - mówi 20-letni skoczek po konkursie drużynowym w Kuusamo.
Robert Błoński: Zajęliście w nim ostatnie, 11. miejsce. Co się stało?

Maciej Kot: Coś nie gra, ale nie do końca wiemy, co. Mieliśmy właśnie burzę mózgów, każdy powiedział, co go uwiera i co myśli na ten temat. Problem leży w naszych głowach. Mówiąc krótko: czajniki się nam przegrzały. Oczekiwania były wielkie, myśleliśmy, że zawojujemy skocznie. A tu w Lillehammer przyszła duża porażka. I pojawiły się myśli, że może jesteśmy źle przygotowani? Liczyliśmy, że forma przyjdzie od pierwszych konkursów, a tu klapa. Jesteśmy spięci. Wiem po sobie. Siedzę w pokoju i myślę, co będzie. Idę do masażysty, a on mówi, że nogi mam twarde jak po ciężkim treningu. Wtedy na skoczni brakuje czucia. Pojawiają się myśli, że może jak zmienię jedno, to będzie dobrze. Nie jest, więc w drugim skoku zmieniam coś innego. I wszystko się sypie. Po nieudanych skokach w Lillehammer zaczęły się nerwy, szukanie przyczyn, kombinowanie. A to do niczego dobrego nie prowadzi. Zatraciliśmy stabilizację, dawno nie było tak źle. W tej drużynówce bardzo chcieliśmy zdziałać coś pozytywnego. Mówiliśmy sobie, że od niej coś się ruszy. Guzik. Tylko Dawid skoczył przyzwoicie.

Niepokojące, że kryzys dopadł wszystkich w jednej chwili.

- Latem, jak skakaliśmy dobrze, to lądowaliśmy w dziesiątce. Słabszy skok i tak dawał punkty. Teraz te nawet niezłe skoki ledwo starczają na trzydziestkę, więc nawet te dobre próby są dalekie od oczekiwań. Problem dotyczy wszystkich, jest globalny, a nie pojedynczy. Niemożliwe, żebyśmy wszyscy zgubili formę w jednej chwili.

Trener Łukasz Kruczek chciał zrezygnować.

- Tak nam powiedział. Ale moim, i nie tylko moim zdaniem to nie byłoby dobre rozwiązanie. Rewolucja w tej chwili tylko pogłębiłaby kryzys. Potrzebujemy cierpliwości. Przecież pracujemy razem od lat, z każdym sezonem szliśmy do przodu, pracowaliśmy według nakreślonego planu. Radykalne ruchy nic by nie pomogły. Gdyby teraz zwolniono trenera, wszystko posypałoby się jeszcze bardziej. Uważam, że to byłaby najgorsza decyzja z możliwych.

Lider Kamil Stoch zawiódł. Pociągnął za sobą resztę?

- U nas nie ma liderów. Wszyscy są równi. Nikt nie ma przywilejów za to, że wygrał jakiś konkurs czy zdobył tysiąc punktów PŚ. Każdy jest traktowany tak samo. Latem Kamil nie skakał i radziliśmy sobie.

Świat nie uciekł za daleko? Czołówka skacze wyśmienicie. Niemcy, Austriacy, Japończycy, Słoweńcy, Norwegowie...

- A my gdzieś na końcu. To zdarzenie w Lillehammer było naprawdę bolesne. Jechaliśmy tam pełni nadziei i optymizmu. A zobaczyliśmy, gdzie na razie jest nasze miejsce. Przekonaliśmy się, gdzie jesteśmy my, a gdzie rywale. I zaczęły się nerwy, kombinowanie. Za dużo tego wszystkiego i się pogubiliśmy. Nastroje były bojowe, a po konkursie tylko nerwy. Inaczej się idzie do pracy, którą się kocha, a inaczej do tej, która męczy i od rana odlicza się godziny do końca. Wtedy jest się mniej wydajnym. To samo jest na skoczni. Dlatego chcemy, żeby wrócił nam ten luz, który dotąd mieliśmy. Wasiliew upadł w drużynówce po skoku na 143 metr. W drugiej serii skoczył o niecałe dziesięć metrów bliżej, wylądował na dwie nogi, ostrożnie. Ale widać było, że razem z trenerem śmiali się z tego upadku. Nam czegoś takiego brakuje.

A nowe, ciasne kombinezony?

- Umówmy się, że gdybyśmy skakali o dwa metry bliżej niż reszta, to można by się zastanawiać, czy to czasem nie ze względu na sprzęt. Ale nam brakuje 20 metrów do czołówki.

Co dalej?

- Musimy wrzucić na luz. Nerwy już nic nie pomogą. Niech skoki znowu zaczną sprawiać nam frajdę, niech nie będą przykrym obowiązkiem. Zagubiła się w nas spontaniczność. Potrzebujemy teraz czasu i cierpliwości. Nie będzie tak, że po tej rozmowie nagle w sobotę skoczymy pięknie i daleko. Ale poczekajmy, a wierzę, że dobre skakanie wróci.