PŚ. w Trondheim. Mateja: Moi skoczkowie mają się bawić

- To, co obaj w tej chwili prezentują, pozwala w ciemno mówić, że skoczą po kolejne punkty. Główną imprezę sezonu mają już za sobą, teraz się bawią - mówi o swoich podopiecznych Robert Mateja. W czwartek Aleksander Zniszczoł i Klemens Murańka, a więc wicemistrzowie świata juniorów w skokach narciarskich, wystąpią w konkursie Pucharu Świata w Trondheim, jeśli przebrną przez kwalifikacje.
Łukasz Jachimiak: Gratulacje - pańscy juniorzy świetnie spisali się w Lahti, gdzie z Kamilem Stochem i Maciejem Kotem zajęli trzecie miejsce w konkursie drużynowym. Dzień później Murańka zdobył swe pierwsze punkty Pucharu Świata w karierze. Co jeszcze on i Zniszczoł mogą zrobić w tym sezonie?

Robert Mateja: Dla mojej grupy celem były mistrzostwa świata juniorów. Imprezę mają za sobą, swoje zrobili. Teraz jest jeszcze trochę zimy, więc skaczą, bawią się.

Właśnie tak podchodzą do skoków? Startują bez obciążeń, po to, żeby się dobrze bawić?

- Jestem takiego zdania, że skoki uprawia się po to, żeby mieć z nich przyjemność. Każde zawody i wszystkie treningi powinny wyglądać tak, żeby zawodnik się bawił, żeby mu to przynosiło wiele radości. To się staram chłopakom wpajać.

W Lahti w sobotę szczęśliwi byli obaj, ale dzień później Zniszczoł w dobrym humorze już nie był. Co pan mu powiedział po tym, jak w kwalifikacjach nie poradził sobie z niekorzystnym wiatrem?

- Że sportowa złość też jest czasem potrzebna. W każdej zabawie zdarzają się wypadki, zawsze można się skaleczyć.

Ciężko jest podnieść na duchu 17-letniego chłopaka, który czuje, że jest w formie, ale ma pecha i nie może jej w pełni pokazać? Na mistrzostwach w Erzurum coś takiego spotkało Murańkę, któremu złe warunki pozwoliły zająć "tylko" szóste miejsce.

- Rozmowy z Olkiem i wcześniejsza z Klimkiem były podobne. W takich sytuacjach przypominam zawodnikom, że po prostu trzeba dalej robić swoje, skakać dobrze i wtedy wszystko się ułoży. Bo jeżeli skacze się dobrze, wyniki w końcu przyjdą.

Mówi pan trochę jak Adam Małysz, który zawsze koncentrował się tylko na swoich skokach, pomijając wszystko, co działo się wokół.

- Bo filozofia Adama jest dobra. Skoki właśnie tak powinny wyglądać. Każdy psycholog powie podobnie. Na wyniki nie ma się co napalać, one przyjdą, jak się będzie utrwalać dobre skoki. Wtedy sędziowie wszystko zmierzą, policzą i będzie można się cieszyć.

Pańscy juniorzy mają swojego psychologa czy korzystają z usług opiekującego się pierwszą kadrą Kamila Wódki?

- Mamy umowę z Kamilem. Współpraca z nim była mocniejsza w okresie letnim, kiedy przebywaliśmy razem z kadrą A. Teraz spotykamy się rzadziej, ale chłopaki mają kontakt z Kamilem i jeśli czegoś potrzebują, umawiają się z nim osobiście, rozmawiają przez telefon albo drogą elektroniczną.

Przed startem w Lahti kontaktowali się z psychologiem? Pan mówi, że skoki to dla nich zabawa, ale oni pewnie swoją szansę w Pucharze Świata mimo wszystko przeżywali.

- Nie ingeruję w to za bardzo. Dałem zawodnikom wolną rękę. Tu ważne jest podejście indywidualne. Do jednego dotrze psycholog, drugi uważa, że dla niego lepszym psychologiem jest trener albo ktoś z rodziny. Staram się pomóc, dlatego stoję z boku. Czasem tylko im przypominam, że gdyby chcieli skorzystać, psycholog jest do ich dyspozycji.

Z boku stał pan w Lahti, a Zniszczołowi i Murańce sygnał do startu dawał Kruczek. Na treningach nasi juniorzy też ćwiczą pod jego okiem, czy to pan się nimi zajmuje?

- Chłopaki skaczą pod moim okiem. Łukasz puszcza ich na zawodach, bo tak to wygląda i w innych ekipach. Czy to u Austriaków, czy w innych zespołach, trener indywidualny stoi sobie obok głównego, a ten startuje zawodników.

Z Kruczkiem i jego sztabem pan współpracuje czy rywalizuje? Jak wygląda choćby analiza skoków? Każdy ocenia swoich podopiecznych czy robicie to wspólnie?

- Różnie bywa. Czasami razem w grupie, a czasami oddzielnie. Jak jest potrzeba, to się zbieramy, naradzamy.



W konkursie drużynowym w Lahti wystąpili obaj pańscy zawodnicy, a miejsca zabrakło dla wydawałoby się pewniaka - Piotra Żyły. Wygląda na to, że Zniszczoł i Murańka naprawdę mocno zaznaczają swoją pozycję w polskich skokach.

- Sytuacja przed tymi zawodami była śmieszna, bo na odprawie nie było wiadomo, kogo wystawić. Każdy ze sztabu szkoleniowego dał swoje typy, później to zsumowaliśmy i gdyby nie odbyła się seria próbna, skład drużyny ustalilibyśmy pewnie po takich demokratycznych wyborach. Ale kiedy okazało się, że będzie trening, zdecydowaliśmy, że uczciwie będzie, jak do konkursu zgłosimy tych, którzy skoczą najlepiej. Olek i Klimek wywalczyli sobie miejsca.

W Trondheim pójdą za ciosem? Pewnie niepokoi pana wietrzna pogoda, bo niedoświadczonym jeszcze Zniszczołowi i Murańce na pewno łatwiej byłoby skakać w bardziej stabilnych warunkach.

- Wiatr wcale ich nie skreśla. Oni są bardzo dobrze przygotowani fizycznie, mają bardzo dobrą motorykę, a formę psychiczną pokazali w Lahti, gdzie nic sobie nie robili z tego, czy wieje z przodu, czy z tyłu, tylko po prostu skakali jak potrafią. Nie mieli lęków, że mogą nie dać rady. Poza tym we wtorek trenowaliśmy w Trondheim, pogoda była ładna, warunki do skakania bardzo dobre. Może więc w kwalifikacjach i zawodach też będzie w porządku? Jak będzie w miarę sprawiedliwie, to będzie dobrze, bo to, co obaj w tej chwili prezentują, pozwala w ciemno mówić, że skoczą po kolejne punkty. Najważniejsze, żeby oni o tym nie myśleli. Ich zadanie to jak najlepiej skakać. A od liczenia, jak już mówiłem, są sędziowie.

Kiedy dowiemy się czy Zniszczoł i Murańka wystartują w kończących sezon lotach narciarskich w Planicy?

- Decyzja o tym, kto tam pojedzie zostanie podjęta po zawodach w Trondheim i Oslo. Chętnych jest dużo, pojechać powinni najlepsi, dlatego kadra jeszcze nie jest wybrana. Ale Olek i Klimek są brani pod uwagę, choć są młodzi i na mamutach jeszcze nie skakali.

Nie baliby się?

- Na pewno by się bali, bo każdy się boi. W ogóle się nie bać może chyba tylko ktoś niespełna rozumu (śmiech). Ale taki strach daje jeszcze więcej adrenaliny i jeszcze lepiej motywuje.

Polacy trenują w norweskim Trondheim ?