Małe Zakopane Kamila Stocha

Kamil Stoch wygrał niedzielny konkurs Pucharu Świata w skokach narciarskich we włoskim Predazzo. - Czułem się tu prawie jak w Zakopanem. Atmosfera była wspaniała, a tutejszą skocznię też bardzo lubię - mówi czwarty zawodnik klasyfikacji generalnej Pucharu Świata
W sobotę Stoch był tylko siódmy. - Coś mi tu nie gra, nie mogę przyzwyczaić się do długiego rozbiegu skoczni i specyficznego dojazdu do progu. Poza tym jestem trochę zmęczony po Sapporo. Ale mam nadzieję, że jutro będzie lepiej - mówił. Wieczór poświęcił na relaks. - Lubię dobrą książkę i muzykę, dlatego miałem co robić - opowiada Kamil. Z trenerem Łukaszem Kruczkiem skoki analizował bardzo krótko. - Obejrzeliśmy kilka idealnych prób Kamila z naszej bazy. Trafiają do niej najlepsze skoki. Nie tylko te, które dały zwycięstwo - zdradza szkoleniowiec.

Po niedzieli do bazy Stochowych skoków-prawideł dołączy kolejny - ten oddany w drugiej serii konkursu, który dał Kamilowi piąte zwycięstwo w karierze.

Na półmetku zawodów Polak był trzeci. Przy wietrze wiejącym w plecy z prędkością metra na sekundę osiągnął 125,5 m. Pół metra dalej wylądował zwycięzca z soboty, Gregor Schlierenzauer. Od Stocha był lepszy zaledwie o 0,2 punktu. Wszystko wskazywało na to, że w finale właśnie ci dwaj skoczkowie rozstrzygną między sobą kwestię zwycięstwa. Prowadzącemu Andreasowi Wankowi na utrzymanie pozycji nikt nie dawał większych szans. Wszystko dlatego, że Niemiec, który Stocha wyprzedzał o 6,1 pkt, swój skok na 129 m oddał w zupełnie innych warunkach - kiedy wiatr o sile metra na sekundę wiał pod narty.

- Po finałowym skoku Kamila czekałem tylko na to, co pokaże Schlierenzauer - przyznaje Kruczek. - Zaraz po wyjściu z progu wiedziałem, że będzie bardzo dobrze - mówi z kolei sam Stoch. Było fantastycznie - 131,5 m w pięknym stylu sprawiło, że trybuny pod Trampolino Dal Ben zafalowały. 80 procent tysiącosobowej grupy kibiców stanowili Polacy. Kiedy Schlierenzauer wylądował na 130 metrze i znalazł się za Stochem przegrywając o 1,6 pkt, w Predazzo rozpoczął się polski karnawał. Po skoku Wanka - 122 m przy zachwianym lądowaniu ostatecznie dało Niemcowi dziewiąte miejsce - pod skocznią rozległo się gromkie "Dziękujemy". Kilka chwil później fani razem ze Stochem odśpiewali "Mazurka Dąbrowskiego".

- W takich chwilach zawsze na sercu robi się ciepło - mówi szczęśliwy Kamil.

Z Predazzo Stoch wyjeżdża jako czwarty zawodnik klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Po niedzielnym zwycięstwie Polak wyprzedził Thomasa Morgensterna. - Nie mogę myśleć o miejscach, o pogoni za podium, muszę koncentrować się na dobrych skokach - podkreśla Kamil, przypominając w ten sposób Adama Małysza już nie tylko pięknymi zwycięstwami.

Właśnie o starszego i bardziej utytułowanego kolegę, który skończył już narciarską karierę, pytali Stocha zagraniczni dziennikarze. - Tak, to dla mnie honor, że wygrałem w miejscu, w którym przed laty [w 2003 roku] Adam zdobył dwa złote medale mistrzostw świata. Małysz to wspaniały człowiek i wielki sportowiec, który zawsze był dla mnie wzorem - mówił im Kamil.

Za rok również on będzie miał szansę zdobyć w Predazzo złoto. - Powiem szczerze: siódme i pierwsze miejsce, jakie zająłem tu teraz, za rok nie satysfakcjonowałoby mnie w pełni. Mam ochotę na więcej - zapowiada Stoch.