Puchar Świata. Wagner: Pomogły nam kontuzje i rezygnacje z kadry

Możemy narzekać, że nie ma złota, ale trzykrotnie w roku stanąć na podium to jest coś wielkiego. Jeszcze raz powtórzę, że coś się u nas zmieniło, bo wcześniej niby mieliśmy silną drużynę, ale nie do końca. Być może brązowy medal Ligi Światowej scementował zespół - komentuje sukces siatkarzy na Pucharze Świata Grzegorz Wagner, syn legendarnego trenera kadry Huberta

Nie umiemy się powstrzymać na Facebook/Sportpl ?

Jarosław Bińczyk: 46 lat czekała Polska na drugie podium w Pucharze Świata. Nawet wielkiej drużynie pańskiego ojca się to nie udało.

Grzegorz Wagner: Tu nie jest ważne podium, cenniejszy niż drugie miejsce jest awans do igrzysk olimpijskich.

Spodziewał pan się takiego sukcesu?

- Zawsze przed dużymi imprezami miałem jakieś obawy, po ostatnich mistrzostwach Europy - żadnych. Byłem przekonany, że uzyskamy awans. Coś w tej kadrze się zmieniło, staliśmy się prawdziwą drużyną, na boisku czuć chemię między zawodnikami.

Dzięki temu mamy jeden z najlepszych sezonów w historii polskiej siatkówki - trzy duże imprezy i trzy medale.

- Możemy narzekać, że nie ma złota, ale trzykrotnie w roku stanąć na podium to jest coś wielkiego. Jeszcze raz powtórzę, że coś się u nas zmieniło, bo wcześniej niby mieliśmy silną drużynę, ale nie do końca. Być może brązowy medal Ligi Światowej scementował zespół. Jest zaangażowanie, współpraca, co w siatkówce jest dużo ważniejsze niż umiejętności. Uważam, że po wywalczeniu kwalifikacji państwo musi stworzyć siatkarzom takie warunki, jakie mają sportowcy uprawiający sporty indywidualne.

Obecna drużyna jest w stanie dorównać tej prowadzonej przez Huberta Wagnera?

- W czołówce światowej jest tyle zespołów, że zdobycie medali w Londynie nie jest proste. Dziesiąta czy 12. drużyna w rankingu jest w stanie wygrać z pierwszą. Chciałbym, by powtórzyli wynik z Montrealu, ale będzie to piekielnie trudne.

Zostawiliśmy za sobą w Japonii Brazylię, Włochy, Serbię, światowe potęgi. Czy to oznacza, że zmiana pokoleniowa w polskiej siatkówce przebiega lepiej niż w tych krajach?

- To złożony problem, bo gdy w jednym kraju kończy się jakaś era, to nie zawsze uda się znaleźć nowych zawodników z równie dużym talentem. Czasami jest tak, że można szkolić bardzo dużo graczy, a talentów nie ma. My zawsze mieliśmy ludzi do grania, ale nie do końca udawało się stworzyć atmosferę w drużynie. Było pięknie, gdy wygrywaliśmy, a po porażce wszystko waliło się jak domek z kart. Moim zdaniem starsi zawodnicy dojrzeli, a młodzi zwietrzyli swoją szansę. Udało się wszystko dobrze poskładać, stąd wzięły się sukcesy.

W ostatnich latach tylko jedna drużyna wytrzymywała presję faworyta. To Brazylia. Gdy od Polaków oczekiwano sukcesu, zazwyczaj przychodziło rozczarowanie. Teraz sobie poradzimy?

- Tak, bo nasi siatkarze znają swoją wartość. Można stwierdzić, że brązowy medal Ligi Światowej jest przypadkiem, ale gdy dodamy do tego brąz w mistrzostwach Europy i drugie miejsce w Pucharze Świata, to już nie jest przypadek. Zresztą nasi zawodnicy wierzą w swoje umiejętności i już deklarowali, że nikogo się nie boją.

Ale w spotkaniach z Rosją czy Brazylią zabrakło kropki nad i. Brazylię mogliśmy dobić, a przegraliśmy.

- No tak, ale cieszmy się z awansu. Oczywiście, że nie potrafiliśmy pokonać mistrzów świata, podobnie jak Rosjan. Te dwa mecze nie mogą przesłonić nam sukcesu.

Przed Pucharem Świata chyba nikt nie spodziewał się, że Łukasz Żygadło może wygrać rywalizację z Pawłem Zagumnym.

- Nie, bo oni są w podobnym wieku. Łukasz Żygadło nigdy nie był złym zawodnikiem, ale utarło się, że nie potrafi udźwignąć roli pierwszego rozgrywającego. Jednak już w mistrzostwach Europy grał bardzo dobrze, podobnie jak w Lidze Światowej. Ja bym nie dzielił ich na pierwszego czy drugiego. W Japonii obaj się fajnie uzupełnili, nie ma wśród nich niezdrowej rywalizacji, ale chęć zrealizowania wspólnego celu. Trzeba tylko zazdrościć trenerowi Anastasiemu, że na tak newralgicznych pozycjach ma graczy przez duże G. Szkoda tylko, że nie widać nikogo, kto mógłby ich zastąpić. Obaj pociągną do mistrzostw świata w Polsce [w 2014 roku], ale później może być problem.

W Japonii zaskoczyli obaj środkowi, którzy należeli do najlepszych w turnieju.

- Cieszę się z tego, że Piotrek Nowakowski wreszcie się ustabilizował. Bo umiejętności i warunki motoryczne ma nieprzeciętne. Ten facet przez kilka najbliższych lat będzie dominował, a razem z Marcinem Możdżonkiem mogą tworzyć jedną z najlepszych par na świecie.

Bartosza Kurka stać na jeszcze lepszą grę?

- Patrzymy na niego przez pryzmat poprzednich mistrzostw Europy, gdzie miał wielki wkład w złoty medal. Nie zapominajmy, że to wciąż bardzo młody gracz, a kiedy trzeba było pociągnąć atak, z reguły to robił. W ogóle turniej tak się potoczył, że jak jeden miał czkawkę, to inny brał ciężar gry na swoje barki. Drużyna świetnie się uzupełniała.

Co z atakującym? Zbigniew Bartman pełni tę funkcję z konieczności, Jakub Jarosz jest nierówny. Powinniśmy namawiać na powrót Mariusza Wlazłego?

- Z Wlazłym trzeba dać sobie spokój. Koniec i kropka. Bez niego zdobyliśmy trzy medale! Moim zdaniem Jarosz dostał za mało szans. Ma swoje mankamenty, ale pamiętajmy, że jest bardzo młody. Udowodnił, że potrafi wiele wnieść do gry. A co do Bartmana, to ten turniej trzeba mu zaliczyć na duży plus. Sytuację ma przecież niełatwą, bo w klubie gra jako przyjmujący, a w kadrze na ataku. To kolejny bardzo młody chłopak. Trzeba jednak podjąć decyzję, na jakiej pozycji ma występować.

Będzie medal siatkarzy w Londynie?

- Wierzę w to, mam nadzieję, że zawodnicy też. Kilka lat temu mówiliśmy, że mamy już starą drużynę, lecz brakuje nam następców. Mamy ich, i to fajnych. Życie okazało się przewrotne i kontuzje albo rezygnacje z kadry nam pomogły. Wykreowali się nowi świetni zawodnicy, dlatego z optymizmem możemy patrzeć w przyszłość.

Drzyzga: Jesteśmy niedocenianym zespołem, podium olimpijskie jest na wyciągnięcie ręki

Więcej o: