Siatkarskie ME. Stec: Polacy zareagowali na kryzys jak faworyci

Jednego seta oddali Turcji polscy siatkarze, czyli wystartowali w mistrzostwach Europy zgodnie z planem, choć inauguracyjny dzień był tak gęsty od zdarzeń niezwykłych, że ich wynik zaczął wyglądać wręcz jak sukces. W kolejnych meczach zmierzą się z Francją i Słowacją.

Sport w iPhonie? There's an app for that!"

Turcja ma dla nas kolor złota. To w Ankarze polskie siatkarki zdobyły w 2003 roku sensacyjne - pierwsze w historii - mistrzostwo Europy. To w Izmirze polscy siatkarze zdobyli w 2009 roku jeszcze bardziej sensacyjne - jedyne w historii - mistrzostwo Europy.

Na tamten turniej Polacy polecieli z oberżniętymi skrzydłami (bez Wlazłego, Winiarskiego, Świderskiego), więc nie stawiał na nich nikt, każdego meczu wyczekiwaliśmy z niepokojem. Teraz rundę grupową gospodarze, jeśli marzą o podium, powinni przefrunąć bez gwałtownych turbulencji - najlepiej z lądowaniem na pozycji lidera, dzięki czemu, jak zakładaliśmy, mieli uniknąć ćwierćfinałowego zderzenia z bezdyskusyjnym faworytem turnieju, czyli spodziewanym triumfatorem grupy D.

To już nieaktualne, jeszcze zanim nasi wskoczyli na boisko, w łeb wzięła cała głośno dyskutowana strategia wyminięcia Rosjan - postrach wszystkich uczestników turnieju padł pod niemieckim naporem w trzech setach. To była wojna błyskawiczna.

Po chwili z duńskiej części mistrzostw napłynęły kolejne szokujące wieści. Broniący tytułu Serbowie też przegrali! 1:3 z pogrywającą kilka pięter pod kontynentalną czołówką Słowenią! Brzmiało to wszystko jak memento dla naszych siatkarzy, wedle bukmacherów najpoważniejszych obok Rosji pretendentów do finału. Gdyby jeszcze im się nie powiodło, turniej rozpocząłby się od trzęsienia boisk.

Nie rozpoczął się, choć kiedy zdawało się, że Polacy prędko opanują turecki żywioł - po wygraniu pierwszego seta przez drugiego przemknęli na luzie, z bezpieczną przewagą - ten się właśnie odradzał. Oddana trzecia partia, czwarta długo groziła tie-breakiem. Na szczęście na kryzys faworyci zareagowali jak faworyci. Kiedy punkty ważyły podwójnie, zbierali je masowo.

Czy znów wyglądali jak naturalny kandydat do podium? To już kwestia bardziej złożona.

Nam Turcja kojarzy się medalowo, Andrea Anastasi też musiał czuć się swojsko, bo rywali przejął Emanuele Zanini, nie tylko jego były asystent, ale też dobry kumpel i sąsiad, obaj mieszkają niemal dom w dom w lombardzkiej wiosce Poggio Rusco. Za sentymentami kryła się jednak drużyna najbardziej na ME tajemnicza. - Dziewięć sparingów, w każdym inny skład. Nikt wiele o nich nie wie - wzdychał reprezentacyjny analityk Oskar Kaczmarczyk.

I podsumował podstawowy problem przed inauguracją. Przewidzieć, co właściwie zaproponują Turcy. Drobiazgowe rozpoznanie rywala to już elementarz we wszystkich grach drużynowych.

Siatkówka jako gra bezkontaktowa wyróżnia się jednak tym, że posiada elementy techniczne od klasy przeciwnika kompletnie niezależnie. Na przykład serwis.

Nasi reprezentanci biedzą się z nim od dawna. Nie tylko w tym sezonie, nie tylko za aktualnego selekcjonera. A kto nie rozpoczyna akcji od skrzywdzenia przyjmujących przeciwnika, ten utrudnia sobie życie, zanim ta akcja na dobre się rozwinie.

Wczoraj polska zagrywka znów długo wyglądała mizernie, psuli ją solidarnie niemal wszyscy. I pal licho błędy Bartosza Kurka, najgroźniej serwującego siatkarza poprzednich ME - on uderzał z pełną mocą, ryzyko było w jego próby wpisane. Bardziej niepokojące, że mylili się również ci, którzy nad siłę przedkładają precyzję. Na asa czekaliśmy półtora seta z okładem, brakowało ciosów nadwątlających defensywę rywala. Polacy oczywiście kontrolowali sytuację nad boisku, bowiem przeważali gdzie indziej, przygniatającą przewagę osiągając zwłaszcza w bloku (z czasem coraz lepiej powiązanego z obroną w polu). Gdyby jednak wydestylować z przebiegu wieczoru wyłącznie natężenie mocy serwisowej, to nie nastraszyliby nikogo. A ile ta moc znaczy, przekonali się w czwartym kryzysie, kiedy dwa razy z rzędu na miarę punktu odpalił Michał Winiarski. I pędzących do tie-breaka Turków sprowadził na ziemię. Pogubili się, zdeprymowani zrewanżowali się serią banalnych błędów. To wtedy rozstrzygnął się mecz. I to wtedy, przy zdołowanych już rywalach, Polacy znacząco podretuszowali serwisowe statystyki.

Wczoraj te niedostatki miały znaczenie marginalne, jednak nasi siatkarze przeskakiwali przeszkodę najniższą. Podobnie łagodne traktowanie przeciwników mocniejszych może ich zgubić. Choć zatem rozpoczęli turniej planowo w sensie wyniku, to jeden z kluczowych elementów w nowoczesnej, naładowanej serwisową agresją siatkówce pewnie sami zechcą poprawić. Bez niego wzbić się na pułap medalowy może być potwornie trudno.

Chyba że postawimy hipotezę, brzmiącą aż nazbyt optymistycznie, że prawdziwą serwisową moc zademonstrowali właśnie w końcówce, kiedy rywal wyraźnie podupadł na duchu...

Zobacz wideo
Więcej o: