ME siatkarzy. Ile dzieli Kurka od megagwiazdy? Jego Ekscelencja rozmawiać nie zamierza

Mój kolega po fachu znów podszedł do Jego Ekscelencji i usłyszał, że Jego Ekscelencja rozmawiać nie zamierza wcale, być może, do końca turnieju. Powodów podać nie był łaskaw - pisze Rafał Stec, korespondent Sport.pl i Gazety Wyborczej z mistrzostw Europy siatkarzy. W czwartek Polacy zagrają ze Słowakami o półfinał - relacja ZCzuba i na żywo w Sport.pl od 15

Polska gra o ćwierćfinał - Z CZUBA I NA ŻYWO ?

Poprosiliśmy - my, dziennikarze - o komentarz lidera siatkarskiej reprezentacji Polski po inauguracyjnym, zwycięskim meczu z Niemcami. Odmówił. Prędko przemknął przez tzw. strefę mieszaną, gdzie sportowcy na ważnych imprezach przemawiają do mikrofonów, i tyle go widzieliśmy.

Po meczu z Bułgarią nie zdołaliśmy nawet zapytać o miniwywiad, bo Kurek uciekł do szatni tuż po ostatniej akcji. Rozumiem i wręcz akceptuję jego reakcję - był wściekły po porażce, a ja nie jestem fundamentalistą żądającym, by siatkarze podbiegali na każde skinięcie dziennikarza. Nawet się cieszę, jeśli boiskowe niepowodzenia ciężko przeżywają.

Po meczu ze Słowacją też na krótką audiencję u nowego króla polskiej siatkówki nie było szans, bo w ogóle nie przeszedł przez strefę mieszaną, lecz czmychnął do szatni - łamiąc zasady - inną drogą.

W środę pojechaliśmy do hali w Karlowych Warach. Tam Polacy trenowali. Mój kolega po fachu znów podszedł do Jego Ekscelencji i usłyszał, że Jego Ekscelencja rozmawiać nie zamierza wcale, być może, do końca turnieju. Powodów podać nie był łaskaw.

Przebił piłkarzy, którzy uciekli prasie na ostatnim zgrupowaniu zaledwie raz. Ale oni to gracze co najwyżej przyzwoici, a Kurek co rusz dowiaduje się, że jest kandydatem na władcę nie tyle małej siatkarskiej Polski, lecz całego, ciut większego siatkarskiego świata.

Długo rozważałem, czy o tym wszystkim opowiadać, bo nie tylko ja w redakcji "Gazety" sadzę, że dziennikarz nie powinien się publicznie skarżyć na warunki pracy - czytelnika jego kłopoty nie obchodzą, ja mam mu zapewnić rzetelną i pełną informację, ewentualnie inspirującą lub rozjaśniającą wątpliwości publicystykę. Dlatego nie lubiłem pomysłu ludzi mediów, by w rewanżu za niedawny wybryk na zgrupowaniu zbojkotować na chwilę reprezentację piłkarzy. Nie wolno nam, bo bardziej niż piłkarzy bojkotujemy czytelników, którzy chcą wiedzieć, co się dzieje w kadrze.

Siatkarz też nie bojkotuje mnie lub mojego kolegi, lecz kibiców, którym ponoć jest tak wdzięczny za wsparcie. Brutalnie mówiąc, choć sportowcy żyją niekiedy w przeświadczeniu, że milcząc, wyrządzają nam przykrość, to bywa odwrotnie, bo prawdziwy ból głowy wywołuje niekiedy redagowanie ich nudnych komunałów, żeby czytelnik dał radę zawiesić na wywiadzie oko.

Kurek zapewne uważa się za profesjonalistę, ale ewidentnie nie rozumie, że do obowiązków reprezentanta kraju na mistrzostwach Europy należy kontakt z kibicami poprzez media. Nie ma też nad sobą szefa, który wbije mu elementarne zasady do głowy. Ba, Kurek nie zdaje sobie sprawy, że zarabia tyle, ile zarabia, także dzięki temu, że dziennikarzom jeszcze chce się zawracać mu głowę. I że złote pięć minut siatkówki w polskich mediach minęło (Polsat nie poprzedza nawet transmisji z ME dyskusją w studiu!), że dyscyplinie stale przybywa konkurencji, że koniunktura nie trwa wiecznie.

A ponieważ nie trwa wiecznie, całe środowisko powinno dbać, by ją podtrzymywać.

Ale nie dba - cisze medialne ogłaszane przez czołowych siatkarzy stały się już tradycją. Powtórzę: amatorszczyznę odwalają i oni, i ich zwierzchnicy. Choć oczywiście są wyjątki - jak kapitan Piotr Gruszka, zawodowiec w każdym calu.

Być może do Kurka dotarłoby, ile dzieli go od prawdziwych megagwiazd, gdyby wypchnąć go na rekonesans do NBA, gdzie atleci od niego sławniejsi i bogatsi bez grymasu znoszą prasę włażącą im nawet do szatni, a nad nimi stoją oficerowie prasowi pilnujący, żeby każdy przedstawiciel mediów przepytał wszystkich, których przepytać potrzebuje.

A jeśli Kurek jest zbyt skromny, by porównywać się do gigantów koszykówki, to polecam korepetycje u niejakiego Lloya Balla. Zdarzyło się na igrzyskach w Pekinie: ten żywy pomnik amerykańskiej siatkówki - wtedy zdobył mistrzostwo olimpijskie - opuszczał już po meczu strefę mieszaną, ale dostrzegł mnie, więc podszedł i zapytał: "Chcesz zadać mi jakieś pytanie czy mogę sobie już pójść?".

Podyskutuj o felietonie na blogu Rafała Steca

Mazur o fazie grupowej ME siatkarzy: Polacy grają w kratkę, ale będą się liczyć w walce o medale