Siatkówka. Słodko-gorzkie Final Four

- Mamy czyste sumienia. Walczyliśmy w każdym meczu, ale niedosyt jest. Jak się już przyjeżdża na taki turniej, to chciałoby się coś ugrać - mówił rozgrywający Jastrzębskiego Węgla Grzegorz Łomacz. Wicemistrzowie Polski przegrali oba mecze Final Four Ligi Mistrzów i zajęli w turnieju czwarte miejsce.

Sam udział Jastrzębskiego Węgla w imprezie był niespodzianką. Kolejną miał być medal. Wyzwanie wielkie niczym poziom wszystkich uczestników imprezy. Do włoskiego Bolzano przyjechały rosyjskie potęgi - Dynamo Moskwa i Zenit Kazań. Pierwszym bilet do Włoch dało zwycięstwo z mistrzem Włoch - Cuneo. Drudzy wyeliminowali Skrę Bełchatów. Gospodarzem imprezy był obrońca tytułu i klubowy mistrz świata - Trentino Volley. Z nim właśnie wicemistrz Polski zmierzył się w pierwszym półfinale. Choć napsuł faworytom sporo krwi , przegrał 0:3 (do 16, 25 i 22).

- Rozumieliśmy, że zagramy z jedną z najlepszych drużyn świata. Jednocześnie wiedzieliśmy, że nie mamy nic do stracenia - przyznał australijski przyjmujący Benjamin Hardy. - Staraliśmy się szukać naszej okazji w każdej akcji. Niestety w drugim i trzecim secie mieliśmy swoje szanse, których nie umieliśmy wykorzystać.

Porażka nie załamała jednak Jastrzębskiego. - Jestem bardzo szczęśliwy z tego, jak zagraliśmy. Przez dwa sety graliśmy na równym poziomie, jak włoskie Trentino - mówił trener Jastrzębskiego Wegla Lorenzo Bernardi, pewny siły swojej drużyny w meczu o trzecie miejsce. Naprzeciwko stało moskiewskie Dynamo, które w półfinale z Zenitem Kazań również nie urwało seta.

- Powiedziałem chłopakom, że tak naprawdę to jest nasz finał - mówił przed meczem o brąz Bernardi. - Nie oznacza to, że mamy ryzykować przy każdej piłce, ale z głową, z wielką motywacją i bez obaw.

Tak właśnie zaczęli "finał pocieszenia" Jastrzębianie. Wspierani przez polskich i... włoskich kibiców, którzy nauczyli się nawet krzyczeć "Jastrzębie", by tylko dodać skrzydeł podopiecznym ich krajana - urodzonego w Trento Bernardiego - mistrza świata, Europy i wicemistrza olimpijskiego w barwach Squadra Azzurra. Polski "Jastrząb" daleko jednak nie poleciał.

Po udanym secie otwarcia, gdzie prym wiódł słoweński atakujący Mitja Gasparini, kolejne należały już do Rosjan. Siła rażenia Polaków i na skrzydłach i w polu serwisowym gasła, a doświadczeni siatkarze z Moskwy wykorzystywali ich błędy. Wygrali 3:1 (23:25, 25:22, 25:16, 25:21)

- Bardzo chcieliśmy pokazać się z jak najlepszej strony. Myślę, że mimo wszystko się udało. Nie czuliśmy się gorsi od rywali - mówił środkowy Bartosz Gawryszewski. - Myślę, że w tym meczu byliśmy bliżej zwycięstwa niż w półfinale. Jest duży niedosyt. Mamy wrażenie, że można było ugrać coś więcej. Wracając do domu na pewno nie będę się jakoś bardzo cieszył, bo gra się po to, żeby wygrywać - wtóruje Łomaczowi Gawryszewski.

Zadowoleni nie byli też zdobywcy brązowego medalu. - Przyjechaliśmy tu po puchar - mówił rozczarowany Sergiej Grankin, rozgrywający Dynama. - Trudno było zmobilizować się na ten mecz po sobotniej porażce z Zenitem. Kazań zmierzy się z Trentino Volley w finale turnieju. Początek meczu o 18.

Zaczęło się dobrze. Porażka Jastrzębskiego w finale Final Four  ?

Więcej o: