Nawrocki i Anastasi. Ocalić Polsk(r)ę od zapomnienia

Konkurencyjne reprezentacje siatkarzy znalazły sobie nowych selekcjonerów dawno temu, my złapaliśmy swojego dopiero w czwartek po miesiącach zamętu. Szefowie PZPS miotali się od Sasa do Lasa, poszukiwania przypominały trochę bezładne ruchy małpy, której eksperymentalnie pozwolono zagrać na giełdzie i inwestowano tam, gdzie akurat machnęła ogonem - komentuje zamieszanie wokół wyboru selekcjonera reprezentacji siatkarzy dziennikarz ?Gazety? i Sport.pl Rafał Stec.

SPORT.PL na FACEBOOK-u - wejdź na nasz profil, zostań fanem. Komentuj, dyskutuj, radź ?

Nawet ustalanie, czy Jacek Nawrocki zechce porzucić dla kadry Skrę, zaczęto dopiero przed chwilą, choć trenera z Bełchatowa mieli działacze pod nosami. Gdyby postępowali według jakiegokolwiek planu, wstępne negocjacje przeprowadziliby już jesienią.

Dotąd roztrząsaliśmy, ile Nawrocki wniósłby do reprezentacji. Teraz wypada raczej zapytać, czy wywołana PZPS-owskim lękiem przed podjęciem decyzji zawierucha nie zaszkodziła najlepszemu polskiemu klubowi. Czy pochłonięty negocjacjami trener był w stanie w pełni skupić się na aktualnej pracy? Czy byli w stanie skupić się siatkarze, również mocno zaangażowani emocjonalnie w wybór selekcjonera? Czy w innych okolicznościach nie zagraliby w Roeselare lepiej?

W środę zagrali marnie - bez ognia w oczach, na zwolnionych obrotach, z jednym wyjątkiem Michała Winiarskiego. Ponieśli sensacyjną porażkę (1:3), grozi im szokujące, przedwczesne odpadnięcie z Ligi Mistrzów, a przecież rywale dryfują głęboko pod ścisłą europejską czołówką, o wyjście z grupy martwili się do ostatniej kolejki, tegoroczne osiągnięcia w rozgrywkach już ich usatysfakcjonowały. Gdyby za tydzień Skra nie zdołała Belgów przepchnąć, umocniłaby zawstydzającą reputację drużyny, która zagląda na turniej finałowy międzynarodowej imprezy tylko wtedy, gdy zostanie zaproszona (dwukrotnie klubowe mistrzostwa świata) lub zwolniona z eliminacji jako gospodarz (dwukrotnie LM).

Oby nie, kolejne niepowodzenie zwieńczyłoby upiorne półtora roku czołowych polskich siatkarzy. Półtora roku znaczone traumatycznymi klęskami, zwykłymi porażkami, przeciętnymi występami do zapomnienia. Nasi bohaterowie rozczarowywali i pod biało-czerwoną flagą reprezentacji kraju, i pod żółto-czarną flagą Skry.

Powody są pewnie złożone, ale przebieg wydarzeń na dystansie dłuższym, wielosezonowym zachęca, aby znów zwrócić uwagę na jeden wątek stale żywy - Polacy nienawidzą wychodzić na zagranicznego wroga, gdy się od nich wymaga.

Do srebra mundialu doskoczyli w 2006 r. po dekadach bezmedalowych, gdy nie oczekiwano od nich niczego. Do złota mistrzostw Europy doskoczyli w 2009 r., gdy polecieli na turniej zdziesiątkowani, a zatem uspokojeni prawem do porażki. Grali na błogim luzie. W sezonach, które przyszły po tamtych sukcesach, boleśnie zawodzili. Wtedy kibic sukcesu już żądał, a oni spadali w otchłań drugiej dziesiątki ME i MŚ.

Spektakularnego sukcesu powszechnie wymaga się też od bełchatowian, a oni w LM tracą całą pewność siebie, która onieśmiela i czyni bezbronnymi wszystkich przeciwników w kraju. Też przygniata ich presja? A konkurenci nie przyjmują razów potulnie jak cherlawa konkurencja w PlusLidze?

Poza hipotezy nie wyjdziemy, na pewno wiemy jedynie, że Andrea Anastasi obejmie reprezentację kraju, w którym siatkówka - zdemoralizowana biznesowym sukcesem? - reklamuje samą siebie z ogromnym zadęciem, lecz jej klasa sportowa nie dorównuje ani ambicjom (sięgającym globalnego szczytu), ani możliwościom finansowym (bliskim szczytu). O ile reprezentacja incydentalnie do szczytu się zbliżała, o tyle najmocniejszy klub nachalną propagandą przykrywał nijaki bilans w LM. A jego siatkarze odzwyczajają się - lokalni rywale biją im pokłony, udział w międzynarodowych finałach załatwiają działacze - od gry pod wysokim napięciem.

Gdybyśmy kadrę oddali Nawrockiemu, nasze gwiazdy po sezonie klubowym nadal ćwiczyłyby w niemal tym samym gronie. Zmieniałyby tylko koszulki. Oddanie kadry kolejnemu renomowanemu obcokrajowcowi może im posłużyć także dlatego, że po przyjeździe na zgrupowanie siatkarze poczują, iż zaczynają pracę z zupełnie innym wyzwaniem. Większym niż klubowe.

Teraz obaj trenerzy przede wszystkim muszą uchronić obie nasze najważniejsze drużyny od kompletnego (międzynarodowego) zapomnienia. Nawrocki musi zaraz ocalić Skrę (czyli przepchnąć Roeselare), Anastasi powinien później ocalić reprezentację (czyli zaprowadzić ją na igrzyska). Dopiero wtedy można myśleć o sukcesikach lub sukcesach. Oby tylko pachnące szantażem sugestie, jakoby niektórych bełchatowskich graczy miało być trudniej zaciągnąć do kadry selekcjonerowi innemu niż Nawrocki, okazały się jedynie nieczystymi technikami negocjacyjnymi. Zbyt dużo chaosu najważniejsze postaci naszej siatkówki serwują sobie sami.

Andrea Anastasi poprowadzi kadrę siatkarzy...

Podyskutuj z autorem na jego blogu ?

Więcej o: