Trener polskich siatkarek dla Sport.pl: Kadra to 26 osób, nie tylko Matlak

- Świat nam nie ucieka, choć może my zbyt wolno go gonimy. Widać nasze postępy, a działacze woleli spojrzeć na tę stronę medalu - mówi Jerzy Matlak, którego władze polskiej siatkówki zostawiły na stanowisku, mimo dziewiątego miejsca na mistrzostwach świata

Przemysław Iwańczyk: Odetchnął pan już po czwartkowej decyzji zarządu PZPS?

Jerzy Matlak: Nie mogę odpowiedzieć inaczej niż tak. Kto merytorycznie odniósł się do podsumowania dwóch lat mojej pracy, musiał uznać, że nie ma co narzekać i robić zmian.

Budzi pan skrajne odczucia. Działacze PZPS stoją za panem murem, ale kibice, nawet cześć siatkarek, oczekiwali, że pana zwolnią.

- Nie jest przyjemnie czytać tych opinii, z reguły anonimowych. Moje odczucia co do jakości gry reprezentacji nie były aż tak katastrofalne. Niektórzy kibice widzieli w naszej drużynie medalistę MŚ. Też bym chciał, ale dziewczyny grały tak, jak umieją na dziś. Przy odrobinie szczęścia, wygraniu kilku akcji więcej, mogliśmy zająć wyższe miejsce niż dziewiąte, ale niehonorowej porażki nie ponieśliśmy, nie wróciliśmy z turnieju po drugiej rundzie. Najlepsze mecze rozegraliśmy w końcówce turnieju, odnieśliśmy trzy zwycięstwa, więc drużyna nie była wcale zdołowana. Rywalki też miały kryzysy.

Na pewno zabrakło szczęścia? A może zabrakło drużynie pana pomocy? Nie reagował pan w ważnych momentach. Np. w pierwszym meczu z Japonią przy wyniku 22:19 i prowadzeniu w partiach 2-1 nie wpuścił pan na boisko najbardziej doświadczonej Małgorzaty Glinki.

- Nie bardzo rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi. Z Japonią nie ruszałem drużyny, bo grała dobrze. Może taka zmiana by pomogła, ale pewności nie ma. Zresztą niech mi ktoś pokaże, co ja wtedy mogłem zrobić lepiej. Na chłodno inaczej na wszystko się patrzy, inaczej stojąc przy linii w meczowej gorączce.

Prawda jest taka, że jeśli zespół wygrywa, to cały. Jeśli przegrywa, też. Nie można winić jednej zawodniczki, która nie skończyła kilku akcji, że przez nią polegliśmy. Albo tylko trenera. Ja nigdy nikogo palcami nie wytykam.

W ostatnim meczu drugiej rundy z Turcją nie powiedział pan drużynie, żeby przycisnęła, bo kilka wygranych akcji więcej pozwoli walczyć o miejsca 5-8.

- Targowanie się teraz, czy warto było mówić, nie ma sensu. Interesowała nas przede wszystkim wygrana, bo w razie porażki mogliśmy się pakować i wracać do domu, zresztą rozpoczynając mecz, nawet nie wiedzieliśmy, jaka jest nasza sytuacja, bo dopiero co zakończyły się inne spotkania, które miały na nią wpływ.

Miał pan obok siebie armię współpracowników, mogli policzyć.

- I policzyli. Przyszedł do mnie asystent i pytał, co robimy - mówimy dziewczynom, czy nie. Zapytaliśmy kapitan Olę Jagieło, bo jeśli o mnie chodzi, to bym nie mówił w ogóle, by ich dodatkowo nie stresować. One też nie chciały, bo tak zespół postanowił w szatni.

Teraz widzę, że wszyscy mają inne zdanie na ten temat.

Może wielkie imprezy wywołują u pana nerwy, traci pan głowę?

- Mam przy sobie asystenta, statystyka, którzy mi podpowiadają. Łatwo mówić, jak się siedzi wygodnie w fotelu.

Czym pan ujął działaczy, że tak mocno pana bronili?

- Znalazłem się w takiej sytuacji po raz pierwszy i więcej nie chcę. Bez względu na wyniki na mistrzostwach po dwóch latach umówiliśmy się na weryfikację mojej pracy. Tak jest zapisane w kontrakcie. Pierwszy rok to był niespodziewany sukces na mistrzostwach Europy, drugi wcale nie zakończył się klapą, zwłaszcza że liczyłem na zupełnie inne dziewczyny. Proszę spojrzeć, ile z nich zrezygnowało, prawie wszystkie mistrzynie Europy z 2003 i 2005 roku! Z każdym rywalem, może poza Brazylią, mój zespół umiał nawiązać walkę. Świat nam nie ucieka, choć może my zbyt wolno go gonimy. Widać nasze postępy, a działacze woleli spojrzeć na tę stronę medalu.

Prezes PZPS Mirosław Przedpełski powiedział, że trener Matlak zostaje, bo ma sporo szczęścia. To chyba słaba rekomendacja...

- Powiedział, że to dobry trener, który ma sporo szczęścia. Proszę jego zapytać, co miał na myśli. Czy tylko szczęście, czy może trochę umiejętności też.

A może przede wszystkim jest pan wygodny i tani?

- Przyjmując tę funkcję, zaproponowałem swoje warunki finansowe i zostały one przyjęte. Może jestem tani w porównaniu z innymi, ale mam, ile chciałem, i nie narzekam. Nie interesuje mnie, ile brał Daniel Castellani.

Działacze boją się pana, bo ma pan silne poparcie tzw. ludzi z terenu?

- A co ja mam z nimi wspólnego? To jakaś szalona hipoteza. Zaraz po decyzji PZPS poszliśmy na drobną przedświąteczną kolację, taką z opłatkiem. Zostało parę osób z zarządu i w rozmowach prywatnych zaczęliśmy się mocno zapoznawać. Z paroma działaczami nie miałem dotąd przyjemności, więc powiedziałem im: Cieszę się, że mogę poznać tych, co wydawali na mnie wyrok. I jak tu mówić, że mam silne poparcie w terenie?

Po decyzji PZPS obiecał pan: Wyciągnę z mojej pracy to, co dobre, zmienię to, co było dotychczas źle. Może pan wskazać konkrety?

- Minęły dopiero trzy tygodnie od powrotu z Japonii, nie było jeszcze czasu, by się dokładnie zastanowić. Nie wiedziałem, co postanowi PZPS, więc nie segregowałem tego w głowie. Nie chcę strzelać kulą w płot, mam wiele do przemyślenia i nie są to tylko minusy, ale także plusy.

Można by zmienić parę rzeczy, jeśli chodzi o ten rok. W zeszłym nie było czasu, bo najpierw zajmowały nas mistrzostwa Europy, później miałem problemy osobiste. Na pewno zabierałem na zgrupowania zbyt wiele zawodniczek, to trochę dezorganizowało pracę. Dzięki temu mam przegląd zaplecza, ale pierwszoplanowe zawodniczki mogą czuć się zaniedbane. Nie było czasu na rozmowy, nie wysłuchałem wszystkich problemów dziewczyn.

Na czym opiera pan swój optymizm, że kadra pod pana wodzą awansuje na igrzyska w Londynie?

- Odkąd ją prowadzę, pniemy się w górę rankingów, w turniejach sięgamy po lokaty wyższe niż wcześniej, np. w mistrzostwach świata. Jeśli dziewczyny nie będą rezygnować z gry w kadrze, jeśli nie zaczną się rozmieniać na drobne, jeśli zostanie Małgorzata Glinka, to nie ma powodów do niepokoju.

Jest pan przekonany, że wszystkie powołane siatkarki zechcą grać?

- Na razie nie chcę się wypowiadać na ten temat, bo nie wiem. Wracając z MŚ, już o tym nie rozmawialiśmy, dziewczyny miały w głowie rozpoczynający się sezon ligowy, europejskie puchary. Nie chciałem ich już męczyć, półtora miesiąca byliśmy ze sobą, mieszkając na jednym korytarzu. Każdy chciał jak najszybciej uciec do domu, do bliskich.

Katarzyna Skowrońska, której nie zabrał pan na mundial, stwierdziła, że więcej u pana nie zagra, bo nie chce się cofać w rozwoju.

- Nie chcę korespondować z nią przez gazetę. Kiedy widziałem się z nią ostatni raz, była pełna pokory. Zastanawiała się na głos, dlaczego nie jest w formie, nikogo za nic nie obwiniała. Wszystkie inne dziewczyny były dobrze przygotowane, co pokazały w końcówce mistrzostw. Rozmawialiśmy ze Skowrońską nieraz, ale sobie nie ubliżaliśmy, zaczęło się dopiero po naszym powrocie z Japonii. Jeśli to, co mówiła ostatnio, jest w ogóle prawdą. Nie chcę jej przekreślać, bo ja tych słów nie słyszałem.

Dlaczego nie zabrał pan Skowrońskiej i Katarzyny Skorupy na mundial?

- One same dobrze wiedzą. Jaka była ich forma, wszyscy widzieli. Kiedy decydowałem się na ten krok, nikt z działaczy nie wyrażał zdziwienia. Wiem, co tak naprawdę działo się w kadrze, niektóre sprawy nie zostały rozwiązane i nie jest to wina 12-osobowego sztabu, który był na co dzień przy drużynie. O szczegółach mówić nie chcę, ale decyzję podejmowaliśmy kolegialnie i jednogłośnie, choć teraz mówi się, że to tylko Matlak zdecydował.

Czyli co przesądziło o ich nieobecności?

- Forma sportowa, sprawy zdrowotne i nieporozumienia, jakie były wewnątrz drużyny. Tak naprawdę nie zaczął się pierwszy obóz, a w internecie już huczało, że Anna Werblińska kłóci się ze Skowrońską o koszulkę z nr 1, potem były komentarze Kaśki dotyczące sesji zdjęciowej Werblińskiej w "Playboyu" itd. Wtedy nie uznałem tego za problem, ale z dnia na dzień było coraz gorzej.

Głupi nie jestem, wiem, że Skowrońska w dobrej formie pomogłaby drużynie. Rozmawialiśmy wiele razy i z pewnością ona wszystko dokładnie pamięta. Może uda mi się jeszcze kiedyś w życiu z nią porozmawiać, wtedy zapytam, o co w tym wszystkim chodzi.

Jak wymienię nazwisko Andrzeja Niemczyka, znów się pan wścieknie?

- Bardzo bym pana prosił, byśmy nie rozmawiali na jego temat.

Dotychczas w bardzo mocnych słowach wypowiadał się na jego temat.

- Moje wypowiedzi, a jego wypowiedzi to dwie różne sprawy. Nie ja zaczynałem, nie czuję się winny, że jest między nami konflikt.

Podacie sobie ręce?

- To nasza sprawa. Jesteśmy dorośli, nie róbmy więcej z tego publicznego konfliktu. Podejrzewam, że ludzi to męczy.

Jeszcze raz zapytam: Wierzy pan, że wszystkie najlepsze siatkarki zagrają w pana zespole?

- To nie jest mój zespół, tylko drużyna narodowa. Jeśli prawdą są zapowiedzi rezygnacji niektórych dziewczyn, wtedy się wypowiem. Wierzę jednak, że będą wszyscy i zaczniemy działać w myśl zasady: razem wygrywamy, razem przegrywamy. Dlatego, wracając jeszcze do MŚ, za wynik powinno czuć się odpowiedzialnych 26 osób, które tam były, a nie tylko sam Matlak.

Więcej o: