Siatkówka. Jacek Kasprzyk: Zawodnicy w Spale byli mocno przygaszeni. My nie możemy sobie nic zarzucić

W środę Zarząd Polskiego Związku Piłki Siatkowej zwolnił Ferdinando De Giorgiego z funkcji selekcjonera reprezentacji mężczyzn. - Zarząd zachowałby się nieodpowiedzialnie nie reagując na niezaprzeczalne fakty, czyli niezrealizowanie celów sportowych, obniżenie poziomu sportowego, błędne decyzje, niespójną koncepcję, kłopoty komunikacyjne z zespołem, niezrozumiale decyzje personalne, czy wreszcie pasywność w prowadzeniu drużyny w meczach - mówi Sport.pl prezes PZPS, Jacek Kasprzyk.

Kontrakt Ferdinando De Giorgiego był stworzony według myśli „2+2”, czyli obowiązywał przez dwa lata, dając możliwość przedłużenia go o kolejne dwa. Tak się jednak nie stało. Włoski trener po zaledwie 9 miesiącach współpracy z polską kadrą został zwolniony ze stanowiska. Jego debiut miał miejsce 20 maja podczas meczu z Iranem, który był jednocześnie pożegnaniem Krzysztofa Ignaczaka z profesjonalną siatkówką.

W sumie z reprezentacją Fefe przepracował cztery miesiące. Wyniki osiągnięte w tym czasie nie satysfakcjonowały nikogo. Polski zespół odpadł z Ligi Światowej tuż przed Finał Six, by późnej rzutem na taśmę wygrać towarzyski Memoriał Huberta Jerzego Wagnera. Największą kontrowersję wzbudziło jednak pożegnanie z rozgrywanymi w Polsce mistrzostwami Europy już w czasie baraży o ćwierćfinał ze Słowenią. Rywale, grający wcześniej słabo, pokonali biało-czerwonych 3:0.

Sara Kalisz: Na ile poważnie można traktować Zarząd, który zwalnia wybranego przez siebie trenera na cztery miesiące po jego debiucie?

Jacek Kasprzyk: Drużyna skonstruowana przez Ferdinando De Giorgiego nie była nowa. Wśród debiutantów pojawili się jedynie Bartłomiej Lemański oraz Jakub Kochanowski, czyli dwaj środkowi. Wcześniej na zgrupowaniach trenowali również Karol Kłos oraz Andrzej Wrona, więc do końca nie było wiadomo, kto zostanie powołany na dany turniej.

Pozostali gracze to doświadczeni siatkarze, mający za sobą przeszłość reprezentacyjną. Mimo wszystko daliśmy szkoleniowcowi pełną swobodę wyboru. Co więcej, jeżeli zakomunikowałby, że będzie odmładzał swój zespół, ponieważ dla niego w perspektywie priorytetem są igrzyska olimpijskie w Tokio i jest gotowy ponieść za to odpowiedzialność w wyniku, to również podpisalibyśmy się pod tą wizją.

Odpowiadając na jeszcze niezadane pytanie, postawiliśmy na Ferdinado De Giorgiego, ponieważ na tamten moment wydawał nam się optymalnym wyborem.

Ubiegłoroczny konkurs oparliśmy o dwanaście, różnej wagi naturalnie kryteriów. Wiele z nich De Giorgi wypełniał. Po pierwsze:  pracując w Polsce znał polskie środowisko i zawodników, a to było dla nas bardzo dużym atutem w kontekście budowania reprezentacji w dłuższej perspektywie. Po drugie: znany był  z wysokiej jakości treningu. Po trzecie: radził sobie z prowadzeniem zespołu - przecież z ZAKSĄ dwa razy zdobył mistrzostwo Polski, Puchar Polski, a wcześniej odnosił też sukcesy w klubach włoskich, w tym na arenie międzynarodowej i tego samego oczekiwaliśmy od niego w kontekście kadry. Po czwarte zabiegał, by w sztabie był jego asystent z ZAKSY, który też pracował ze Stephanem Antigą w reprezentacji, co miało mu pomoc w „miękkim” wejściu w kadrę narodową. Po piąte: jako z byłym wybitnym rozgrywającym wiązaliśmy duże oczekiwania, że poprawi grę naszych siatkarzy na tej właśnie pozycji, bo po zakończeniu kariery przez Pawła Zagumnego jakość w tym zakresie spadła.

Dalej, Ferdinado de Giorgi miał naprawdę dobre rekomendacje, tak z ZAKSY, innych klubów, jak i zawodników z którymi pracował. I wreszcie plan, który przedstawił był spójny, logiczny, ale i śmiały. Tylko, że w porównaniu ze złożonym raportem w kilku miejscach plan „rozjechał” się wykonaniem, a i były takie sytuacje, których w koncepcji nie było, o których dowiedzieliśmy się z raportu.

Podczas jego zdawania raportu trener twierdził, że zrobił wszystko, co w jego mocy, by zespół prezentował się jak najlepiej. Przyznał, że postawił na zawodników doświadczonych, którzy mieli tworzyć grupą liderów. Okazało się jednak, że nie wykreował się  w drużynie żaden  lider, który byłby w stanie przemówić do swoich kolegów i wspierać ich w trudnych momentach. Pomoc w znalezieniu takiej osoby zależała w dużej mierze od odpowiedzialnego za wszystko szkoleniowca.

Kiedy coś takiego usłyszeliśmy, to już mieliśmy wątpliwości. Zupełnie nas natomiast zaskoczyło stwierdzenie, że gdyby dostał szansę na odbudowę zespołu, to wszystko poukładałby inaczej. To było niezrozumiałe i nie do przyjęcia, ponieważ Włoch od samego początku miał pełną autonomię  w doborze sztabu szkoleniowego i kadry zawodniczej. Nikt nie wpływał na to kto ma znaleźć się w zespole i jak ma wyglądać jego prowadzenie. Jedyne, co sugerowaliśmy, to to, czy sztab szkoleniowy powinien funkcjonować w takim kształcie.

Od wielu lat mamy w PZPS-ie zasadę, że nie ingerujemy w decyzje trenera. Tak było i w tym przypadku. To generalna reguła, którą przyjmuje się na całym świecie. Rolą związku jest stworzenie optymalnych warunków przygotowań i z tego obowiązku PZPS wywiązywał się z nawiązką.

Ferdinado De Giorgi zaczął bardzo obiecująco. Niestety dalej nasza gra z meczu na mecz wyglądała coraz słabiej. To jest główna przyczyna podjęcia decyzji o odwołaniu. Czy Zarząd zachował się poważnie w kontekście tego, że dziewięć miesięcy temu sam powołał Ferdinando De Giorgiego na stanowisko, a teraz go odwołał? Zarząd zachowałby się nieodpowiedzialnie nie reagując na niezaprzeczalne fakty, czyli niezrealizowanie celów sportowych, obniżenie poziomu sportowego, błędne decyzje, niespójną koncepcję, kłopoty komunikacyjne z zespołem, niezrozumiale decyzje personalne, czy wreszcie pasywność w prowadzeniu drużyny w meczach. Naturalnie, to wszystko w ciągu najbliższych lat ocenią delegaci i środowisko siatkarskie. Owszem, zdajemy sobie sprawę z tego, że to była najkrótsza zmiana wprowadzona w sztabie w ostatnim czasie, jednak roszady trenerskie nie są obce dla sportu.

Nie usłyszeliśmy konkretnego wskazania błędów. Ferdinando De Giorgi nie powiedział: „Tak, pomyliłem się, biorę za to odpowiedzialność. W przyszłym sezonie wszystko naprawię”. Jego koncepcja pracy w latach kolejnych nie była wiarygodna. Na pytanie co należy zmienić w jego pracy w następnych sezonach odpowiedział: „Każdy trener ma swój styl. Ja mam taki i nie będę go zmieniał”. Po takiej deklaracji trudno ponownie dać kredyt zaufania. To byłoby działanie nieodpowiedzialne.

Wiedział pan jednak, że był wyłącznie trenerem klubowym, i że zmiana specyfiki pracy wymaga czasu. Musiał się pan liczyć z tym, że nie wszystko od razu będzie grało.

- Wiedzieliśmy o tym wszyscy. Pamiętajmy jednak, że trener Stephane Antiga też nie miał doświadczenia reprezentacyjnego. Ba! Nawet klubowego.

Ale u jego boku zatrudniliście Philippe'a Blain.

- Proponowaliśmy Ferdinando De Giorgiemu innego kandydata, którego nazwiska nie zdradzę, ale stanowczo optował za  Oskarem Kaczmarczykiem. Skoro zdecydował, że jest mu niezbędny, to uznaliśmy, że na starcie nie należy dawać powodów do wrażenia, że chcemy ograniczać suwerenność nowego szkoleniowca. Formalnie pierwszym asystentem Włocha był Piotr Gruszka, a Oskar trzecim trenerem, ale chyba ta gradacja niekoniecznie była zgodna ze stanem faktycznym.

Nie wpływałem na wybory Fefe, tak jak nie wpływam na decyzje personalne innych reprezentacyjnych trenerów, bez względu na kategorie wiekowe reprezentacji. Naszą rolą jako federacji było, jest i pozostanie zapewnienie wszystkiego, co potrzebne do efektywnych treningów i występów. To wszystko kadra miała i z tej perspektywy nie możemy sobie nic zarzucić. Proszę zapytać zawodników, sztab o to, czy czegoś brakowało. Jeżeli było coś nie tak, to zarówno ja, jak i Zarząd uderzymy się w pierś.

Nie boi się pan, że doszliśmy do hybrydowego modelu kadry? Z jednej strony mówimy o tym, że dajemy czas na budowę zespołu do Tokio, by następnie wymagać wyników na każdej imprezie.

- Trener wiedział, że mistrzostwa Europy odbywają się w Polsce. Nie uciekał od deklaracji, że chce walczyć o medal. W przypadku, gdyby nasza gra była inna, na boisku była pasja i walka pewnie nie robilibyśmy problemu z tego wyniku. To jest sport – można przegrać z każdym. Wiele zależy jednak od stylu porażki. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że czołówka zespołów na Starym Kontynencie bardzo się do siebie zbliżyła i nie ma już drużyn, z którymi wygrywa się 3:0, a w setach po 25:12. Nawet mecze z Finlandią i Estonią były dla nas trudnymi spotkaniami!

Owszem, w drużynie na pewno brakuje nam zawodników formatu Pawła Zagumnego, Michała Winiarskiego, Mariusza Wlazłego. To gracze, którzy potrafili dodać zespołowi jakości, a tego w tym sezonie brakowało. To zaskakujące, ponieważ polscy siatkarze są rozchwytywani za granicą, a i pozostający w Polsce mają bardzo dobre warunki sportowe i finansowe. Wśród nich nie znalazł się lider wykreowany przez trenera De Giorgiego, co nieustannie mnie zastanawia. W ZAKSIE scedował tę rolę na obcokrajowców, a w kadrze ich nie miał. Miał za to swoich byłych, znakomicie mu znanych zawodników i nie wykorzystał ich potencjału w tej mierze. Po co więc byli?

Może dlatego, że byli zarówno najlepsi, jak i przyzwyczajeni do jego szkoły? A ona przecież była wymagająca.

- Tak, ale inna jest jednostka treningowa w klubie, a inna w reprezentacji. W tym pierwszym przypadku po kilku godzinach się odpoczywa, jest się z rodziną, regeneruje się siły i odrywa od sportu. W kadrze przez 4,5 miesiąca jest się z tymi samymi facetami przez 24 godziny na dobę.

Proponowaliśmy zmiany – możliwości wspólnych wyjazdów, inne otoczenie... Otrzymaliśmy odpowiedź, że w Spale jest bardzo dobrze. Kiedy przyjechałem na zgrupowanie, zauważyłem, że zawodnicy są przybici. Jednoznacznie zasugerowałem, że może warto, by zrobili sobie dzień wolny, zrobili sobie spływ kajakiem po Pilicy. Ponownie uznano, że należy w stu procentach działać wedle wytyczonego wcześniej rytmu pracy. W mojej opinii siatkarze byli przemęczeni.

Ciężka praca niosła za sobą ponoć również dyscyplinę – pilnowanie godzin snu, odpowiednie pory na rozmowy... To też w pana ocenie było negatywne?

- Nie byłem z nimi na co dzień. Na pewno była dyscyplina podczas posiłków, ponieważ sam w kilku uczestniczyłem. Rozpoczynali je razem i kończyli, gdy zjadł ostatni. Czy to dobre? Nie wiem.  Rozumiem, że mogli przychodzić na nie wspólnie, ale kiedy jeden z nich skończył, to chyba lepiej by udał się do pokoju i coś poczytał, niż miałby siedzieć i patrzeć, jak jedzą jego koledzy. Przecież to są dorośli ludzie!

Nie było też tak, że na zgrupowaniach było wesoło. Wcześniej podczas posiłków zawodnicy dowcipkowali, dokazywali. Czuło się pozytywny nastrój. W tym roku w Spale zawodnicy byli mocno przygaszeni, znużeni.

Czy poprzez „interwencje” na prośbę Michała Kubiaka i ingerowanie w rozwiązywanie spraw finansowych zespołu nie bał się pan oskarżeń o to, że trudniej będzie zespołowi zbudować wzajemne zaufanie? Problematyczne kwestie zazwyczaj załatwia się w swoim gronie i nie jest łatwo zachowywać autorytet trenerski, kiedy ktoś nadzoruje z góry.

- Żeby było jasne – to nie chodziło o wynagrodzenie Michała Kubiaka. I - żeby nie było niedomówień – kwestie kontraktów kadrowych, zawsze były kompetencją PZPS i żaden z trenerów na to nie wpływał. Ferdinando De Giorgi również. To jest kwestia ustaleń pomiędzy nami a Radą, czy też kapitanem. Każdy z zawodników już na samym początku podpisywał kontrakt, który obowiązywał  przez sezon reprezentacyjny. Umowy nie różniły się niczym więcej poza „startowym” z poprzedniego roku. Wtedy zespół nic nie wygrał, więc te kwoty były nieco niższe . Wszystkie inne zobowiązania sprzętowe czy wynikające z wcześniejszych kontraktów były respektowane.

Co do prośby jednego z zawodników o wyższe wynagrodzenie, to owszem coś takiego miało miejsce, ale sprawa została rozwiązana w ciągu pięciu minut. To w żaden sposób nie wpłynęło to na atmosferę w drużynie.

Jestem prezesem Polskiego Związku Piłki Siatkowej i odwiedzam każdą naszą kadrę, a w tym sezonie aż siedem przygotowywało się do imprez mistrzowskich. Jeżdżę na zgrupowania, by starać się znaleźć rozwiązania problemów i po prostu porozmawiać bezpośrednio. Robię to nie tylko ja, ale również pracownicy Pionu Sportu i Szkolenia, członkowie Wydziałów Szkolenia i trenerzy, którzy chcą obserwować kadrę, by się czegoś nauczyć.

Kiedy po raz pierwszy pojawiła się w pana głowie wątpliwość, czy wybór trenera De Giorgiego był słuszny?

- Raczej była to niepokojąca refleksja po Lidze Światowej. Odbyliśmy wówczas spotkanie z trenerem De Giorgim i powiedzieliśmy mu o sprawach, które nas niepokoją. Zapewnił, że przyjrzy się temu i jeśli również w jego ocenie coś będzie szwankować, to skoryguje. Nie wpłynęliśmy na wybory osobowe – na kolejne imprezy powoływał osoby, z którymi chciał pracować.

Nadal uważa pan, że Ferdinando De Giorgi to dobry trener?

- Tak. W pierwszym roku swojej pracy boleśnie przekonał się, że nie wszystkie jego metody okazały się skutecznymi, w nowych okolicznościach, w nowym otoczeniu.  Wydaje mi się, że mimo dwóch lat spędzonych w Kędzierzynie-Koźlu nie poznał mentalności Polaków. Na pewno nie jest złym trenerem, ale może potrzebuje więcej czasu na refleksję, spokoju, by dokonywać korekt. Przy napiętym kalendarzu reprezentacyjnym takie możliwości są mocno ograniczone, a też pamiętajmy, że w przypadku reprezentacji Polski presja i oczekiwania płynące z zewnątrz są o wiele większe. Szkoda, że w kilku ważnych punktach nie zrealizował planu, który nam przedstawił w zeszłym roku, a o zmianach w koncepcji nie informował.

Pamiętam jeden z pańskich emocjonalnych wywiadów, w którym po niepowodzeniu zastanawiał się pan nad własną przyszłością. Teraz ma pan co do niej jasność?

- Przyznaję, jestem emocjonalnym człowiekiem. Koledzy z Zarządu, moi współpracownicy  powiedzieli mi jednak, że po pierwsze uczyniliśmy dla tej reprezentacji wszystko, co było niezbędne do minimum zaprezentowania wysokiego poziomu wolicjonalnego, ale też sportowego. Zwrócili mi też uwagę, że jeśli mamy wyznaczyć inny wariant osiągnięcia sukcesu przez naszą męską kadrę, to trzeba być odpowiedzialnym i nie robić zamieszania, wprowadzać chaos.  

Wracając do emocji – taki jestem – kiedy coś czuje, to o tym mówię, bo tak zostałem wychowany Zawsze jestem, czasami aż do bólu szczery.  Nigdy o nikim nie mówię za jego plecami – zawsze robię to prosto w oczy.

Z całym przekonaniem mówi pan więc „teraz Polska”?

- Tak, oczywiście. To mój pogląd. Zarząd jest jednak 22-osobowy, a rekomendacji udzielą Wydziały Szkolenia i Trenerski. Będę przekonywać do mojej opcji. Wcale jednak nie ma gwarancji, że jeśli pracę u nas zadeklaruje wybitny szkoleniowiec zagraniczny, to nad taką propozycją się nie pochylimy. Ostatnio miałem jednak okazję przeczytać wywiady trenerów z innych krajów na temat sytuacji w Polsce.  Między innymi z Rosji płyną głosy, że kraj tak bogaty w siatkarską historię,   powinien mieć selekcjonera, który się z niego wywodzi. Alekno powiedział, że mamy za dużo do stracenia, by nie postawić na rodaka, który zna polską mentalność i realia. Wielkie zespoły prowadzone są obecnie  przez „własnych” szkoleniowców wywodzących się z takich krajów, jak Serbia, Rosja, Francja, Włochy...

Bardziej Sebastian Pawlik czy Piotr Gruszka?

- Ha, ha, pani jako dziennikarka może powiedzieć wszystko, a mnie tego nie wolno! Na pewno przeprowadzimy rozmowy ze wszystkimi, którzy znajdują się w gronie zainteresowanych. Wbrew pozorom lista wcale nie jest taka krótka, a możliwych wariantów kilka.

Zobacz wideo