Mistrzostwa Europy. Oskar Kaczmarczyk: Nie jesteśmy zespołem, który może sobie pozwolić na wybieranie przeciwników

- Nie wiemy czy Rosja jest mocniejsza od Serbii, czy nie, ale zdajemy sobie sprawę z tego, że z każdym musimy grać na maksa. Nie lekceważyłbym ani Bułgarii, ani Słowenii. Chcemy iść drogą zwycięstw, a nie kombinacji - mówi w rozmowie ze Sport.pl asystent trenera Ferdinando De Giorgiego, Oskar Kaczmarczyk.

Reprezentacja Polski zamknęła fazę grupową mistrzostw Europy zwycięstwem 3:0 nad Estonią. W zestawieniu zajęła 2. miejsce, co oznacza, że musi wygrać baraż ze Słowenią, by awansować do ćwierćfinału imprezy. W przypadku realizacji tego scenariusza zagra Rosją.

Przed ostatnim meczem fazy grupowej mistrzostw Europy reprezentacja Polski miała na swoim koncie porażkę 0:3 z Serbią i zwycięstwo 3:0 nad Finlandią. Przegrana Suomi z zespołem Nikoli Grbicia spowodowała, że biało-czerwoni jeszcze przed spotkaniem z Estonią dostali prawo do gry w barażu.

Jeśli Polacy wybraliby wariant kombinacyjny, to dzięki porażce z drużyną Gheorghe Cretu zajęliby 3. miejsce w grupie i o ćwierćfinał zagraliby z 2. teamem grupy C, czyli Bułgarią, a nie z notowaną pozycję niżej Słowenią. Ten wydawałoby się niekorzystny wariant mógłby jednak przynieść bonus w dalszych etapach imprezy, bowiem wtedy Polacy w ćwierćfinale mierzyliby się z Serbią. To silny przeciwnik, ale już znany, więc trudno byłoby oczekiwać podobnego meczu, jaki miał miejsce kilka dni temu na Stadionie Narodowym. Poza tym zespół trenera Grbica miał swoje problemy w spotkaniu z Estonią (które wygrał rzutem na taśmę 3:2), co pokazało słabsze strony rywala.

Polacy postanowili jednak iść na całość i kroczyć od zwycięstwa do zwycięstwa. Pokonanie Estonii dało im 2. miejsce w grupie i baraż ze słabo spisującymi się wicemistrzami Europy ze Słowenii. Jeśli wygrają to spotkanie, to w ćwierćfinale natrafią na do tej pory niemającą konkurencji Rosję, która wszystkie dotychczasowe mecze Euro wygrała w stosunku 3:0.

***

Jak trzeba być szalonym lub odważnym, by mając teoretycznie łatwiejszą drogę do półfinału wybrać tę trudniejszą?

Oskar Kaczmarczyk: - Nie jesteśmy zespołem, który może sobie pozwolić na wybieranie przeciwników. Potrzebujemy zwycięstw.

Będzie o nie łatwo, jeśli w ćwierćfinale trafi się na dotąd niepokonaną i nietracącą setów Rosję?

- A czy z Bułgarią w barażach byłoby nam łatwiej?

Myślicie o medalach, czy o walce tylko do baraży?

- Oczywiście, że o medalach. Przed chwilą pytano nas o to, jak możemy myśleć o ostatecznym sukcesie, jeśli na otwarcie turnieju przegrywamy z Serbią 0:3. W tej chwili w Europie jest tak wiele silnych zespołów, że nie możemy sobie pozwolić na wybieranie rywali. Jako zespół potrzebujemy zwycięstw, ponieważ musimy budować się mentalnie poprzez wygrane w trudnych setach czy wymagających końcówkach. Jesteśmy nową drużyną, która zaczyna od budowania pewności siebie. Jeśli po jednym wygranym meczu z Finlandią dopuścilibyśmy myślenie, że możemy pozwolić sobie na kalkulację i przegranie jakiegoś spotkania, to według mnie byłaby to bardzo błędna droga.

Nie wiemy czy Rosja jest mocniejsza od Serbii, czy nie, ale zdajemy sobie sprawę z tego, że z każdym musimy grać na maksa. Nie lekceważyłbym ani Bułgarii, ani Słowenii. Proszę wyobrazić sobie sytuację, jak zostałoby odebrane to, że przegrywamy spotkanie z Estonią, a następnie ponosimy porażkę z Bułgarią. Stalibyśmy wszyscy pod ścianą w mixed-zone i odbyłoby się zbiorowe rozstrzelanie. Chcemy iść drogą zwycięstw, a nie kombinacji.

Czyli wybieracie model Daniela Castellaniego z mistrzostw świata w 2010 roku, a nie Andrei Anastasiego z Euro 2011?

- To nie jest model trenera Castellaniego, a reprezentacji Polski, która buduje pewność siebie.

Na ile jest już zbudowana?

- Na tyle, by wygrać dwa razy 3:0 z trudnymi przeciwnikami - nie „pierwszego garnituru”, ale na pewno wymagającymi.

Czyli budowanie pewności siebie opierać będziecie na dokładaniu jej małych cząstek w każdym meczu? Nie wyznaczyliście sobie momentu-deadline'u, który ma być chwilą na zbudowanie zespołu? Ma być to proces trwający przez cały turniej?

- Żeby Serbia wygrała z nami 3:0 na Stadionie Narodowym potrzeba było trzech lat. Nasi rywale zainwestowali czas, by teraz przyjechać do Polski jako jedni z faworytów do zdobycia złotego medalu. To pokazuje, że niekiedy proces budowania zespołu trwa dwa miesiące, a innym razem właśnie trzy lata.

A o jakiej inwestycji wy myślicie?

- Docelowo igrzyska olimpijskie w Tokio. To jest nasza ambicja numer jeden, co nie oznacza, że w którymkolwiek spotkaniu, szczególnie rozgrywanym w Polsce, zamierzamy się podłożyć i powiedzieć, że go nie wygramy. Pewność siebie buduje się poprzez walkę o zwycięstwo w każdym meczu i w każdym pojedynczym secie.

Stworzenie zespołu nie jest proste i nigdy nie było, bo nie urodził się jeszcze taki, który zawsze wygrywałby wszystkie medale i turnieje. Nam potrzebny jest czas i przekonanie do naszej racji w tym, co sobie założyliśmy.

Chyba bardzo trudno jest zachować taką postawę w momencie, gdy nawet jeden mecz z Serbią potrafi zachwiać wiarą mediów, ekspertów czy niektórych kibiców w formę, którą przygotowywaliście na docelową imprezę sezonu reprezentacyjnego.

- Wierzę w to, że kibice są po naszej stronie i ich wiara nie zgubiła się po jednym meczu mistrzostw Europy, co było widać w Gdańsku, w którym zgotowali nam wspaniały doping. My koncentrujemy się na kolejnym przeciwniku. Mecz z Serbią jest przeszłością. To spotkanie po prostu nam nie wyszło i popsuło nam siatkarskie święto na Stadionie Narodowym. Cieszmy się tym, że mimo tamtego wyniku ludzie nadal przychodzą do hal, by nas oglądać, i wypełniają je po brzegi.

Jeszcze w pierwszym secie meczu z Finlandią było widać stres i widmo wcześniejszej porażki, jednak od drugiej partii chyba coś się odblokowało. Było dużo emocji, radości z gry i pewności siebie, które przeniosły się również na spotkanie z Estonią. To była chwila jakiegoś małego przełomu?

- Siatkówki nie dzieli się na sety wygrane poprzez pewność siebie i te przegrane przez jej brak. Wierzę w inteligencję polskich kibiców i w to, że wiedzą, że spotkań czy poszczególnych akcji nie przegrywa się poprzez ten czynnik – po prostu czasami po drugiej stronie siatki znajduje się przeciwnik, który ma dobry dzień lub po prostu gra lepiej od nas. Nie bawmy się w białe i czarne, uważając, że drużyna jest super pewna siebie, kiedy wygrywa 28:26, a nie radzi sobie z presją, kiedy cokolwiek przegra. Siatkówka jest sportem technicznym, w którym trzeba wykonać dane uderzenie kilkanaście razy w ten sam sposób, by je wyćwiczyć. To naturalne, że błędy się zdarzają.

Pierwszy set w meczu z Finlandią nasi rywale rozpoczęli bardzo dobrze. Rzecz jasna my byliśmy wtedy jeszcze po serbskim ciosie i mieliśmy zamglone oczy, ale to oponenci grali świetną siatkówkę, a my musieliśmy to po prostu przetrwać. To, że udało nam się to zrobić i włączyliśmy piąty bieg, jest dla nas lekcją i możliwe, że właśnie w tym momencie w końcu zamanifestowała się siła polskiej reprezentacji. Mam nadzieję, że będzie ona rosła z meczu na mecz.

Do tej pory można było zauważyć coraz większy udział Łukasza Kaczmarka w grze, swoje szanse dostawał również Jakub Kochanowski. Kiedy jednak możliwość pokazania się dostanie choćby Artur Szalpuk i wyjściowo zagra skład, który można określić jako „drugi”?

- Mamy zespół czternastoosobowy – nie dzielmy składu i nie mówmy, że któryś jest pierwszy, a któryś drugi. Może w finale Artur Szalpuk dostanie swoją szansę i odmieni losy spotkania? To jest turniej, a to oznacza, że przy tak dużym graniu musimy reagować na to, co dzieje się na boisku. Czasami należy dać szansę na przełamanie się grupie zawodników, a innym razem wpuścić na boisko zmienników. W tym momencie w naszej opinii powinni grać tacy siatkarze, jacy się pojawiają, ale niewykluczone, że w kolejnych meczach na parkiecie znajdą się inni. Zawsze dopasowujemy taktykę do przeciwnika.

Jaka reprezentacja Polski jedzie więc do Krakowa, by grać w barażu ze Słowenią?

- Silna i walcząca. Zaczęliśmy walczyć, jesteśmy drużyną, która się zjednoczyła i to jest największa wartość, którą wynosimy ze spotkań w Gdańsku. Nawet jeśli przydarzały nam się trudne momenty, to każdy z chłopaków dokładał w nich coś, co dawało drużynie drugi oddech i zwycięstwo.

Więcej o: