ME siatkarek. Daleko od złotek

Kobieca siatkówka jest wciąż utożsamiana z sukcesami sprzed 10 lat i porównywana do męskiej. A potęgą już dawno nie jesteśmy.

ROZMOWA Z JACKIEM NAWROCKIM trenerem reprezentacji siatkarek

JAROSŁAW BIŃCZYK: Ósme miejsce w mistrzostwach Europy to wszystko, na co stać reprezentację?

JACEK NAWROCKI: Taka jest dziś nasza pozycja w Europie.

Ale Włoszki nie należą już do ścisłego topu, a Holenderki w rankingu są za Polską. Można było z nimi powalczyć.

- Przypominam ubiegłoroczne kwalifikacje do mistrzostw świata. Zmobilizowaliśmy wtedy wszystko, co najlepsze: Gosię Glinkę, Anię Werblińską, Kasię Skowrońską-Dolatę, Mariolę Zenik. A przegraliśmy w Łodzi z Belgią, która jest słabsza od Rosji, Niemiec, Włoch, Holandii, Serbii czy Turcji. To pokazuje, jaka jest pozycja Polski.

Czy w rywalizacji z Belgią czy Niemcami nasze szanse na półfinał byłyby większe niż z Holandią?

- Jeśli mówimy o sile reprezentacji, to nie możemy patrzeć na losowanie, ale na to, co prezentujemy. Kobieca siatkówka jest wciąż utożsamiana z sukcesami sprzed 10 lat i porównywana do męskiej, w której jesteśmy potęgą. A musimy się pogodzić z tym, że dziś nasz potencjał jest dużo mniejszy. Gdyby nie doświadczone Skowrońska--Dolata, Werblińska, Sylwia Pycia czy Paulina Maj-Erwardt, mielibyśmy kłopoty i z Białorusią, i Słowenią, które pokonaliśmy. To jest podstawa, na której możemy coś zbudować. Do tego dochodzą młode dziewczyny. I tak jest już nieco lepiej, bo przypominam, że poprawiliśmy pozycje w Grand Prix i ME.

Wymienił pan siatkarki, które w większości zostały ze złotych czasów. Dlaczego nie pojawił się nikt równie dobry?

- Nie wiem. Przykładem kryzysu jest postawa Pyci, która po ośmiu latach wróciła do reprezentacji i jest najskuteczniejszą środkową. To budzi niepokój. Mówiąc, że gra opiera się na czterech zawodniczkach, nie mam zamiaru dyskredytować pozostałych, ale nasz problem to brak zaplecza reprezentacji. Pewnie wiąże się to z systemem szkolenia i rozwojem zawodniczek. Największy problem mamy ze skrzydłowymi, co doskonale widać w najsilniejszych klubach. W Policach po odejściu Glinki obok Werblińskiej będzie grać Czeszka Havelkova, w Gdańsku zamiast Belgijki Leys - Holenderka Grotheues-Balkestein, a we Wrocławiu przyjmującymi są Włoszka Costagrande i Amerykanka Hildebrand.

Przez lata kobieca siatkówka była traktowana gorzej niż męska. Jak jest teraz?

- Nie możemy narzekać. Stworzono nam znakomite warunki, zawsze mogliśmy liczyć na pomoc działaczy. Mimo że męska reprezentacja jest potęgą, związek się nami interesuje. Oczywiście można byłoby rozgrywać sparingi z mocniejszymi rywalami, ale po ostatnich latach nie wszyscy chcieli się z nami mierzyć.

Holandia powinna być dla Polski przykładem. Jej trener Giovanni Guidetti objął reprezentację w tym samym czasie co pan i zdobył wicemistrzostwo Europy.

- Nie zamierzam się tłumaczyć, ale Holandia od kilku lat gra w niezmienionym składzie. Od Guidettiego usłyszałem też, że musiał odrzucić 12 zawodniczek, niewiele gorszych od tych, które wziął na mistrzostwa. Powiedział, że to wiele silniejsza drużyna od niemieckiej, którą wcześniej prowadził.

A pan ile zawodniczek odrzucił?

- Powiem tak: mamy w kadrze liderki, a pozostałe zawodniczki stanowią dla nich uzupełnienie. A postęp zrobimy tylko wtedy, gdy będą z nimi rywalizować. Gdy w meczu z Holenderkami zabrakło kontuzjowanej Werblińskiej, wygraliśmy jednego seta. Ale 70 proc. punktów zdobyła Kasia Skowrońska. Na tych dwóch siatkarkach opierała się nasza gra w ataku.

Jak to zmienić?

- Ciągle szukam zawodniczek. Zespół jest ambitny i chce pracować. Złość wywołana ósmym miejscem może nam tylko pomóc w styczniowym turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk. Młodym zaś potrzeba czasu, by okrzepły.

Dlaczego po drugim miejscu na igrzyskach europejskich w Baku część siatkarek dostała aż pięć tygodni wolnego? Takie zarzuty wysuwali wobec pana inni trenerzy.

- W Baku szukaliśmy punktów rankingowych, by mieć szansę występu w kwalifikacjach do igrzysk w Rio. Gdyby nie to, nawet wygranie ME wyrzucałoby nas poza czołową dziewiątkę rankingu CEV. Druga sprawa to polityka kadrowa. Kilka zawodniczek, m.in. Agnieszka Bednarek-Kasza czy Werblińska, rehabilitowało się po ciężkim sezonie. Trzeba było je jakoś oszczędzić. Uważałem, że nie tylko im potrzebny jest odpoczynek i regeneracja. W ich miejsce powołałem młode zawodniczki, chciałem je sprawdzić. Zgadzam się, że pięć tygodni więcej wspólnej pracy wiele by nam dało. Była to jednak kalkulacja.

Podobno nie wszystkie kluby dobrze patrzyły na wyjazdy zawodniczek na zgrupowania kadry.

- Było kilka przypadków, gdy kluby stwarzały problemy. Słyszałem argumenty, że przecież jak zawodniczka będzie 12. czy 14. w kadrze, to nie będzie grała. Pytałem wtedy: to po co w klubach tak liczne kadry?

Prawdziwe mistrzostwa Europy odbędą się w styczniu, kiedy w Turcji zostanie rozegrany turniej kwalifikacyjny do igrzysk olimpijskich. Mamy szansę na miejsce w trójce?

- Wierzę w zespół. Gdybym nie wierzył, nie podejmowałbym się pracy. W ME zabrakło stabilizacji, ale wyciągniemy wnioski. Nawet w dotychczasowym składzie jesteśmy w stanie grać lepiej, a może będzie on mocniejszy. Mamy przecież Katarzynę Skorupę, Berenikę Tomsię, Gabrielę Polańską, Katarzynę Zaroślińską, które nie mogły zagrać w ME z powodów zdrowotnych.

Przeszedł pan do kobiecej siatkówki z męskiej, w której odnosił pan sukcesy, m.in. ze Skrą Bełchatów. Nie żałuje pan decyzji?

- Praca z kobietami sprawia mi wielką satysfakcję, nawet większą, niż się spodziewałem. Przykro mi, że nie odnosimy od razu spektakularnych sukcesów. Co do krytyki, to trudno przyjmować ją od ludzi, którzy dawno nie byli na sali treningowej. Sprzed telewizora o rzetelną analizę i ocenę trudno.

Rozpoznasz gwiazdę NBA po butach? [QUIZ]

Więcej o: