PlusLiga. Skra wciąż poza zasięgiem

W pierwszym siatkarskim meczu w 2011 roku w Polsce zanosiło się na niespodziankę, bo Zaksa Kędzierzyn-Koźle prowadziła z PGE Skrą 2:0. Później jednak bełchatowianie pokazali, że są najlepsi

Nie ma mocnych na mistrzów Polski w PlusLidze. Nawet jeśli grają trochę gorzej niż potrafią, to najwyżej tracą punkt. Ostatni raz przegrali 30 października z Resovią, a kolejnych 11 spotkań wygrali. Nie przeszkadza im nawet to, że muszą grać co dwa, trzy dni i mają na koncie znacznie więcej spotkań niż przeciwnicy. W tym tygodniu PGE Skra sprawdziła trzech najtrudniejszych rywali: w środę pokonała AZS Częstochowa, w czwartek Asseco Resovię (po 3:1), a w niedzielę - w ostatnim zaległym pojedynku - na wyjeździe Zaksę.

- To jest coś nienormalnego. My nawet nie mamy czasu na trening - mówił przed wyjazdem do Kędzierzyna-Koźla Jacek Nawrocki, trener PGE Skry. Być może to spowodowało, że początek spotkania z Zaksą nie był najlepszy w wykonaniu jego podopiecznych. Bełchatowianie sprawiali wrażenie mocno rozkojarzonych, popełniając w pierwszym secie 11 błędów, w tym aż pięć w ataku. Mylił się nawet Mariusz Wlazły.

W kolejnej partii było trochę lepiej, ale wtedy znakomicie spisywali się gospodarze. Nie przeszkodziło im nawet to, że staw skokowy skręcił Paweł Zagumny. Uraz nie był zbyt poważny, ale najlepszy polski rozgrywający nie pojawił się już na boisku. Zastąpił go Grzegorz Pilarz, któremu trochę brakuje do klasy kolegi. Ale uraz Zagumnego większe wrażenie zrobił chyba na siatkarzach PGE Skry, bo byli tylko tłem dla gospodarzy.

Kiedy jednak mistrzowie Polski pozbierali się, roznieśli przeciwników. W trzeciej partii prowadzili już 24:18, lecz rozluźnili się. W czwartej pozwolili kędzierzynianom zdobyć 14 punktów, co na tym poziomie pokazuje różnicę klasy, a w tie-breaku ani przez chwilę nie było wątpliwości, kto jest lepszy.

W ataku szalał Wlazły. Choć trener Krzysztof Stelmach podpowiadał swoim zawodnikom, że po nieudanym zbiciu w PGE Skrze następna piłka kierowana jest do jej atakującego, to niewiele mogli zrobić. Wlazły i tak zdobywał punkty. A gdy jeszcze w piątej partii wstrzelił się zagrywką (dwa asy), odebrał przeciwnikom resztki nadziei.

Co ciekawe, żaden z pretendentów do zdetronizowania drużyny z Bełchatowa nie potrafił wykorzystać trochę słabszej dyspozycji Bartosza Kurka, przez co PGE Skra jest nieco słabsza w ataku. Młoda gwiazda polskiej siatkówki była w bardzo wysokiej formie na początku grudnia, kiedy jego zespół wygrywał z Trentino czy Friedrichshafen. Teraz gra nieco słabiej, choć chyba największy kryzys ma już za sobą.

Kolejny dobry mecz rozegrał w PGE Skrze Paweł Zatorski. 20-letni libero staje się pewniakiem do gry w reprezentacji Polski. W Kędzierzynie aż 33 razy przyjmował zagrywkę, a mimo to miał znakomitą skuteczność - 73 proc. (45 proc. perfekcyjnego dogrania). Dla przykładu Piotr Gacek miał gorsze statystyki (53 i 38 proc.). A przecież wychowanek bełchatowskiego klubu przy zagrywkach typu flot przyjmuje jeszcze za Bartosza Kurka.

Jedną z przyczyn porażki Zaksy jest brak wartościowych zmienników. Brazylijczyk Idi, sprowadzony po kontuzji Sebastiana Świderskiego, w niczym nie przypomina zawodnika, który czarował jako gracz Friedrichshafen. W niedzielę dwukrotnie pojawił się na boisku, ale nie wniósł nic pozytywnego. Wręcz przeciwnie. Trener Stelmach ma więc ograniczone pole manewru.

O odpoczynku obie drużyny mogą tylko pomarzyć. Zaksa w czwartek zagra w pucharze CEV z hiszpańską Unicają Almeria, a stawka jest awans do finału. Za to PGE Skra prosto z Kędzierzyna pojechała do Warszawy, skąd w poniedziałek rano leci do Włoch. W środę zmierzy się z Trentino w przedostatniej kolejce fazy grupowej Ligi Mistrzów. Wraca w czwartek prosto do Bydgoszczy, gdzie w sobotę zagra z Delectą.

Najważniejsze jest dobro drużyny - Michał Kubiak  ?

Więcej o: