Siatkówka. Czy PlusLiga wypromuje kolejne polskie gwiazdy?

- Teraz nasza PlusLiga jest profesjonalna i każdy sponsor i trener potrzebuje wyniku od zaraz. Nikt nie chce podejmować się sukcesywnej pracy szkoleniowej z młodymi, i to nie jest zarzut do trenerów, bo oni po prostu w Pluslidze nie mają na to czasu - mówi menadżer siatkarski Andrzej Grzyb, jednen z założycieli SMS-u w Rzeszowie.

Dla wielu zawodników dostanie się do SMS-u w Spale jest realizacją marzeń. Po trzech latach nauki okazuje się jednak, że samo skończenie tej elitarnej szkoły nie gwarantuje świetlanej przyszłości na siatkarskich parkietach. Dlaczego tak się dzieje?

Andrzej Grzyb, menadżer siatkarski: Obecnie jestem menadżerem, ale warto przypomnieć, że byłem jednym z założycieli SMS-u w Rzeszowie 15 lat temu. Śledziłem drogę sportową wielu zawodników: absolwentów SMS-u w Rzeszowie i Spale. Zawsze bólem dla mnie było to, że ci zawodnicy byli rozchwytywani przez najlepsze kluby w Polsc,e a potem kończyli na ławkach rezerwowych i po dwóch, trzech latach kończyła się ich sportowa kariera. Praktycznie na palcach jednej ręki można policzyć tych, którzy prosto z SMS-u trafiali na ligowe parkiety. Zazwyczaj było tak, że podpisywali kontrakt z zespołem PLS-u, w którym w ciszy i spokoju na ławce przesiedzieli swój okres rozwoju, potem bywali wypierani przez młodsze roczniki i lądowali w pierwszej lub drugiej lidze. Taka sytuacja nie była dobrym rozwiązaniem zarówno dla samych zawodników jak i polskiej siatkówki. Co z tego, że szkolimy młodych w SMS-ie skoro potem nie mają oni szans na zaprezentowanie swoich umiejętności na parkiecie?

Jest na to jakaś recepta?

Oprócz tego że jestem menadżerem dorosłych zawodników, mam pod opieką kilku młodych i bardzo obiecujących chłopaków z obecnej juniorskiej reprezentacji Polski, w tym: Patryka Szczurka, Tomasza Kowalskiego, Adriana Buchowskiego, Tomasza Kalembkę, Mateusza Nożewskiego, Grzegorza Piotrowskiego czy Bartka Kaczmarka. Nie zależy nam tylko na finansach, znacznie ważniejsza jest kwestia szkoleniowa. Z tego też powodu każdy ruch transferowy, jaki wykonujemy, jest konsultowany z trenerem Grzegorzem Rysiem. Ci młodzi zawodnicy, aby po skończeniu SMS-u mogli się dalej rozwijać, przede wszystkim muszą grać. W PlusLidze mają na to niewiele możliwości. Z tego też powodu na początku ich kariery albo staramy się ich umieścić w dobrym klubie pierwszoligowym, żeby mieli 100% możliwości grania, albo wiążemy ich wieloletnimi kontraktami z drużynami ekstraklasy. Taki zawodnik w pierwszym roku nie gra w PlusLidze, ale jest wypożyczany do drużyny pierwszoligowej. Korzyści z takiego rozwiązania są podwójne: po pierwsze nie "grzeje ławy" w PlusLidze, ale ma możliwość gry w pierwszej lidze. Po drugie ma zagwarantowany kontrakt z drużyną ekstraklasy, do której dołączy po jednym, dwóch sezonach w pierwszej lidze.

Czy nie ma zagrożenia, że już w tej pierwszej lidze zostaną?

To zależy od wielu rzeczy, ale można postawić pytanie, czy jest lepsza opcja niż pierwsza liga dla początkującego gracza? Oczywiście wybitne jednostki czasem mogą iść od razu do PlusLigi, ale czy to gwarantuje sukces? Najlepszym przykładem jest Mika grający w Resovii. Nieźle się pokazał w minionym sezonie, ale, mimo że jest talentem, że powinien grać, na kolejny sezon do zespołu ściągnięty został Cernic, pozostał też Akrem, więc już wiadomo, że Mika nie będzie miał wiele szans przebić się do szóstki. Czy to dobrze wpłynie na jego rozwój? Teraz nasza PlusLiga jest profesjonalna i każdy sponsor i trener potrzebuje wyniku "od zaraz". Nikt nie chce podejmować się sukcesywnej pracy szkoleniowej z młodymi, i to nie jest zarzut do trenerów, bo oni po prostu w Pluslidze nie mają na to czasu. Rzadko się zdarza, żeby absolwent SMS-u od razu trafił do szóstki. Jak już wspomniałem, młodzi przede wszystkim muszą mieć możliwość grania i pokazania się na rynku, a nie siedzenia na ławce w gronie uznanych gwiazd.

Jakie jeszcze zagrożenia czekają na początkujących siatkarzy? Czytaj w serwisie Reprezentacja.net ?

Więcej o: