Ubywa polskiej władzy w siatkarskiej PlusLidze

Systematycznie zmniejsza się liczba rodzimych trenerów pracujących w naszych klubach. - Bo brakuje autorytetów - zgodnie twierdzą prezesi klubów.

Polska siatkówka przeżywa jeśli nie najlepszy, to jeden z najlepszych okresów w swojej historii. Męską reprezentację od dziesięciu lat prowadzą - każdy zdobywał medale! - obcokrajowcy, zaś w PlusLidze zostało już tylko siedmiu polskich szkoleniowców. Większość pracuje w drużynach z dołu tabeli. Na razie, bo już słychać o kolejnych klubach, które zamierzają postawić na cudzoziemców. Ci przyjeżdżają chętnie, bo mogą pracować w silnej lidze, a przede wszystkim zarobić znacznie więcej niż w swoich krajach.

W 14-zespołowej PlusLidze połowę trenerów stanowią dziś Polacy, jednak ich liczba stale się zmniejsza. Na początku rozgrywek mieliśmy jednego szkoleniowca więcej, jednak w Banimeksie Będzin i Indykpolu AZS Olsztyn Polaków - Damiana Dacewicza i Krzysztofa Stelmacha - zastąpili dwaj Włosi - Roberto Santilli i Andrea Gardini. Tylko w AZS Częstochowa Słowaka Marka Kardosza zmienił Michał Bąkiewicz. Dla porównania, w poprzednim sezonie ten stosunek wynosił 8:4 na korzyść naszych rodaków (liga liczyła 12 zespołów).

Większość prezesów nie chce oficjalnie mówić, dlaczego wolą zaangażować nawet niedoświadczonego obcokrajowca niż znanego Polaka. W prywatnych rozmowach przekonują, że na rynku nie ma naszych szkoleniowców gwarantujących osiągnięcie dobrych wyników. Jako przykład wskazują czołówkę PlusLigi, w której aż pięć z sześciu zespołów po rundzie zasadniczej trenują cudzoziemcy. Wyjątkiem jest Asseco Resovia prowadzona przez Andrzeja Kowala. Zachętą był udany eksperyment z nominacją na selekcjonera kadry zupełnego nowicjusza, jakim był Stéphane Antiga. Podobnie rok wcześniej postąpiła PGE Skra Bełchatów, powierzając zespół żółtodziobowi Miguelowi Ángelowi Falasce, który kilka miesięcy wcześniej zakończył karierę. Obie próby przyniosły dobre efekty - mistrzostwo świata, awans do turnieju finałowego Ligi Mistrzów - dlatego naśladowców przybywa.

- Polacy w większości zadowalają się tym, co już osiągnęli. Nie starają się rozwijać, nie jeżdżą na zagraniczne staże. Nie pamiętam, żeby coś opublikowali w fachowych czasopismach - opowiada siatkarski działacz. Jako dowód podaje niewielką frekwencję na szkoleniach prowadzonych przez zapraszanych przez związek fachowców. Inni dodają, że wśród naszych szkoleniowców nie ma solidarności. - Gdy pojawiła się plotka, że możemy szukać nowego trenera, odebrałem wiele telefonów od polskich kandydatów. Co przerażające, większość z nich nie mówiła o własnych zaletach, lecz krytykowała potencjalnych rywali - wspomina wzburzony jeden z prezesów.

- Bo jako Polacy się nie szanujemy - uważa Grzegorz Wagner, przewodniczący rady trenerów przy PZPS. Zdzisław Grodecki, prezes Jastrzębskiego Węgla, który od kilku lat stawia na obcokrajowców, tłumaczy, że to efekt strategii, by ściągnąć z Zachodu najnowszą technologię szkoleniową. - Santilli, Tomaso Totolo czy Lorenzo Bernardi pomogli nam zbudować markę. Dzięki temu mamy dziś najbardziej polską drużynę w czołówce PlusLigi. A poza tym mamy w klubie siedmiu trenerów, z czego tylko dwóch to cudzoziemcy. Szkolimy naszych i jeśli pojawi się ktoś z autorytetem, przejmie drużynę - zapowiada Grodecki.

Sebastian Świderski z Zaksy Kędzierzyn-Koźle i Jakub Bednaruk z AZS Politechniki Warszawskiej uważają, że cudzoziemcom jest łatwiej. - Polak często nie może się doprosić o zatrudnienie specjalisty od przygotowania fizycznego czy załatwienie siłowni. Włoch czy Argentyńczyk mają to zagwarantowane w kontrakcie - twierdzi Bednaruk. Dodaje jednak, że nie ma kompleksów wobec szkoleniowców z zagranicy.

Kilku jego kolegów zniknęło z rynku, choć początki mieli bardzo obiecujące. Radosław Panas, który z AZS Częstochowa był wicemistrzem Polski, prowadzi juniorski Delic-Pol Częstochowa, Mariusz Sordyl utknął w egzotycznym siatkarsko Katarze, słuch zaginął o Dariuszu Luksie czy Wojciechu Kaszy. Nawet Jacek Nawrocki, który z PGE Skrą wygrywał PlusLigę, stawał na podium Ligi Mistrzów i klubowych mistrzostw świata, pracuje w spalskiej szkole i z reprezentacjami juniorów. Ta tendencja się pogłębia. W Olsztynie zamiast Stelmacha postawili na 49-letniego Gardiniego, dla którego jest to pierwsza samodzielna praca trenerska. - Gdy Polakowi nie idzie, to jest krytykowany, gdy przegrywa cudzoziemiec, winnych szuka się gdzie indziej - podkreśla Wagner.

Zagranicznych szkoleniowców będzie przybywać. Już teraz słychać, że zamiast Świderskiego Zaksę poprowadzą Daniel Castellani lub Ferdinando De Giorgi. Bo we Włoszech, które przez lata były siatkarskim eldorado, siatkówka przeżywa kryzys. Słabsze kluby Serie A oferują zarobki na poziomie 3-4 tys. euro, a w Polsce można dostać przynajmniej dwa razy więcej. - Gdy byłem na stażu w Modenie, wielu trenerów pytało mnie o pracę u nas - wspomina Nawrocki, kandydat na selekcjonera kobiecej reprezentacji.

- Musimy się skonsolidować i bronić, bo mamy wielu doskonałych fachowców. To oni wychowali Drzyzgę, Zatorskiego czy Wlazłego, wprowadzali nowatorskie metody. Poza tym cudzoziemcy myślą nie o przyszłości polskiej siatkówki, ale o stanie swojego konta - kończy Wagner.

źródło: Okazje.info