Finał PlusLigi. Kto nie pęknie, ten wygra

Finał siatkarzy Zaksa - Asseco. W historii PlusLigi dopiero dwa razy o mistrzostwie decydował piąty mecz. Przy bardzo zbliżonych umiejętnościach na wynik wpłyną niuanse, a najmocniej - psychika

W sobotę o godz. 18 najbardziej wyczekiwane wydarzenie sezonu - piąte, ostatnie starcie w finale: Zaksa Kędzierzyn-Koźle - Asseco Resovia. Jeśli kibice nie kupili biletów wcześniej, nie mają już na nie co liczyć. Zostały wyprzedane na pniu. Pozostałym fanom zostanie transmisja w Polsacie Sport. Być może w centralnych punktach obu miast rozstawione zostaną telebimy, na których będzie można zobaczyć relację.

Z kilku przepytywanych przez nas ekspertów żaden nie chciał wskazywać sportowych powodów, dla których wygrają jedni bądź drudzy. Obie drużyny mają dość wyrównane składy, popełniają podobne błędy. Obie dają powody, by twierdzić, że uczestniczą w najbardziej emocjonującym, ale nie najlepszym sportowo finale w 13-letniej historii profesjonalnych rozgrywek w Polsce.

- Kto wygra? To nie salon wróżbiarski, nie mam kryształowej kuli. Nie sądzę, aby znalazł się ktoś, kto będzie spekulował, patrząc na atuty sportowe - mówi Wojciech Drzyzga, ekspert Polsatu i Sport.pl.

- Finał pokazuje, że obie drużyny są w nierównej dyspozycji, doba jest w stanie zmienić oblicza finalistów nie do poznania. To wciąż otwarta rywalizacja, seria aż pięciu meczów była do przewidzenia. Ale co do historii tych spotkań, pomylili się chyba wszyscy. Czas przestać tu cokolwiek zakładać - tłumaczy Drzyzga.

Naciskany, by jednak znalazł faworyta, opowiada o stronie mentalnej. - Nie umiem znaleźć sportowych parametrów, na podstawie których znalazłbym lepszy zespół. Największy wpływ na rywalizację będzie miała psychika. Zaksa nie wytrzymała ciśnienia meczu nr 3, Resovia kolejnego spotkania. Przemotywowanie widoczne było gołym okiem, a kiedy spotkanie przestało się układać którejś z drużyn, szybko się rozklejała i gładko przegrywała. To bardzo dziwne, bo obie drużyny mają doświadczonych graczy. Nie umiem tego wytłumaczyć - dodaje Drzyzga.

Co w takim razie zdecyduje o zwycięstwie?

- Wiem, co to znaczy zacięcie walczyć o medal, prowadząc wyrównaną walkę. Nie umiem jednak opisać, jak wielkie to emocje - mówi Ireneusz Mazur, były selekcjoner. Wspomina sezon 2001/02, w którym pracował w AZS Częstochowa. Jego drużyna przegrała wówczas złoto w czterech spotkaniach. Przeciwnikiem był tegoroczny finalista - Zaksa Kędzierzyn-Koźle - występujący wtedy pod marką Mostostalu.

Rok później częstochowian przejął Edward Skorek i doprowadził do jeszcze bardziej zaciętej batalii o mistrzostwo z tym samym przeciwnikiem. Po czterech starciach był remis, bo gospodarze za każdym razem wykorzystywali ważny atut - gorącą publiczność. Piąty mecz rozegrano w Kędzierzynie-Koźlu, znów zwyciężyli gospodarze (3:1), którzy mieli wysoką przewagę w każdym z wygranych setów.

- Wtedy Mostostal miał większe możliwości. Grał w specyficznej sali. Nie mieliśmy pod tym względem atutów - wspomina trener Skorek. - Martwiłem się wówczas, czy moi zawodnicy nie dadzą się sprowokować np. publiczności, która siedziała niemal na głowach siatkarzy. Pamiętam, że nie wytrzymali presji Grzesiek Szymański i Krzysiek Ignaczak. Nie ustrzegliśmy się błędów, które w tak istotnych meczach zdarzać się nie powinny. Teraz Zaksa także ma przewagę własnej hali. Teoretycznie to drużyna Daniela Castellaniego powinna zwyciężyć. Ale czy jego siatkarze wyłączą emocje i dadzą sportowo to, co mają najlepsze?

Do drugiego przypadku pięciu finałowych spotkań doszło w sezonie 2006/07. Wtedy - tak jak obecni finaliści - Skra Bełchatów i Jastrzębski Węgiel wygrywali na zmianę. W ostatnim meczu zagrali na boisku broniącej tytułu Skry. Gospodarze roznieśli przeciwników 3:0, w jednym z setów aż do 18.

Trenerem jastrzębian był wówczas Ryszard Bosek. Jego zawodnicy, wśród nich m.in. Łukasz Kadziewicz, Daniel Pliński, Jakub Bednaruk, chcąc zdeprymować przeciwnika, ufarbowali sobie włosy na jasny blond. Nie udało się - zostali rozbici, tak bardzo zmotywowani byli wówczas gospodarze.

- Miałem większy problem niż opanowanie emocji, bo wtedy kontuzjowany był nasz bułgarski as Plamen Konstantinow - przypomina Bosek. - Mógł atakować tylko lewą ręką, czyli graliśmy jak bez niego. To okazało się kluczowe. Na pewno było inaczej niż teraz, bo ani Skra, ani Jastrzębie nie były tak rozchwiane. Kibice oglądali walkę, a w tym finale raz jedni, raz drudzy są na fali. Komu daję większe szanse? Nie wiem. Tu wszystko opiera się na emocjach. Kto nie pęknie, ten wygra.

Relacje z najważniejszych zawodów w aplikacji Sport.pl Live na iOS i na Androida

Więcej o: