Po co Organice walka o obronę Pucharu Polski?

Łódzkie siatkarki zaczynają walkę o obronę Pucharu Polski. Szanse na powtórzenie sukcesu mają niewielkie, ale czy jest sens, żeby znowu bić się o grę w Lidze Mistrzyń?

Organika Budowlani zdobywcą Pucharu Polski - to brzmiało i wciąż brzmi pięknie. Dzięki temu drużyna wywalczyła historyczny awans do najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywek siatkarskich na świecie. Ale korzyści miała tylko marketingowe, bo do rozgrywek musiała dopłacać.

Nic dziwnego, że coraz więcej klubów zaczyna się buntować przeciwko skandalicznym zasadom panującym w siatkarskich pucharach. Zarobić się na tym nie da w żaden sposób (za wygranie rozgrywek dostaje się 30 tys. euro), a na każdym kroku czyhają surowe kary. Boleśnie przekonali się o tym szefowie Organiki. Z powodu przewinień, czasem kompletnie absurdalnych, klub musiał zapłacić w sumie 20 tys. zł. Oto kilka przykładów: * za niewysłanie czterech zdjęć z pustej Atlas Areny na cztery godziny przed meczem z Carnaghi Villa Cortese - 300 euro; * za brak w kadrze wcześniej zgłoszonej do rozgrywek Kathleen Olsovsky (niespodziewanie wróciła na stałe do USA) - 2,1 tys. euro.

W meczu z RC Cannes poruszająca się o kulach Marta Wójcik (zerwała więzadła w kolanie) musiała założyć dres i usiąść na ławce rezerwowych. Dlaczego? By klub nie musiał płacić kary. Na rewanżowy mecz do Włoch drużyna pojechała już bez drugiej rozgrywającej. Efekt? Rachunek na 4,2 tys. euro.

Cały podręcznik regulaminowy, w którym zawarte są wszystkie obowiązki i konsekwencje z niewywiązania się z nich, liczy ponad 200 stron. Zawiera m.in. konieczność wysłania nagrania wideo z meczu do europejskiej federacji (CEV) w Luksemburgu. Na jego podstawie oceniany jest m.in. prawidłowy układ i wysokość reklam największych firm wspierających rozgrywki.

Ale to nie było jeszcze najgorsze... Chory system najlepiej pokazuje przykład Organiki, która pogodzona z odpadnięciem z pucharów (zajęła ostatnie miejsce w grupie) nagle dowiedziała się, że awansowała do ćwierćfinału Pucharu CEV! Pucharu, który nie jest transmitowany przez żadną telewizję, więc walory promocyjne ma żadne. Mało tego, za występ w nim trzeba zapłacić tysiąc euro za mecz. Dobrze, że łodzianki odpadły w ćwierćfinale, bo straciłyby jeszcze więcej pieniędzy.

Łódzka drużyna musiała pokryć koszty związane z przelotami sędziów i delegatów. Odebrać ich z lotniska, zabrać na kolację, ugościć. Wszystko po to, aby później wpisali do raportu pozytywną opinię i czasem nie sypnęli kolejnej bolesnej kary z listy dziwactw CEV.

W sumie gra w europejskich pucharach uszczupliła budżet Organiki o 300 tys. zł! Za te pieniądze można zatrudnić dwie bardzo dobre zawodniczki.

Po co więc łódzkiemu zespołowi kolejny Puchar Polski, skoro władze miasta nie potrafiły docenić poprzedniego sukcesu, a przede wszystkim nie dotrzymały obietnic? Rok temu szefowie Organiki dostali zapewnienie, że magistrat pokryje przynajmniej część kosztów związanych z organizacją meczów z europejskimi potęgami w Łodzi. - Wszyscy nam gratulowali, klepali po plecach, obiecywali pomoc i podkreślali, że osiągnęliśmy największy sukces dla tego miasta od czasów występów Widzewa w Lidze Mistrzów. Nie dostaliśmy nawet złotówki - to słowa prezesa Marcina Chudzika.

Jednak ambitna drużyna zapowiada, że chce bronić Pucharu Polski na turnieju w Inowrocławiu. W piątek o godz. 20.30 w ćwierćfinale zmierzy się z Atomem Treflem Sopot.

sport@lodz.agora.pl