Puchar CEV. Włosi jednak za mocni - ZAKSA bez trofeum

Tak blisko wywalczenia europejskiego pucharu ZAKSA ani żaden polski zespół nie były od 33 lat. Nadzieje na sukces w Pucharze CEV skończyły się jednak po pierwszym secie rewanżowego spotkania finałowego z Sisleyem Treviso. Włosi pewnie wygrali mecz 3:1 (19:25, 25:21, 25:20, 25:19) i decydującego ?złotego seta? 11:15.

Tak relacjonowaliśmy Z Czuba i na żywo ?

Szansa była ogromna, bo przecież to polski zespół wygrał pierwsze wyjazdowe spotkanie (3:2). Wydawało się, że przed własną publicznością pójdzie łatwiej. Poszło, ale tylko w secie otwierającym finał o Puchar CEV - drugie najważniejsze europejskie trofeum w Europie.

Sparaliżowani dopingiem polskich kibiców Włosi psuli zagrywki i bili po autach. W pierwszym secie Sisley kompletnie nie mógł się odnaleźć i pozwolił niesionej dopingiem ZAKSIE dyktować warunki. Reprezentant Italii - światowej klasy atakujący Alessandro Fei próbując przebić się przez polski blok posyłał piłkę poza boisko. A nawet dał się złapać pojedynczym blokiem "niziutkiego" Michała Ruciaka. Przypomniała o sobie najgroźniejsza broń kędzierzynian z pierwszego meczu w Belluno - środek siatki. Ponownie w postacie Jurija Gladyra i Wojciecha Kaźmierczaka, bo wciąż poza składem jest kontuzjowany Patryk Czarnowski. Sisley oddał rywalom mnóstwo prezentów popełniając 14 błędów, z czego ok. połowę stanowiły popsute zagrywki.

Apetyty się rozbudziły, bo ZAKSA wygrała gładko do 19. Za chwilę trzeba było jednak przełknąć gorycz porażki. I to trzy razy. Niewiele było okazji, gdy Paweł Zagumny mógł rozgrywać bliżej niż 2,5 m. od siatki. Włosi wyraźnie wzmocnili zagrywkę i ograniczyli własne błędy (w drugim secie już tylko 6). Bardzo dobrą zmianę za Kovara dał Horstnik, a na swój poziom "wskoczył" Fei. I właśnie na tych dwóch zawodnikach oparł atak rozgrywający Dante Boninfante. A gdy uruchamiał swoich kolegów w drugiej linii, Horstnik czy Marmotti mogli atakować zupełnie "na czysto".

 

ZAKSA z kolei - zmuszona do uderzania z wysokich piłek - nie umiała pokonać wysokiego włoskiego bloku. Z odsieczą w ataku miał przyjść Dominik Witczak (za Jakuba Jarosza). Zagrał dobrze, ale wciąż gospodarze "kuleli" w zagrywce - tej przyjmowanej i tej wykonywanej. I tak przez trzy sety. W każdym z nich Włosi odskakiwali od początku, stopniowo powiększając przewagę. Na drugiej przerwie technicznej (w drugim i trzecim secie) Sisley prowadził 16:10. Wygrał pewnie, niezagrożony.

Chwila oddechu dla Zagumnego, Ruciaka, Idiego nie pomogła. Czy z nimi, czy ze zmiennikami (Pilarz, Wójtowicz, Urnaut) Sisley radził sobie równie dobrze. Polacy szybko się zorientowali, że "złoty set" jest nie do uniknięcia.

Wtedy nadzieje odżyły na nowo. W tym sezonie siatkarze już nie raz udowodnili, że ta partia to zupełnie nowa historia i nawet po ledwo wygram meczu można wyraźnie przegrać. Ale przecież ZAKSA już trzy razy wygrywała w europejskich pucharach właśnie dzięki "złotemu setowi". I na tym swoje pasmo zakończyła. "Złoty set" w Kędzierzynie był kontynuacją dobrej gry Włochów. Fei, Horstnik, Marmotti byli na tyle skuteczni, że gospodarze nie mogli zbliżyć się na więcej niż dwa punkty. ZAKSA zostawiła na parkiecie wszystko co miała, ale na Sisley nie starczyło.

Ostatnią nadzieją w europejskich pucharach Jastrzębski Węgiel ?

Więcej o: