Siatkarska LM. Liga kanciarzy

W normalnie urządzonych dyscyplinach sportu od razu widzisz, kto jest lepszy, kto wygrał lub awansował. Siatkarskie regulaminy od pewnego czasu przypominały sny pijanego, idioty lub oszusta, aż popadły w czystą schizofrenię

Właśnie obserwowaliśmy przypadek kliniczny. Oto dwa polskie kluby stoczyły walkę o turniej finałowy Champions League. Mistrz bił się z Zenitem Kazań, wicemistrz z Noliko Maaseik. Dalej już nic nie jest klarowne.

Gdyby w rozgrywkach obowiązywały zasady sprzed trzech lat - zasady, dodajmy, jedynie logiczne - siatkarze Skry Bełchatów by awansowali, a siatkarze Jastrzębia by odpadli. Pierwsi pokonali w dwumeczu Rosjan w setach 5:4, drudzy przegrali z Belgami w setach 3:5.

Gdyby obowiązywały zasady z minionego sezonu - zasady, dodajmy, kuriozalne, sprzeczne z zasadami gry w siatkówkę - odpadliby obaj nasi reprezentanci. W dwumeczu Skra uległa bowiem Zenitowi w małych punktach 194:196, a Jastrzębie uległo Noliko 152:174.

Obowiązują jednak przepisy najnowsze - tak bezdennie głupie, że dziennikarzowi od opisywania fikołków nie wystarcza pisarskiej biegłości, by ich nonsensowność rzetelnie oddać słowem. Dlatego Skra odpadła, a Jastrzębie awansowało. Wszystko przez dodatkowe nie wiadomo co obwołane przez pomysłodawców złotym setem, który unieważnia wszystko, co działo się na boisku wcześniej. I na wszelki wypadek, by zwiększyć rolę przypadku, rozgrywa się to nie wiadomo co tylko do 15 punktów.

Podsumujmy: polskie drużyny wypracowały wyniki, które w każdym z wymienionych wariantów - wcale niewyjętych z odległych epok - dają kompletnie inny efekt. W zależności od aktualnego widzimisię układających regulaminy działaczy mogła awansować tylko Skra, mogło awansować tylko Jastrzębie, mogły odpaść obie nasze drużyny.

Na pewno istnieje sposób, by uzyskać jeszcze inny efekt - triumf obu polskich klubów. Niestety, na kolejny, być może najbardziej spektakularny objaw choroby musimy poczekać przynajmniej do przyszłego sezonu. Może liczyć wyłącznie punkty zdobyte atakami ze środka? Albo poprzedzone groźnym pomrukiem o wskazanym w przepisach natężeniu, oczywiście mierzonym urządzeniem, na którego produkcji i dystrybucji można by ładnie zarobić i inwestować w dalszy rozwój siatkówki?

Oczywiście nie wiemy, czy przy innych regułach gry wszystkie wymienione drużyny - Jastrzębie, Noliko, Skra i Zenit - nie zachowywałyby się na boisku inaczej i lista uczestników Final Four nie wyglądałaby identycznie. Nie wiemy, ale głośno się zastanawiamy. Alternatywy nie ma, nagromadzenie siatkarskich odchyleń powoduje, że po meczach dyskutuje się nie o sporcie, lecz regulaminach, często podejrzewając wszystkich o najgorsze. Czy np. w Maaseik jastrzębianie nie oddawali z premedytacją pierwszych setów, by zachować energię na złotego? Wiem, brzmi insynuacyjnie, w normalnych okolicznościach wstydziłbym się nawet o nadmienionym pomyśleć. Ale okoliczności są bardzo dalekie od normalnych. Pisałem i będę pisał - ta zaraza niszczy siatkówkę, zniechęca do niej entuzjastów zdrowego, czystego sportu.

Prześledźmy czas najnowszy: u schyłku 2009 r. mieliśmy klubowe mistrzostwa świata naznaczone szokująco absurdalnym, wymyślonym na jeden turniej obowiązkiem atakowania tuż po serwisie wyłącznie z drugiej linii; wiosną 2010 r. siatkarzom Skry występ w turnieju finałowym LM załatwili działacze; jesienią 2010 r. w gigantyczny, cuchnący szwindlem skandal zmienił się mundial; na początku 2011 r. polscy ligowcy najpierw zostali zmuszeni do rozgrywania zbędnej, dodatkowej rundy, w której ostentacyjnie symulują walkę, a potem rozkazano im, by na prośby o skomentowanie regulaminu odpowiadali milczeniem. Wreszcie w tym tygodniu popadliśmy w paranoję w Lidze Mistrzów.

Wymieniłem niemal wszystkie najważniejsze imprezy minionych kilkunastu miesięcy. Żadna nie przebiegała normalnie.

A skoro na tablicy wyników nie sposób wyczytać, kto jest lepszy, zaczyna się wojna propagandowa. Prezes Skry od dawna debatuje z opinią publiczną - utrzymuje, że bełchatowski klub europejską potęgą jest i basta - i nawet nie zauważa, że się w analizie wydarzeń zaplątał, że również popada w schizofrenię. Co rusz słyszymy, że jego siatkarze dwukrotnie zdobyli wicemistrzostwo świata (prawda, ale nie musieli o ten turniej grać, zostali zaproszeni), by nazajutrz usłyszeć, że w starciu z Zenitem Kazań, który do finału tej imprezy nie doskoczył ani razu, nie powinni uchodzić za faworytów.

Bełchatowianie postękują też, że wpadli w Lidze Mistrzów na zbyt wymagających rywali (mają rację, patrząc zwłaszcza na klasę rywali Jastrzębia), i sugerują, że o zestawieniu par nie decydowało rozstawienie, ale zapominają, że sami bywali niejasnych zasad beneficjentami. Trzy lata temu przespacerowali się przez rywalizację w grupie (wystarczyło im pokonać słabe Podgoricę i Vojvodinę) i z pozycji wicelidera zostali upchnięci w finałach jako gospodarze. To chyba ciut łatwiejsza droga do Final Four niż tegoroczna jastrzębian?

Faktycznej siły Skry nadal nie znamy. Nie wiemy, czy powinna być gdziekolwiek rozstawiana, skoro samodzielnie do decydującej rozgrywki nigdy się nie dostała. W minionych pięciu sezonach Ligi Mistrzów - pomijam jej debiutancki, zresztą taki okres bierze się pod uwagę w przejrzystych rankingach futbolowych - wygrała 62,5 proc. meczów. Bilans dość przeciętny, lecz również nieoddający całej prawdy. Jeśli grające przez cały sezon byle jak, broniące się przed spadkiem z polskiej ligi Jastrzębie zdołało przebić się do Final Four, a absolutnie panująca u nas Skra nie awansowała tam jeszcze nigdy, to znaczy, że wyniki najważniejszych klubowych rozgrywek mniej mówią o jej uczestnikach, a więcej o kanciarzach, którzy najważniejszymi rozgrywkami rządzą.

 

Nie ta dyscyplina - problem Skry ?

Więcej o: