Liga Mistrzów. Europa bez Skry

Siatkarze PGE Skry Bełchatów znów nie awansowali do turnieju finałowego Ligi Mistrzów. W rewanżowym meczu pokonali w Kazaniu Zenit 3:1, ale potem przegrali tzw. złotego seta

Mistrzowie Polski wystąpili w Final Four już dwukrotnie, ale tylko dlatego, że go organizowali. Na boisku wciąż się do klubowej elity elit nie dostali. W środę wygrali wyżej, niż przegrali przed dwoma tygodniami u siebie (2:3), ale decydował "złoty set", rozgrywany do 15. W nim gospodarze osiągnęli już miażdżącą przewagę. Gospodarze, którzy wygraliby nawet, gdyby nadal obowiązywał regulamin z minionego sezonu - w małych punktach było 196:194.

Spotkanie chwalił trener mistrzów Rosji. - To powinien być finał. Poziom meczu był niesamowicie wysoki. Mieliśmy więcej szczęścia - mówił "Gazecie" Władymir Alekno. W tym samym czasie Jacek Nawrocki chodził ze spuszczoną głową. Szczęście było bardzo blisko.

Hala Sankt Peterburg istnieje od trzech miesięcy, wypełniła się po raz pierwszy. Spontanicznej reakcji kibiców nie było, przywieziono do niej zorganizowane grupy ze szkół i uczelni. Niektórzy do tego stopnia nie orientowali się, co oglądają, że przed "złotym setem" wyszli z hali. Nie wiedzieli, że mecz trwa.

Ofiarami frekwencji padli też bełchatowianie, bowiem z powodu korka - do hali prowadzi jedna wąska ulica, na dodatek ograniczona zaspami śniegu - dotarli na mecz z opóźnieniem. I z pół godziny przygotowań do rozgrzewki (wcieranie specjalnych maści czy zastrzyk dla rozgrywającego Miguela Falaski) został im niespełna kwadrans.

Hiszpan dostał znieczulenie w złamany palec. - Działa przez dwie godziny, a później na 50 proc. - tłumaczył fizjoterapeuta Tomasz Kuciapiński. Choć mecz trwał dłużej, Falasca dotrwał do końca.

A potem od pierwszych akcji oglądaliśmy siatkówkę na niesamowitym poziomie, z silnymi atakami, obronami i blokiem. W tym ostatnim lepsza była PGE Skra. Zaczął Marcin Możdżonek, zatrzymując Nikołaja Apalikowa, później m.in. Winiarski w pojedynku jeden na jednego zablokował Williama Priddy'ego. Przede wszystkim jednak polska drużyna lepiej broniła.

Okazało się, że przyciśnięci gospodarze też popełniają błędy, jak Maksim Michajłow przy wyniku 23:21 dla PGE Skry. Za chwilę po zbiciu Możdżonka mistrzowie Polski cieszyli się z prowadzenia. Zostały więc jeszcze trzy sety do wygrania...

Ale władze Zenita nie po to wydały 10 mln euro na budowę drużyny (w siatkówce to budżet kosmiczny), żeby zebrać siatkarzy, którzy się poddadzą. Dlatego Michajłow już w drugiej partii zaczął, jak mawiają siatkarze, kopać serwisem, dając sygnał kolegom. Zespół z Kazania szybko powiększał przewagę, aż trener Nawrocki zdecydował się na wpuszczenie na boisko rezerwowych.

Nie da się walczyć z rywalem klasy Zenita, gdy nie wszyscy w zespole prezentują co najmniej 90 proc. swoich umiejętności. W PGE Skrze tacy byli. Bartosz Kurek stał się celem dla serwujących rywali i niespecjalnie atakował, spore problemy miał też ostrzeliwany z wielką siłą libero Paweł Zatorski.

Bełchatowianie wyrządzali wczoraj Zenitowi mniej szkody zagrywką niż tydzień temu. Serwowali nie gorzej, ale Alekno wyciągnął wnioski i przy Wlazłym, Kurku, Winiarskim czy Falasce przyjmującym pomagał Michajłow. Z naprawdę dobrym skutkiem.

W czwartym secie kapitalnie grający Daniel Pliński poszedł serwować przy wyniku 11:11 i wyprowadził swój zespół na prowadzenie 17:11. - Bolelszcziki pomagitie - prosił spiker. Bez skutku, bo po stronie bełchatowskiej stał mur. A zdenerwowani Rosjanie popełniali błąd za błędem. "Złoty set", którego z pewnością nie planowali, zbliżał się nieuchronnie.

Nie uniknęli go, ale wtedy amerykański mistrz olimpijski Lloy Ball czy Siergiej Tietiuchin pokazali, jak trudno ich złamać.

Ten pierwszy - rozgrywający - ośmielał się proponować kolegom bardzo trudne akcje. Przynosiły efekty, choć o wyniku przesądził przede wszystkim serwis Zenita. Potężny, precyzyjny, niekiedy nie do przyjęcia.

Przy stanie 9:13 wydawało się, że ostatni atak przypuści serwujący Wlazły. Niestety, jego ewentualną serię zagrywek uniemożliwił Kurek. Nie miał przed sobą bloku, zaatakował w aut. I zamiast 11:13 zrobiło się 10:14. A niedługo potem skrzydłowy reprezentacji zaserwował w aut...

Jak złoty set bywa niesprawiedliwy ?

Więcej o: