Politechnika miała Farta, ale dostała klapsa

Siatkówka. Kielczanie zapowiadali walkę o każde oczko w końcówce rundy zasadniczej. Niespodziewanie pierwsze przywieźli z Warszawy. Na więcej nie pozwolił Robert Prygiel.

35-letni skrzydłowy był dotychczas w cieniu błyszczących w tym sezonie Michała Kubiaka czy Zbigniewa Bartmana. Wnosił jednak wielki spokój, w najważniejszych meczach nigdy nie zadrżała mu ręka, a po ostatnim, wygranym 3:0 meczu z Pamapolem Wieluń, przepraszał kolegów za to, że "musieli grać bez atakującego". Niesłusznie, przemawiała przez niego skromność...

Trener Radosław Panas uśmiał się tylko z tego wyznania, bo wie, że Prygiel to gwarancja solidności. W piątym secie wczorajszego spotkania z Fartem atakujący pomylił się tylko raz, kiedy został zablokowany. W pozostałych sytuacjach spisał się znakomicie, choć trzeba dodać, że kielczanie byli w decydującej odsłonie bardzo nieskuteczni, nie kończąc na przykład ataków przy pojedynczym bloku. Ostatecznie, mimo nerwowej końcówki (od 12:8 do 12:11) gospodarze zwyciężyli i w całym meczu 3-2.

Jak w ogóle doszło do takiej sytuacji? Warszawiacy to w tym sezonie drużyna, która grabi bogatych i rozdaje biednym. Punkty odebrali m.in. faworytom do medali, a tracili z walczącym o utrzymanie AZS Olsztyn, czy Fartem Kielce. Z tą drugą drużyną przegrała w pierwszej rundzie w Kielcach i wczoraj omal znów do tego nie doszło. Zwłaszcza że goście prowadzili w setach 2-1. W końcówce gospodarze wykorzystali jednak wielkie doświadczenie.

Kilka dni temu w PlusLidze wiele się wyjaśniło - wiadomo już kto będzie walczył o mistrzostwo Polski, a kto o utrzymanie. Miejsce w czołówce utrzymała Polietchnika, Fart stracił szansę na bezpieczną wiosnę jeszcze wcześniej, przegrywając w Wieluniu z Pamapolem. M.in. dlatego bezsprzecznym faworytem wczorajszej potyczki byli siatkarze ze stolicy. W ostatnim mecze zagrali naprawdę dobrze, ale wczoraj nie był to ich dzień. Szczególnie drugi set, kiedy goście niespodziewanie wyszli na prowadzenie 19:6. W całej partii Politechnika oddała aż 14 (!) punktów po błędach własnych. - W siatkówkę lepiej grał Fart - komentował wtedy Wojciech Drzyzga, ekspert Sport.pl i Polsatu. - Poliechnice brakowało ich indywidualnych zagrań z wcześniejszych meczów, kiedy liderzy w pojedynkę rozstrzygali o losach setów, czy nawet całych spotkań. Na takie serie można liczyć, ale stawiać na nie się nie powinno. We wtorek brakowało im w niektórych sytuacjach zespołu.

Mimo wielkiej determinacji, dobrej gry rozgrywającego Macieja Dobrowolskiego oraz w obronie Richa Lambourne'a kielczanie wracają tylko z jednym punktem, a warszawiacy odrabiają straty m.in. do AZS Częstochowa, który znów gładko przegrał do zera.

- Szło to wszystko jak krew z nosa - narzekał Jakub Bednaruk, drugi trener gospodarzy. - Oddaliśmy za darmo rekordową liczbę punktów, tak bardzo się myliliśmy. Zagraliśmy dokładnie odwrotnie niż zakładaliśmy to przed meczem. Do tego doszedł niepotrzebny stres z nie wiadomo jakiego powodu. Przestraszyliśmy się tego, jak rywal broni, walczy. A nasi chłopcy zaczęli odpychać od siebie odpowiedzialność. Dziwi mnie ta nerwowość.

W przyszłą środę kielczanie zmierzą się właśnie z częstochowianami, Politechnika wyjeżdża do Bełchatowa na starcie ze wielką Skrą. Wcześniej - bo już odo czwartku - akademików czeka walka w turnieju finałowym o Puchar Polski. Fart ma wolne.

AZS Politechnika Warszawska - Fart Kielce 3:2 (25:23, 15:25, 22:25, 25:22, 15:12)

Politechnika: Salas, Bartman, Kreek, Prygiel, Kubiak, Nowak, Wojtaszek (libero), Wierzbowski, Neroj, Żaliński, Statsenko.

Fart: Dobrowolski, Kapfer, Szczerbaniuk, Jungiewicz, Castard, Zniszczoł, Lambourne (libero).