Wywiad

W Polsce doszło do poważnego błędu. "Laboratorium będzie pod bardzo dużą presją"

Agnieszka Niedziałek
Mikołaj Sawicki
PZPS

Mikołaj Sawicki jest gotowy do walki o odszkodowanie po poważnym błędzie w jego sprawie dopingowej, ale musi czekać. Pełnomocnik siatkarza reprezentacji Polski Hubert Radke przestrzega w rozmowie ze Sport.pl, że ta sytuacja mogła wcale nie być precedensem w naszym kraju i wskazuje główne bolączki systemu antydopingowego. - Chciałbym, żeby był sprawiedliwszy - dodaje.

Mikołaj Sawicki 20 kwietnia usłyszał słowa, na które długo czekał i usłyszenie których kosztowało jego i żonę Klaudię niemal rok życia w wielkim stresie i wiele wydanych pieniędzy. Zawieszony wcześniej na dziewięć miesięcy po pozytywnym wyniku testu na obecność dopingu siatkarz Bogdanki LUK Lublin i reprezentacji Polski usłyszał wtedy, że po ponownym przebadaniu jego próbki i niestwierdzeniu w niej zakazanej substancji postępowanie w jego sprawie zostało zakończone. Hubert Radke, który wspólnie z żoną Justyną jest pełnomocnikiem Sawickiego, przekonuje w długiej rozmowie ze Sport.pl, że do ponownego badania - po wcześniejszym wykryciu błędu analitycznego laboratorium - w ogóle nie powinno dojść.

Zobacz wideo Sport.pl PLUS

Agnieszka Niedziałek: Niespełna dwa miesiące temu zakończyło się postępowanie w sprawie Mikołaja Sawickiego przed Panelem Dyscyplinarnym I Instancji, ale to jeszcze nie koniec całej historii. Siatkarz potwierdził szybko, że będzie ubiegał się o odszkodowanie. Na jakim etapie są obecnie te działania?

Hubert Radke, jeden z pełnomocników Mikołaja Sawickiego: Postanowienie PD I Instancji zapadło 20 kwietnia. Aktualnie czekamy na jego pisemne uzasadnienie, którego nadal nie otrzymaliśmy mimo upływu 30-dniowego terminu, w jakim PD I Instancji zadeklarował jego sporządzenie. Termin na złożenie apelacji biegnie od dnia, w którym to postanowienie wraz z uzasadnieniem będzie doręczone. Możliwość wniesienia odwołania się przysługuje Światowej Agencji Antydopingowej (WADA), Międzynarodowej Federacji Piłki Siatkowej (FIVB) oraz Polskiej Agencji Antydopingowej (POLADA). POLADA szybko poinformowała, że z tego nie skorzysta. Trudno też spodziewać się, by zrobiła to WADA, która potwierdziła nasze ustalenia dotyczące braku wiarygodności pierwszego badania próbki fizjologicznej zawodnika, a wynik ponownej analizy tylko to potwierdził. Obecnie jednak, stricte formalnie rzecz biorąc, postanowienie nadal nie jest ostateczne i prawomocne.

Nie zmienia to jednak faktu, że aktualnie wraz z naszym klientem przygotowujemy się do sprawy odszkodowawczej. Oczywiście, z prawnego punktu widzenia będzie to już nowa sprawa, czy też odrębne postępowanie przed sądem – jeżeli w ogóle do niego dojdzie. Ale z punktu widzenia opinii publicznej to ciąg dalszy sprawy niesłusznie oskarżonego o stosowanie dopingu Mikołaja Sawickiego. Skutki tego oskarżenia były bardzo drastyczne, stąd absolutnie nie powinno dziwić, że zawodnik zdecydował się wystąpić o odszkodowanie i zadośćuczynienie.

Jak dokonuje się wyceny w takiej sytuacji? Mowa nie tylko o dziewięciomiesięcznym zakazie gry i uczestnictwa w treningach drużyny oraz straconym wynagrodzeniu, ale też o szkodach mentalnych.

- Nie bez powodu posłużyłem się pojęciami odszkodowania i zadośćuczynienia. Odszkodowanie dotyczy szkody rzeczywistej i utraconych korzyści, zadośćuczynienie zaś doznanej krzywdy, względnie naruszenia dóbr osobistych. Wysokość odszkodowania można stosunkowo precyzyjnie wyliczyć lub przynajmniej oszacować. W tym przypadku mowa przede wszystkim o szkodzie powstałej z uwagi na utracone wynagrodzenie wynikające z kontraktu w klubie, a także benefitach związanych z grą w drużynie narodowej, do której pana Mikołaja powołano i planowano jego udział w rywalizacji o stawkę. A przypomnę, że w minionym sezonie Polacy wygrali Ligę Narodów i zdobyli brązowy medal mistrzostw świata.

Przy zadośćuczynieniu chodzi z kolei o ocenę, jak sytuacja, do której doszło, rzutowała negatywnie na zdrowie fizyczne i psychiczne pana Mikołaja. Jak zresztą przyznali publicznie zawodnik i jego żona, sytuacja ta odbiła się bardzo na ich życiu - zarówno w wymiarze indywidualnym, rodzinnym, jak i społecznym. Należy także mieć świadomość, jak to wszystko rzutuje na dalszą karierę sportową zawodnika, który był na szczycie, był jednym z najlepszych siatkarzy ubiegłorocznych finałów mistrzostw Polski, jego kariera dynamicznie się rozwijała, a przerwa spowodowana tym niesłusznym oskarżeniem sprawiła, że jego pozycja sportowa uległa zmianie. Było to widać jednoznacznie w tegorocznych meczach finałowych. Odbudowanie tej pozycji to nie jest prosty proces.

To pierwszy przypadek w Polsce, by wykazano niesłuszne oskarżenie o doping w wyniku błędu laboratorium. W przestrzeni publicznej nie ma informacji o wysokości odszkodowania i zadośćuczynienia w podobnych sprawach na świecie. Orientacyjnie, jakiej wysokości kwota może wchodzić tu w grę?

- Nie posiadam wiedzy o tym, ile w historii antydopingu było w skali światowej spraw odszkodowawczych dotyczących błędów związanych z procedurami analitycznymi. Nie o wszystkich wiemy nawet my, prawnicy zajmujący się tematyką antydopingową. O niektórych było głośno, jak choćby o przywołanej przeze mnie w naszej poprzedniej rozmowie sprawie Diany Taurasi, która stanowiła pewną inspirację dla naszych działań. Nie wiem jednak, czy tam pojawiły się konsekwencje odszkodowawcze. Wszakże chodziło o amerykańską koszykarkę występującą w Turcji. Z tego względu choćby byłoby to pewnie dosyć złożone pod względem prawnym i czasochłonne. Ogólnie rzecz biorąc sprawy odszkodowawcze w świecie antydopingu nie są jednak rzadkością. Zwłaszcza w USA. Najczęściej dotyczą zanieczyszczenia odżywek, kiedy to pozywani są ich producenci. Wysokość odszkodowań może być tu bardzo zróżnicowana, gdyż zależy od okoliczności danej sprawy.

W Polsce nie ma znanego przypadku sprawy odszkodowawczej związanej z postępowaniem antydopingowym. Wydawało się, że mogłaby wytoczyć ją producentowi zanieczyszczonej melatoniny Iga Świątek, ale nie mam wiedzy, czy tak się stało. Nie przesądzając zasadności roszczeń odszkodowawczych w tej sytuacji, pewnie byłoby to jednak dosyć skomplikowane, chociażby z tego względu, że ów lek – z tego co mi wiadomo – spełniał normy dopuszczania do obrotu w Polsce. Standardy antydopingowe są natomiast zdecydowanie wyższe i stąd wziął się tam problem.

Reasumując, mamy pewne wyobrażenie, czego pan Mikołaj będzie dochodził w zakresie kwot odszkodowania i zadośćuczynienia, ale jest za wcześnie, aby o tych kwotach wypowiadać się publicznie przed skierowaniem roszczeń wobec podmiotów odpowiedzialnych.

Czy praca nad tym może oznaczać kolejne długie miesiące oczekiwania?

- My w zasadzie już jesteśmy przygotowani, by skierować uzasadnione roszczenia odszkodowawcze i wierzymy, że z uwagi na okoliczności sprawy – karygodne błędy w analizie próbki fizjologicznej zawodnika - druga strona poczuwa się do odpowiedzialności. Ale – tak jak w każdej sprawie odszkodowawczej – wiele zależy od reakcji podmiotu odpowiedzialnego. Albo podmiot uznaje roszczenia, albo je kwestionuje i dochodzi do wymiany stanowisk stron. W ostateczności może dojść do postępowania przed sądem, jeżeli roszczenia są kwestionowane lub gdy strony nie dojdą do porozumienia. Wówczas to, co w przestrzeni publicznej zyskało miano "sprawy Sawickiego", może dalej ciągnąć się latami.

Kto w tej sytuacji jest podmiotem odpowiedzialnym? Po ogłoszeniu wyniku dodatkowego badania pytałam Michała Rynkowskiego, czy kierowana przez niego POLADA jest ubezpieczona na taką okoliczność. Odpowiedział, że tak, ale dodał, że jego zdaniem ten przypadek dotyczy bezpośrednio laboratorium.

- Uważamy, że na pewno podmiotem odpowiedzialnym jest Polskie Laboratorium Antydopingowe – wszakże to ono popełniło błąd drastyczny w skutkach. W stosunku do tego podmiotu więc w pierwszej kolejności skierowane zostaną roszczenia.

Prezes Bogdanki LUK Lublin po ogłoszeniu wyniku drugiego badania przyznał mi, że oni - jako klub - także biorą pod uwagę wystąpienie o odszkodowanie. Czy współpracują państwo w tym zakresie?

- Skoro pan prezes o tym powiedział, to mogę potwierdzić, że klub również zamierza dochodzić roszczeń odszkodowawczych. Doszło do wstępnej komunikacji między klubem a nami jako kancelarią zaangażowaną w tę sprawę od początku i mającą bezwzględnie najszerszą wiedzę o wszystkich jej aspektach i niuansach. Agencja menedżerska, z którą związany jest pan Sawicki, także poniosła szkodę związaną z tą sytuacją i również w tym zakresie przygotowujemy analizę, jeśli chodzi o roszczenia odszkodowawcze.

Dyrektor POLADA uważa, że konsekwencje z ramienia WADA, jakie poniosło laboratorium w Warszawie – czyli zawieszenie procedury sprawdzającej pod kątem obecności modafinilu – to adekwatna kara. Pan też tak sądzi?

- Nie zastanawiałem się szczególnie nad tym. To problem WADA i wiarygodności przyznawanych akredytacji. Na tę chwilę – jak widać - WADA uznała, że zastosowana sankcja jest wystarczająca. Warto jednak zwrócić uwagę na jeszcze inną kwestię. Pan Rynkowski wielokrotnie podkreślał, że laboratorium to do tej pory cieszyło się dobrą renomą. Implikacją tego błędu będzie natomiast to, że teraz każdy sportowiec, którego próbka będzie tam badana, będzie zastanawiał się, czy w jego przypadku też nie został popełniony błąd. I na pewno każdy prawnik reprezentujący takiego sportowca będzie badał bardziej skrupulatnie sytuacje związane z samą procedurą badawczą. Pan dyrektor też już chyba o tym wspominał. Laboratorium będzie więc teraz pod niewątpliwie bardzo dużą presją przy każdym badaniu. Może dzięki tej presji będzie z należytą skrupulatnością przygotowywało i weryfikowało wszystkie wdrożone procedury analityczne.

W marcu mówił mi pan, że będą państwo jeszcze sprawdzać, czy jest podstawa prawna, by doszło w ogóle do dodatkowego badania. Jakie były efekty tych działań?

- W naszej ocenie, w oparciu o obowiązujące przepisy antydopingowe, nie było ku temu podstaw i sprawa powinna była zostać zakończona już na etapie wykrycia błędu. PD I Instancji uznał jednak inaczej. Ciekaw jestem, jak będzie w przypadku pana Jakuba Januchowskiego. Czy Trybunał Arbitrażowy w Lozannie (CAS) też dopuści tam do ponownego badania. My wciąż uważamy, że nie zostały spełnione warunki, by do tego doszło. Równie dobrze można było przeprowadzić ponowne badanie, gdy wynik był jeszcze – teoretycznie – pozytywny. Gdy dysponowaliśmy już ekspertyzą pozwalającą wynik zakwestionować, złożyliśmy wniosek o ponowne badanie próbki. Wówczas jednak POLADA twierdziła, że nie ma podstaw prawnych. Kilka tygodni później mówiła, że już są.

To ponowne badanie powodowało dalszy stres u zawodnika związany z niepewnością wyniku. Mimo że doktor Karolina Nowak była spokojna i przekonana o prawdziwości hipotezy, którą postawiła, to największe obawy dotyczyły tego, czy nie dojdzie do kolejnego błędu analitycznego. Czy to inne laboratorium, którego nam wcześniej nie wskazano, posługuje się dostatecznie dopracowaną metodą rozróżniającą modafinil od tych innych substancji o podobnych strukturach, czy też nie i sytuacja się powtórzy.

Szef POLADA argumentował, że dodatkowe badanie było potrzebne, by uniknąć niedomówień i nie zostawiać sprawy na etapie, gdy nie dało się jednoznacznie stwierdzić, czy zakazana substancja była w próbce, czy też nie.

- Powtarzane przez POLADA twierdzenie o braku jednoznaczności wyniku pierwszego badania moim zdaniem nie odpowiada prawu. Przepisy antydopingowe nie posługują się pojęciem wyniku niejednoznacznego. Mowa jest w nich o atypowym wyniku, ale to w laboratorium się taki stwierdza w określonych przypadkach. Tutaj nie było tego typu sytuacji, więc z prawnego punktu widzenia wynik badania pana Sawickiego - po zdyskwalifikowaniu zastosowanej metody badawczej - był negatywny. Pozytywny może być bowiem jedynie wynik uzyskany w ramach wiarygodnej procedury analitycznej. To po pierwsze. Po drugie, znając politykę antydopingową, wydaje mi się, że POLADA dążyła przede wszystkim do tego, by sprawdzić, czy może jednak wynik będzie pozytywny, co by sprawiło, że system antydopingowy mógłby wyjść z tej sprawy obronną ręką, zaś ciężar dowodu ponownie przerzucony zostałby na zawodnika.

W naszej poprzedniej rozmowie stwierdził pan, że specyfika prawa antydopingowego polega na poświęceniu jednostki na rzecz grupy. Co można zrobić, by ta jednostka była mniej pokrzywdzona, ale by jednocześnie nie uchylać zbyt szeroko furtki tym, którzy próbują oszukiwać?

- To pytanie jest przedmiotem rozważań i debat przy pracach nad kolejnymi nowelizacjami kodeksu, które wprowadzane są co sześć lat. Obecna wersja obowiązuje od 2021 roku, więc 1 stycznia 2027 wejdzie w życie nowa. Poszukuje się rozwiązań, które miałyby – mówiąc w uproszczeniu – lepiej równoważyć dobro ogółu i jednostki. Lepiej chronić prawa indywidualnych sportowców w postępowaniach dopingowych, a jednocześnie sprawiać, by system walki z dopingiem był nadal efektywny.

Do ostatnich pozytywnych zmian należy zaliczyć np. kwestię oceny wyłączeń dla celów terapeutycznych i znaczących redukcji sankcji, gdy wniosek o wyłączenie nie został zgłoszony we właściwym czasie, choć byłby zasadny. Generalnie coraz więcej nacisku – również pod wpływem organizacji zawodniczych - kładzie się na ochronę praw jednostki, aczkolwiek wciąż jesteśmy daleko od ideału w tym względzie. Ponadto podstawowa zasada systemu antydopingowego, odpowiedzialności obiektywnej, pozostaje niezmienna - w momencie stwierdzenia przez akredytowane laboratorium antydopingowe pozytywnego wyniku badania sportowiec jest uznawany za winnego i automatycznie grozi mu kilkuletnia dyskwalifikacja. Organy antydopingowe nie muszą już nic więcej dowodzić, a ciężar dowodu jest przerzucany na zawodnika. I to jest rzeczywisty problem. Zawodnik musi udowodnić brak celowego stosowania zakazanej substancji oraz brak swojej winy lub zaniedbania, by mogło w ogóle dojść do redukcji kary, gdyż jej całkowite wyłączenie jest w praktyce nieosiągalne. Sprostanie takiemu ciężarowi dowodu jest niezwykle trudne, zwłaszcza kiedy sportowcy nie dysponują odpowiednimi środkami finansowymi. I nie chodzi tu nawet o mityczne wynagrodzenia prawników, ale przede wszystkim o koszty sprawdzania tego, czy np. jakieś lekarstwo lub suplement diety nie były zanieczyszczone substancją zabronioną. A są to bardzo częste przypadki.

Wykazywanie niewinności jest również trudne z naukowego punktu widzenia. Można bowiem przebadać wszystkie lekarstwa i suplementy diety, które dany sportowiec przyjmował i nic się nie znajdzie. Potem człowiek się zastanawia, skąd dana substancja wzięła się w organizmie zawodnika. Mieliśmy takie sytuacje w przeszłości. Tak też było w przypadku pana Sawickiego. Akurat tu chodziło o siatkarza, mistrza Polski i reprezentanta Polski, więc było go stać na opłacenie tych badań, ale i tak bardzo mocno odbiło się to na jego sytuacji finansowej. Zwłaszcza w sytuacji, gdy nie mógł na bieżąco zarabiać. To - wracając do początku naszej rozmowy - kolejny element szkody, jaką zawodnik poniósł. Wszystkie wydatki związane z badaniami, samym postępowaniem, ekspertyzami. Przed ekspertyzą doktor Nowak mieliśmy ekspertyzę specjalisty z zakresu dopingu z Holandii, wcześniej jeszcze badanie włosa we Francji przez renomowany ośrodek i uznanego profesora. To są olbrzymie wydatki i nawet dobrze sytuowany sportowiec zastanawia się: "Wydam tyle pieniędzy, które idą w dziesiątki czy nawet w setki tysięcy złotych, a co potem?". Nie powinno więc dziwić, że w takiej sytuacji niektórzy po prostu kalkulują. Bo mogą wydać wszystkie zaoszczędzone pieniądze, perspektywy zarobkowania nie mają, a wynik takiej swoistej "inwestycji" jest bardzo niepewny.

Często spotykał się pan z sytuacją, by po takich kalkulacjach sportowcy odpuszczali dalszą walkę właśnie z powodów ekonomicznych?

- Na wstępie warto przypomnieć, że w przypadku sportowców klasy międzynarodowej wydatki dotyczą nie tylko prowadzenia samego postępowania, ale również odwołania się do CAS. Nie zawsze można uzyskać zwolnienie z kosztów, a takie postępowanie to kwestia kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy franków szwajcarskich samych opłat arbitrażowych. Do tego dochodzi jeszcze choćby opłacenie wyspecjalizowanych pełnomocników. Dlatego, niestety, niektórzy sportowcy zmuszeni są przeprowadzić dogłębną kalkulację ekonomiczną. Czują się przy tym niejednokrotnie bezbronni w walce z tym systemem. Bo mogą wydać bardzo dużo pieniędzy, a może to nie przynieść żadnego efektu.

Powtarzany jest argument, że system jest tak skonstruowany i musi być restrykcyjny, by walka z dopingiem była skuteczna. Oczywiście, po części jest to słuszne założenie, ale często zapomina się o tym, ilu rzeczywiście niewinnych sportowców staje się formalnie winnymi właśnie z uwagi na to, że nie są w stanie z różnych względów sprostać ciężarowi dowodu. Przy walce o redukcję sankcji po wykryciu zakazanej substancji najpierw trzeba udowodnić brak zamiaru jej przyjęcia, a potem brak winy lub zaniedbania. Na drugim etapie już bezapelacyjnie trzeba wskazać, w jaki sposób owa substancja dostała się do organizmu. Na pierwszym z kolei linia orzecznicza jest dosyć konserwatywna i przeważa założenie, że już wtedy nie można zredukować kary bez wskazania źródła pochodzenia tej substancji. Mimo że czasami całokształt okoliczności wskazuje na ten brak celowości.

Zakres tych poszukiwań tak się rozszerza, że czasami jest wręcz niemożliwe, by temu wszystkiemu sprostać. My, prawnicy, mamy opracowaną pełną metodologię, czyli co krok po kroku trzeba robić, by sobie z tym poradzić. Ale od determinacji, możliwości finansowych i wiary w końcowy sukces klienta zależy, czy przejdziemy ten cały proces. Zawsze powtarzam klientom, że tu – tak jak w sporcie – trzeba walczyć do końca. Pan Mikołaj i jego żona, mimo wielu bardzo trudnych momentów i chwil załamania, nie poddali się w tej walce, która zajęła nam wiele miesięcy.

Pamięta pan moment, w którym wydawali się być bardzo bliscy rezygnacji?

- Takie momenty zwykle następują, gdy badania kolejnych leków i suplementów nie wykazują zanieczyszczenia i w tym przypadku nie było inaczej. Zwłaszcza gdy ustaliliśmy już, że przyjmowany przez pana Mikołaja lek był przygotowany na tej samej linii produkcyjnej co leki zawierające modafinil. I że pan Januchowski brał nie tylko ten sam lek, ale też z tej samej serii. Państwo Sawiccy poszukiwali go w aptekach na terenie całej Polski. My również. Wszystkie dostępne na rynku opakowania, których było niewiele, zostały wykupione i przebadane. Gdy okazało się, że nie są zanieczyszczone, to nastąpił ów krytyczny moment. Wszystko inne było już sprawdzone pod tym kątem wcześniej.

Wskazał pan na bolączki założenia, że to sportowiec musi udowodnić niewinność. Uważa pan, że ciężar dowodu powinien zostać przeniesiony na organy antydopingowe?

- Wtedy pewnie zrobiłby się taki problem, że organizacje antydopingowe nie byłyby w stanie wykazać winy w wielu przypadkach. To założenie systemu antydopingowego dotyczące ciężaru dowodu po stronie sportowca obowiązuje już od 30 lat i to się nie zmieni. Chyba że zostanie zakwestionowane w oparciu o postanowienia Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Kwestia ta jest obecnie żywo dyskutowana przez prawników sportowych, szczególnie na gruncie jej art. 6 ust. 2, dotyczących standardów rzetelnego postępowania w sprawach o charakterze karnym – zakresu zastosowania zasady domniemania niewinności oraz ciężaru i standardu dowodzenia z nią związanych. W przepisach antydopingowych zasada domniemania niewinności nie obowiązuje. Nie sądzę, by to się zmieniło, ale uważam, że można czy wręcz powinno się dokonać pewnych modyfikacji w zakresie rozkładu ciężaru dowodu. Np. w takim przypadku jak nasz, gdy wykazaliśmy błąd analityczny laboratorium. Zgodnie z artykułem 3.2 przepisów antydopingowych ciężar dowodu przechodził na POLADA - ona wówczas powinna wykazać, że to nie ten błąd był przyczyną pozytywnego wyniku badania. POLADA w ogóle tego tematu nie podjęła. Jej przedstawiciele nie byliby w stanie tego tu wykazać i w tym momencie sprawa powinna zostać zakończona. POLADA natomiast zażądała ponownego badania próbki, by poszukiwać dalszej szansy.

Warto odnotować również np. głosy z organizacji reprezentujących sportowców, by w sytuacji, kiedy stężenie danej substancji jest poniżej pewnego progu, ciężar dowodu przechodził na organizację antydopingową. Żeby to ona musiała wtedy wykazywać, że to nie jest zanieczyszczenie, tylko celowe przyjmowanie dopingu. Na razie jednak ten pomysł nie został wzięty pod uwagę, bo to by powodowało dużo większy wysiłek dla organizacji antydopingowych. W mojej ocenie dysponują one jednak i odpowiednimi zasobami ludzkimi, i dużymi środkami finansowymi, by to na nich spoczywał obowiązek przedstawienia tej dodatkowej ekspertyzy. Chciałbym, żeby ten system był sprawiedliwszy. Żeby ci, którzy nie biorą dopingu, nie byli tu ofiarami, a często tak się dzieje. Żeby dobro ogółu w postaci walki z dopingiem i nieuczciwymi sportowcami jednak nie przekreślało całkowicie praw jednostki. Wszakże jednym z fundamentów systemów prawnych zachodniej cywilizacji jest założenie – lepiej uniewinnić dziesięciu winnych, aniżeli skazać jednego niewinnego.

Czy kiedykolwiek przyszedł do pana sportowiec, który od razu przyznał, że brał zakazaną substancję i chce tylko walczyć o redukcję kary? Czy zawsze na początku klient twierdzi, że jest niewinny i świadomie niczego nie przyjmował?

- Pierwsze pytanie, które zawsze zadaję klientowi, brzmi: "Czy brał pan substancję, która znajdowała się w pana próbce?". I zawsze proszę o uczciwą i zgodną z prawdą odpowiedź. Oczywiście, jesteśmy związani tajemnicą zawodową, ale nigdy nie miałem w swojej praktyce do czynienia ze sportowcem, który powiedział, że przyjął daną substancję. Chyba że chodziło o przyjmowanie leku w ramach zaordynowanej przez lekarza terapii i brak było wystąpienia z wnioskiem o wyłączenie dla celów terapeutycznych. Sportowiec, który świadomie stosował doping, zawsze może kalkulować, czy warto podejmować w ogóle walkę i wydawać dużo pieniędzy, skoro sam wie, że jest winny. Są natomiast przypadki, gdy zawodnik po fakcie dowiaduje się, że np. w toku leczenia brał lekarstwo, które zawierało substancję zabronioną.

Po sprawie Mikołaja Sawickiego pański telefon mocno się rozgrzał?

- Tak, choć nigdy nie narzekałem na nadmierny spokój w tym obszarze. Ostatnimi czasy dzwonili zwłaszcza sportowcy, którzy twierdzą i są przekonani, że nie brali substancji zabronionej, ale nie byli w stanie wykazać, jak trafiła ona do ich organizmu i zostali skazani. Są rozgoryczeni i zastanawiają się, co można było zrobić inaczej, lepiej. Jednak przy zakończonych sprawach możliwości działania są zazwyczaj bardzo ograniczone proceduralnie, by nie powiedzieć wyłączone.

Uważa pan, że sprawa Sawickiego może wpłynąć na zmianę przepisów antydopingowych? W Polsce była precedensem.

- Zmiany przepisów odbywają się na poziomie międzynarodowym i jest to bardzo złożony proces, w skład którego wchodzi wiele konsultacji z udziałem m.in. przedstawicieli rządów i organizacji antydopingowych. Analizowane jest wtedy przede wszystkim orzecznictwo CAS i interpretacja przepisów. Na tej podstawie przepisy bywają liberalizowane lub zaostrzane. Ta sprawa nie wpłynie raczej na ich zmianę, bo to błąd analityczny. Jest przewidziana procedura, jak w tego typu sytuacjach się reaguje. Przy kwestionowaniu wiarygodności naukowej metody analitycznej najpierw należy zgłosić takie zastrzeżenie do WADA, a ta ma 10 dni na przystąpienie do sprawy. W naszym przypadku początkowo się na to nie zdecydowała. Po kilku tygodniach przysłano jednak pismo, w którym składające się z naukowców antydopingowych ciało eksperckie WADA stwierdziło, że rzeczywiście doszło do błędu w tej procedurze i przyznano nam rację.

Czyli o ile w kraju ta sprawa była głośna, to w świecie nie należy się spodziewać jej mocniejszego echa?

- Echo na pewno będzie, bo takie błędy w akredytowanych laboratoriach nie są częste. Pojawią się pewnie na ten temat artykuły naukowe lub popularnonaukowe. Na krajowym podwórku wydźwięk będzie taki, jak już wspominałem – wszyscy będą bardziej dociekliwie podchodzili do wyników badań laboratorium w Warszawie. Przewodniczący składu orzekającego PD I Instancji Tomasz Rutkowski powiedział, że to sprawa jedna na milion, mając na myśli, że to bardzo rzadki błąd. Ja dodałbym może, że bardzo rzadko taki błąd jest stwierdzany, co nie oznacza, że bardzo rzadko występuje. Jeśli nie jest się wystarczająco dociekliwym w sprawdzaniu metod analitycznych, to się go nie wykryje. Może było i będzie więcej tego typu błędów, ale nigdy się o nich nie dowiemy.

Chciałbym przy tym wspomnieć o edukacji w zakresie antydopingu. Moim zdaniem jest ona zdecydowanie na niewystarczającym poziomie. POLADA ma w tym zakresie ustawowy obowiązek i stara się go realizować, ale wydaje mi się, że jej zakres powinien być zdecydowanie większy. Wielu sportowców nigdy nie miało styczności z systemem antydopingowym. Nigdy nie miało żadnego szkolenia i nie ma głębszej wiedzy na ten temat. A to system bardzo złożony. Często wskazuję młodym sportowcom lub ich rodzicom, na co powinni zwracać uwagę, czego się obawiać itd. Bo potem dochodzi do ludzkich dramatów, szczególnie u młodych ludzi. Taka czteroletnia dyskwalifikacja to de facto wyeliminowanie ze sportu na zawsze. Zwłaszcza w dyscyplinach zespołowych. Edukacja jest tutaj niezwykle istotna, a obecnie zdecydowanie niewystarczająca.

Na podstawie rozmów z osobami ze środowiska sportowego można odnieść wrażenie, że odpowiedzialność w tym zakresie trochę się rozmywa. Związki odsyłają zwykle do klubów, a kluby do związków i samych zawodników.

- Znając polskie realia, to potrzebne byłyby pewnie odpowiednie rozwiązania ustawowe nakazujące zadbać o to związkom sportowym w odpowiednim wymiarze. Bo one zwykle jak czegoś nie muszą, to nie robią. Nie chodzi tu o jedno szkolenie podczas zgrupowania kadry między treningami, ale by ci sportowcy mogli zdobyć systematyczną wiedzę i przyswoili sobie pewną metodologię postępowania. Jak powinni się zachowywać, co im wolno, czego nie wolno, a co jest ryzykowne. Bardzo ważny jest obowiązek przechowywania wszystkich leków i suplementów diety, które się bierze. Po zużyciu leku wyrzucamy opakowanie, a sportowiec musi zostawić zawsze jedną tabletkę oraz zapisać serię i termin zażycia. Te obowiązki są często uciążliwe, ale niezbędne, by potem móc skutecznie sportowca obronić.

Bywa chyba też tak, że sami sportowcy nie przywiązują zbyt dużej wagi do tego, by prewencyjnie interesować się tym tematem.

- Zgadza się, ale jeżeli się im nie zaproponuje edukacji w odpowiednim zakresie, to trudno o inne nastawienie. Sam byłem profesjonalnym sportowcem i wiem, jak to jest – w trakcie kariery człowiek jest skupiony przede wszystkim na tym, by jak najlepiej wypaść na boisku, gdyż tego przede wszystkim wszyscy od niego oczekują, a nie zawsze myśli wystarczająco wiele o innych kwestiach okołosportowych, czy życiowych. Na pewno przy okazji sprawy pana Sawickiego wielu siatkarzy, czy sportowców w ogóle, zaczęło szukać na własną rękę, chociażby w internecie, informacji o systemie antydopingowym oraz swoich prawach i obowiązkach. Jednak to fachowe szkolenia przeprowadzone przez specjalistów są kluczowe, by wiedza mogła zostać gruntownie nabyta i utrwalona. Być może odnotowanie znaczenia organizacji zawodniczych na gruncie ustawowym i powierzenie im pewnych kompetencji także w tym względzie okazałoby się pomocne. Na pewno do takich organizacji sportowcy mieliby największe zaufanie, że należycie dbają o ich interesy, w tym w zakresie edukacji dopingowej.

Akurat sprawa pana Mikołaja była dość złożona, ale w wielu wypadkach, gdy np. sportowiec dostaje lek zawierający substancję zabronioną w ramach uzasadnionego procesu leczenia, jest to kwestia wystąpienia o wyłączenie dla celów terapeutycznych. Lekarze tego często nie wiedzą, a sportowcy są często przekonani, że przyjmowanie leków przepisanych przez lekarza automatycznie zwalnia od ewentualnej odpowiedzialności. Wydaje się, że POLADA – z uwagi na swoją pozycję – mogłaby zaproponować prawodawcy, aby w zakresie edukacji lekarzy zadbać też o kwestie dotyczące dopingu. By ci potrafili chociażby wskazać na odpowiednią procedurę, posiadać elementarną wiedzę w tym zakresie. Skoro na opakowaniach papierosów jest informacja, że szkodzą zdrowiu, to czemu na opakowaniu leku nie możemy dodać informacji, że zawiera on substancję zabronioną? By sportowcom i osobom z nimi pracującym zasygnalizować w ten sposób: "Uwaga". Tego typu działania na przedpolu są istotne, by potem nie dochodziło do dramatycznych sytuacji rzutujących negatywnie na kariery czy nawet na życie sportowców.

W kwestii edukacji prawników - o ile ktoś nie interesuje się tematyką dopingową i samodzielnie nie zdobywa wiedzy z tego zakresu, to ani studiach, ani tym bardziej na aplikacji wiedzy takiej najpewniej nie zdobędzie. Oczywiście na uniwersytetach pojawiają się wykłady czy programy studiów podyplomowych dotyczących prawa sportowego, którego prawo antydopingowe jest istotną częścią. Ale nadal pozostają one raczej niszowe. Widziałem w wielu przypadkach, że nawet najlepsi prawnicy, którzy mają bogate ogólne doświadczenie i dużą wiedzę, przy postępowaniach dopingowych podejmują niewłaściwe decyzje, ponieważ nie znają specyfiki tego systemu. A pod względem prawnym jest to system wyjątkowy, łączący rozwiązania charakterystyczne dla prawa prywatnego, prawa publicznego, w tym karnego oraz sięgający po instytucje znane rożnym porządkom prawnym, tak państw systemu prawa kontynentalnego, jak i anglosaskiego. Dlatego uważam, że ta edukacja powinna mieć szerszy wymiar i obejmować nie tylko samych sportowców, sztaby trenerskie, ale też lekarzy i prawników.

Czyli wszystkie elementy układanki.

Tak. Wydaje się, że te zmiany w dość szerokim zakresie są możliwe do przeprowadzenia. Przy dobrej woli i współdziałaniu wszystkich zainteresowanych ten system mógłby być zdecydowanie przyjaźniejszy dla sportowców. Wówczas byłoby też zdecydowanie mniej ludzkich dramatów.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...