W piątek Polacy po raz pierwszy od 17 lat przegrali mecz o stawkę z reprezentacją Japonii, a w niedzielę po dwóch partiach byli blisko pierwszej w historii porażki w takim spotkaniu z Ukraińcami. Ostatecznie do niej nie doszło, bo w najważniejszym momencie zareagowali odpowiednio na bolączki, przez które przegrali dwa poprzednie spotkania Ligi Narodów w tym tygodniu. Choć trzeba przyznać, że pod koniec pomogli im w tym też rywale.
Po jednej stronie na ławce trenerskiej Nikola Grbić, pod wodzą którego Biało-Czerwoni od czterech lat z każdej imprezy o stawkę wracają z medalem, a po drugiej Raul Lozano, który 20 lat temu mocno przyczynił się do przełomu w naszej siatkówce skutkującego potem złotymi czasami. W niedzielę triumfował Serb prowadzący wiceliderów światowego rankingu, ale zwycięstwo nad 16. w tym zestawieniu reprezentacją Ukrainy nie przyszło łatwo.
Od początku było wiadomo, że to będzie trudne spotkanie. Nawet mimo nieobecności w składzie rywali największej gwiazdy, czyli Oleha Płotnickiego, przyjmującego włoskiej Perugii. Znany z PGE Projektu Warszawa Jurij Semeniuk i atakujący występującego w PlusLidze Barkomu Każany Lwów Wasyl Tupczij wraz z kolegami początkowo boleśnie obnażali słabości brązowych medalistów mistrzostw świata. Tak, jak w czwartek zrobili to Słoweńcy, a dzień później Japończycy. Występujący w mocno rezerwowym składzie Biało-Czerwoni po raz trzeci z rzędu zdołali doprowadzić do tie-breaka, którego jednak tym razem wygrali.
To, co działo się z Polakami w pierwszych dwóch odsłonach w tym ostatnim spotkaniu, można opisać jednym słowem – niemoc. A zapowiedzią wielkich kłopotów były już pierwsze akcje, po których rywale odskoczyli na 3:0. Po bloku Bartosza Firszta na Tupcziju na tablicy wyników pojawił się jeszcze remis 8:8, ale wyrównana walka trwała bardzo krótko. Potem bowiem znów Biało-Czerwoni mieli ogromne problemy ze skończeniem ataku i mylili się często na zagrywce. Grbić zwracał uwagę na ogromną różnicę w agresji w polu serwisowym. Szkoleniowiec apelował, by zawodnicy obrali sobie cel i potem mocno posłali tam piłkę. Jego apel jednak nie zdał się na nic.
Serb próbował też zmian – za Bartosza Gomułkę wprowadził na ataku Aleksieja Nasewicza, który pokazał się z bardzo dobrej strony w pojedynku z Japonią. Chwilę potem mającego duże kłopoty kapitana Aleksandra Śliwkę zastąpił na przyjęciu Michał Gierżot. Ale i to nie zmieniło zbytnio obrazu gry. Rywale mieli komfort dobrego przyjęcia i korzystali z tego, notując efektowne ataki z pipe’a (atak z drugiej linii ze środka boiska) i pewnie zamykając inauguracyjną odsłonę.
W drugiej Grbić od razu zaczął modyfikować skład. Na parkiecie został Gierżot, a za Jakuba Majchrzaka na środku pojawił się Szymon Jakubiszak. Dobrze było przez chwilę – Polacy po raz pierwszy w tym meczu prowadzili przy stanie 9:8. Zaraz potem jednak wróciły kłopoty. Szkoleniowiec w pewnym momencie wymienił niemal cały skład. Sięgnął nawet po 19-letniego przyjmującego Bartosza Zycha. Ale błędów wciąż było o wiele za dużo. W ataku mylił się nawet wcześniej bardzo skuteczny w tym elemencie środkowy Bartłomiej Lemański. Tylko w tej odsłonie Biało-Czerwoni aż 12 pkt sami sprezentowali przeciwnikom.
Serb już sam nie wiedział, co robić. Podczas przerwy w pewnym momencie rzucił z uśmiechem do zawodników: "Spróbujmy innej taktyki. Musimy zmienić mentalność. Grajcie siatkówkę, bawcie się". Ale zamiast zabawy na parkiecie była stypa. Jedynym jasnym punktem w zespole był libero Maksymilian Granieczny, a to było zdecydowanie za mało, by postawić się wówczas Ukraińcom.
Przełom przyszedł, gdy Polacy byli już pod ścianą, przegrywając 0:2 w setach. Do Graniecznego dołączyli wreszcie koledzy. Daleko było jeszcze od ideału, bo wciąż przytrafiały im się błędy, które nie powinny mieć miejsca, ale było ich już mniej. Poprawa skuteczności systemu blok – obrona, a do tego lepsza efektywność w ataku sprawiły, że ożywili się też miejscowi kibice dopingujący Biało-Czerwonych. A najwięcej radości dawał im w ofensywie Nasewicz, który zaczął wchodzić na podobny poziom jak dwa dni wcześniej. Niedzielny występ zakończył z 19 pkt na koncie.
Grbić podczas przerw w trzeciej i czwartej partii mógł się więc już skupić na przypominaniu swoich zawodnikom założeń taktycznych. W pewnym momencie popisał się też intuicją - wprowadzony na zagrywkę Majchrzak posłał w ważnym momencie asa.
Coraz częstszymi pomyłkami swojej drużyny denerwował się z kolei Lozano. Doświadczony szkoleniowiec z Argentyny jeszcze bardziej złościł się w tie-breaku, gdy jego zespół co chwilę psuł zagrywki, podcinając sobie skrzydła. Biało-Czerwoni tej szansy nie zmarnowali, odnosząc wyszarpane i cenne zwycięstwo.
Polacy wracają teraz do kraju i zostaną w nim dłużej, ponieważ drugi turniej LN rozegrają u siebie. W dniach 24-28 czerwca będą rywalizować w Gliwicach. Pewnym jest, że Grbić dokona wielu zmian w składzie, choć najmocniejszego zestawienia należy się spodziewać dopiero na trzeci turniej, na który wicemistrzowie olimpijscy udadzą się do USA.