Leon nie wytrzymał po finale PlusLigi. Dopiero po 24 godzinach coś się zmieniło

Agnieszka Niedziałek
Wystarczył rzut oka podczas ceremonii medalowej, aby dostrzec spore rozczarowanie Wilfredo Leona po zdobyciu wicemistrzostwa Polski. Zmieniło się to nieco dopiero po ponad 24 godzinach. Siatkarze z Lublina mimo ogromnych problemów zdrowotnych byli bliscy niemożliwego, czyli zdobycia historycznej potrójnej korony.
Bogdanka LUK Lublin
Bogdanka LUK Lublin

Niektórzy żartują, że znów dała o sobie znać "srebrna klątwa" Stephane'a Antigi. Francuski trener, który w 2014 roku zdobył z reprezentacją mistrzostwo świata, przez kolejne sześć lat kolekcjonował ligowe srebra. Serię tę przerwał w nietypowych okolicznościach rok temu, jako szkoleniowiec siatkarek Developresu Rzeszów (dołączył do drużyny przed fazą play-off). Po powrocie do męskiej rywalizacji, z broniącą tytułu Bogdanką LUK Lublin znów wylądował na drugim stopniu podium. Ale jeszcze kilka miesięcy temu mało kto się spodziewał, że wspólnie będą w stanie w ogóle dotrzeć do finału.

Zobacz wideo Marcin Komenda: "Uważam, że zrobiliśmy dobrą robotę"

Na uśmiech Leona trzeba było czekać ponad 24 godziny

10 maja 2025 roku doszło do sensacji. Bogdanka w zaledwie czwartym sezonie występów w PlusLidze wywalczyła złoto, pokonując faworyzowany Aluron CMC Wartę Zawiercie. Dokładnie rok później te same drużyny znów zmierzyły się w finale, ale tym razem – na maksymalnym dystansie pięciu meczów – drużyna z Lublina musiała obejść się smakiem. Jej sytuacja była jednak teraz zupełnie inna – dwóch z czterech głównych bohaterów sprzed roku przeważnie przymusowo obserwowało tylko z boku grających kolegów. Tym, co się nie zmieniło, była wielka waleczność zawodników Bogdanki i fakt, że Wilfredo Leon próbował niekiedy niemal w pojedynkę wygrać mecz. Choć sam od jakiegoś już czasu grał z uszkodzoną ręką.

Kibice siatkarscy dobrze znają już zasadę, jaką kieruje się Leon – "liczy się tylko złoto". Za odstępstwo można tu uznać wicemistrzostwo olimpijskie sprzed dwóch lat. Po wywalczeniu srebrnego krążka w Paryżu uznawany przez niektórych za najlepszego siatkarza świata przyjmujący wydawał się od razu doceniać jego wartość. W końcu Biało-Czerwoni przerwali wówczas słynną klątwę ćwierćfinału, z którą męczyli się od igrzysk w Atenach w 2004 roku. Teraz, po srebrze PlusLigi, 32-latek wrócił do swojej zasady.

Tuż po ostatniej piłce przegranego 1:3 decydującego meczu był zły, że jego drużynie nie udało się kontynuować akcji. Po wejściu na podium z neutralnym wyrazem twarzy bił brawo, dziękując grupie kibiców Bogdanki, która przyjechała do Sosnowca (tam Aluron gra domowe mecze play-off).

Potem zamiast udzielać wywiadów, jak to było rok temu, dość szybko udał się do szatni. W niej – jak wynika z filmów zamieszczonych w sieci przez klub – świętował z kolegami, ale wciąż nie było u niego widać uśmiechu. Sam w mediach społecznościowych, jako podpis do swojego poważnego zdjęcia z krążkiem, umieścił tylko emotikonę symbolizującą srebrny medal. Uśmiech pojawił się u niego dopiero w poniedziałkowy wieczór – gdy robił sobie zdjęcie z resztą drużyny i kibicami, którzy przyszli w Lublinie na uroczyste zakończenie sezonu.

Gdyby zapytać MVP mistrzostw Europy 2023, czy dla niego niedzielny wynik to "tylko", czy "aż" drugie miejsce, pewnie wskazałby na pierwszą opcję. Przynajmniej na razie. Nie jest w tym odosobniony. - Na razie jest trochę goryczki, sportowej złości, że nie udało się obronić tytułu. Będziemy potrzebować trochę czasu, by to srebro jeszcze lepiej smakowało – mówi Sport.pl Kewin Sasak.

Niemoc bohatera Bogdanki. Antiga został bez atakującego

Atakujący reprezentacji Polski przyznaje, że apetyt jego i jego kolegów rozbudził fakt, że w tym sezonie – mimo sporych problemów kadrowych – zdobyli wcześniej Superpuchar Polski i Puchar Polski. To, iż w finale PlusLigi doszło aż do pięciu meczów, z jednej strony jest dla niego potwierdzeniem charakteru drużyny, a z drugiej dodatkowo pogłębia ból, że złoto przeszło koło nosa. Tym bardziej że wygrywali w finałowej serii 2-1, a w czwartym spotkaniu – rozgrywanym u siebie – zmarnowali szansę na prowadzenie 2:1 w setach (przegrali 1:3).

Sasak rok temu nie tylko miał wielki udział w zdobyciu przez Bogdankę mistrzostwa Polski, ale też potem z bardzo dobrej strony pokazał się jako debiutant w kadrze. Ostatnie rozgrywki klubowe zaczęły się dla niego bardzo udanie, ale potem pojawiły się kłopoty z barkiem. Były na tyle poważne, że w pewnym momencie rozważano operację. Finalnie obyło się bez interwencji chirurgicznej, ale i tak atakujący zaliczył dłuższą przerwę. Pod koniec sezonu pojawiał się już głównie na krótkich zmianach, a najważniejsze mecze oglądał z perspektywy kwadratu dla rezerwowych.

- Było mi z tym trudno, ale Mateusz Malinowski grał niesamowite zawody, więc nie trzeba było wchodzić i ratować sytuacji. Ale czułem pewną niemoc. Mój nominalny zmiennik grał dobrze, więc zmiany na pozycji nie trzeba było, a w przyjęciu nie mogłem chłopakom pomóc. Na pewno nie było to miłe, bo chciałem ich wesprzeć. Byłem do dyspozycji trenera, by pomóc chłopakom w każdym elemencie, w jakim było to potrzebne i możliwe - wspomina 29-latek.

Fakt, w fazie pucharowej Malinowski prezentował się bardzo dobrze. Był jednak taki okres, kiedy Antiga nie miał do dyspozycji żadnego z atakujących, bo 34-letniemu "Malinie"  we znaki dawały się kłopoty z plecami. Do tego stopnia, że rozważał nie tylko operację, ale nawet zakończenie kariery. Wówczas szkoleniowiec przesuwał na atak awaryjnie przyjmującego Hilira Henno.

Wielki nieobecny Sawicki. Leon grał z uszkodzoną ręką

To był tylko niewielki wycinek problemów obrońców tytułu w rozgrywkach 2025/26. Od początku musieli sobie radzić bez innego kluczowego gracza z poprzedniego sezonu – Mikołaja Sawickiego. Przyjmujący 30 maja został tymczasowo zawieszony po pozytywnym wyniku testu na obecność dopingu. Dopiero na początku marca przywrócono mu możliwość treningów z drużyną, a w połowie kwietnia potwierdzono finalnie, że doszło do błędu laboratorium i siatkarz jest niewinny. Dość szybko Antiga zaczął go wpuszczać na zagrywkę, która jest jego dużym atutem, ale oczywistym było, że na powrót do pełni formy mającego za sobą wielomiesięczną przymusową przerwę w grze gracza trzeba będzie dłużej poczekać.

Nieco dłużej Sawicki zaprezentował się w ostatnim meczu finału. Tego wymagała sytuacja, bo Kanadyjczyk Jackson Young zmagał się z urazem, a mający też jakieś nieznane dokładnie dolegliwości Henno opuścił całą rywalizację o złoto. Brak Sawickiego odczuł też mocniej w tym sezonie – w związku z limitami obcokrajowców - Leon. W poprzednim dostał na początku czas na regenerację od ówczesnego trenera Massimo Bottiego, co zaowocowało jego popisowymi występami w kluczowej części zmagań. Teraz Antiga stawiał na niego niemal cały czas. Lider zespołu w fazie play-off grał praktycznie bez przerwy, nawet mimo pęknięcia kości w lewej ręce.

To wciąż nie koniec perturbacji zdrowotnych Bogdanki, które na dobre zaczęły się w grudniu. Kontuzji palca, która wykluczyła go na dłuższy czas, doznał kanadyjski środkowy Daenan Gyimah. Z różnymi dolegliwościami mierzyło się też kilku innych siatkarzy.

- Sam nie wiem, ile konfiguracji składu przerobiliśmy. Był czas, gdy nie mieliśmy żadnego atakującego, przez chwilę grał drugi rozgrywający, urazy mieli przyjmujący. Tak naprawdę przez cały czas zdrowi byli tylko trzej środkowi. Mieliśmy bardzo mało treningów w pełnym 14-osobowym składzie. Pracowaliśmy tak, jak tylko mogliśmy, ale łatwo nie było – opowiada grupce dziennikarzy Antiga.

Kapitan nie szuka usprawiedliwienia. Limit pecha wyczerpany?

Będący kapitanem Marcin Komenda też nie kryje, że problemów zdrowotnych drużyna z Lublina miała sporo, ale zaznacza, że nie można ich traktować jako usprawiedliwienie.

- Nie można się tym tłumaczyć. Robiliśmy, co mogliśmy, by ten medal wywalczyć i ja to srebro doceniam. Uważam, że za nami bardzo dobry sezon. Mamy bardzo wymagającą ligę, a my - mimo tych przeciwności losu - zajęliśmy w niej drugie miejsce. Drugi finał z rzędu to duży wyczyn. Zapewniliśmy sobie też ponowny występ w Lidze Mistrzów. Nie da się wszystkiego wygrywać, a zdobyliśmy dwa trofea – wylicza rozgrywający reprezentacji Polski.

Antidze wyraźnie szkoda, że jego zespołowi nie udało się wywalczyć historycznej potrójnej korony. Jest jednak zgodny z zawodnikami – Zawiercianie swoją grą w tym sezonie zasłużyli na pierwsze mistrzostwo Polski.

Jedynymi rozgrywkami, z którymi w tym sezonie Bogdanka pożegnała się przed finałem, była Liga Mistrzów. Po efektownym przejściu przez fazę grupową w ćwierćfinałowym dwumeczu nie sprostała PGE Projektowi Warszawa. Stołeczny zespół świetnie wykorzystał wszystkie ówczesne słabości rywala. Ekipa z Lublina zrewanżowała się mu zaraz potem, w półfinale PlusLigi. A awans do Final Four tych prestiżowych europejskich pucharów odkłada sobie jako cel na przyszły sezon. Kibicom pozostaje liczyć, że w nim drugi raz z rzędu tak wielkiego pecha pod kątem problemów zdrowotnych nie będzie.

Agnieszka Niedziałek
Więcej o: