To triumf z kategorii tych, o które nie pyta się "czy?", tylko "kiedy?". Widać było, że Aluron CMC Warta konsekwentnie się wzmacnia - finansowo i sportowo. Kwestią czasu wydawał się moment, gdy przyniesie to efekt w postaci mistrzostwa Polski. Zawiercianie doczekali się go po przy trzeciej próbie, balansując w tym sezonie kilkakrotnie na cienkiej linii oddzielającej wyczekiwany sukces i wielkie rozczarowanie.
"Sukces rodzi się w bólach" - to powiedzenie słyszeliśmy w sporcie tyle razy, że już dawno nam spowszedniało. Użył go też w rozmowie ze mną w niedzielę mistrzostwa Polski Bartłomiej Bołądź. Jako opis tego, co się działo przez ostatnie pół roku z zespołem z Zawiercia, nadaje się ono idealnie. Zacięta pięciomeczowa rywalizacja w finale PlusLigi z broniącą tytułu Bogdanką LUK Lublin była bowiem tylko zwieńczeniem trudnej drogi.
Sukces Zawiercian rodził się też stopniowo w oparciu o wielkie pieniądze i pozyskiwanie kolejnych gwiazd. Klub zarządzany od 2012 r. przez Kryspina Barana już od pewnego czasu należy do krajowej czołówki pod kątem budżetu i osoby ze środowiska siatkarskiego z wymownym uśmiechem kwitowały zawsze oficjalne informacje, jakby plasował się pod tym względem bliżej środka stawki. Pomoc w ściąganiu wielkich nazwisk mieli zapewniać dodatkowo sponsorzy. Choćby w 2023 r., gdy pozyskano będącego już wówczas filarem reprezentacji Polski Mateusza Bieńka. Nieoficjalnie w kuluarach krążyła wtedy suma 1,6 mln zł za sezon, co w przypadku środkowych i PlusLigi było wtedy bardzo, ale to bardzo atrakcyjną opcją.
Rok wcześniej klub zatrudnił Michała Winiarskiego i przyjmującego Bartosza Kwolka. Właśnie oni w połączeniu z Bieńkiem w ostatnich latach byli twarzami coraz potężniejszego zespołu, z którym cała trójka pozostanie związana też w kolejnych latach (wszyscy w minionym lub obecnym sezonie podpisali długoterminowe umowy). Władze klubu zyskały uznanie stylem budowy drużyny. Unikały niebezpiecznych rewolucji, a regularnie starały się wzmacniać skład. Czasem stawiały na hity transferowe - za taki uznaje się choćby pozyskanie dwa lata temu słynnego amerykańskiego przyjmującego Aarona Russella. Nosem działacze wykazali się też, stawiając na mniej znanych swego czasu portugalskiego rozgrywającego Miguela Tavaresa i australijskiego libero Luke’a Perry’ego, którzy okazali się ważnymi elementami zespołu. Nie przestraszyli się też rubryki "wiek" i dwa lata temu ściągnęli środkowego Jurija Gladyra, który teraz – w wieku niemal 42 lat - miał znaczący wkład w sukces drużyny.
Kierownictwo klubu wyciągało też wnioski. W poprzednim sezonie zaczęły się dawać we znaki kłopoty związane z limitem obcokrajowców, ale teraz sytuacja była nieco łatwiejsza, bo Perry'ego zastąpił Jakub Popiwczak. By zaś jak najbardziej zadbać o prewencję urazów rok temu zatrudniono trenera przygotowania fizycznego Andrzeja Zahorskiego, który w poprzednich rozgrywkach zbierał wielkie pochwały za pracę z drużyną z Lublina.
Efekty działań z ostatnich lat zaowocowały m.in. zdobyciem w 2024 r. Pucharu Polski i Superpucharu Polski. W kolejnym sezonie doszło drugie miejsce w Lidze Mistrzów. Wciąż jednak klubowi z Zawiercia brakowało mistrzostwa Polski. Dwa lata temu przegrał finał z Jastrzębskim Węglem, a następnie niespodziewanie z Bogdanką. Ostatnie mecze ubiegłorocznych zmagań przymusowo z powodu kontuzji zza band reklamowych obserwowali Gladyr i będący podstawowym atakujący Karol Butryn.
W pewnym momencie mogła się pojawić obawa, czy i tym razem w decydującej części sezonu ekipie Winiarskiego nie zabraknie sił. Władze klubu postanowiły bowiem, by do intensywnego kalendarza łączącego występy w PlusLidze, PP i LM dorzucić jeszcze klubowe mistrzostwa świata. Z powodu grudniowego wylotu do Brazylii Zawiercianie zaliczyli więc w tamtym okresie bezlitosny maraton, ponieważ ścieśniono ich mecze ligowe. Po raz pierwszy bardziej wymiernie paliwa zabrakło im, gdy sensacyjnie przegrali półfinał KMŚ. Po powrocie z brązowym medalem z tego turnieju zaliczyli inny bolesny cios, ponosząc porażkę w ćwierćfinale PP.
Bołądź brak awansu do turnieju finałowego PP nazywa gongiem, po którym drużyna się odbudowała. - Mieliśmy czas na trening. Na przemyślenie, co trzeba poprawić i myślę, że to też potem zrobiliśmy. Wciąż pokazujemy, że się poprawiamy – analizował wicemistrz olimpijski z Paryża.
Zaprzeczył, gdy spytałam, czy nie miał obaw, że drużyna może zapłacić jeszcze wyższą cenę za tamto bardzo intensywne granie.
- Starałem się o tym nie myśleć. Wiadomo, troszkę zapłaciliśmy, ale też wracając do tamtego momentu, nic bym nie zmienił. Przywieźliśmy stamtąd medal. A najważniejsze, że wróciliśmy w najważniejszym momencie sezonu na odpowiedni poziom - podsumował atakujący.
Jeszcze dalej, wspominając grudniowy kryzys, w rozmowie z grupą dziennikarzy poszedł Winiarski.
- Myślę, że to było chyba najlepsze, co nam się przytrafiło. Bo mistrzów poznaje się nie po tym, jak grają dobrze, tylko po tym, jak cierpią. Ten pierwszy miesiąc po KMŚ przepracowaliśmy z taką ogromną złością, ale też motywacją. Uważam, że ten moment nas zbudował w tym sezonie. To, co się potem stało, było efektem naszej naprawdę bardzo dobrej gry, ale też konsekwencją tego, co się wydarzyło wcześniej - wskazał mistrz świata z 2014 roku, który został teraz pierwszym od 11 lat polskich szkoleniowcem triumfującym w PlusLidze.
Jego zespół zajął pierwsze miejsce na koniec fazy zasadniczej, ale w pucharowej znów zaliczył pewne perturbacje. Dopiero w trzecim meczu rozstrzygnął rywalizację ćwierćfinałową (w niej grało się do dwóch zwycięstw), a w finale zaczął od efektownego zwycięstwa 3:0, po którym przyszły niespodziewanie dwie porażki z rzędu.
- To, co wydarzyło się w niedzielę, było warte cierpienia, którego doświadczyliśmy w tym sezonie. Takie złoto smakuje dwa razy bardziej. Jeszcze wywalczone w piątym meczu, u siebie. Po raz kolejny odrodziliśmy się trochę jak feniks z popiołów – podkreślał słynny "Winiar".
Spytany o trudne i przełomowe momenty zdradził też coś, o czym wcześniej nie mówił. W okresie walki w ćwierćfinale MP z Zaksą Kędzierzyn-Koźle jego drużyna zmagała się na większą skalę z wirusem.
- Przed decydującym meczem jeszcze kilku zawodników nie było w pełni dyspozycji, a mimo to wyciągnęliśmy ten mecz. W finale też prowadziliśmy 1-0 i w pewnym sensie medale zostały nam zawieszone na szyjach. Po części sami je sobie zawiesiliśmy, a po dwóch kolejnych meczach je zdjęliśmy i zaczęliśmy grę w siatkówkę – analizował niespełna 43-letni szkoleniowiec.
Winiarski nie chciał rozmawiać z dziennikarzami zaraz po ceremonii medalowej – tłumaczył, że potrzebuje chwili, by ochłonąć. Do niedawna łączył pracę w Zawierciu z prowadzeniem reprezentacji Niemiec. W ubiegłym roku zrezygnował z tej drugiej posady, by poświęcić więcej czasu rodzinie. To właśnie żonie, dzieciom i siostrze zadedykował na antenie Polsatu Sport wywalczone w niedzielę mistrzostwo. U jego siostry - Joanny Winiarskiej-Belter, byłej siatkarki – kilka lat temu zdiagnozowano raka piersi.
- Ma do rozegrania trudniejszy mecz niż ten niedzielny i wierzę, że go wygra – zakończył wzruszający przekaz utytułowany w przeszłości zawodnik.
Jako główny trener pracuje od siedmiu lat (wcześniej przez dwa był asystentem). Pierwsze mistrzostwo Polski w obecnej roli zdobył dokładnie 15 lat po trzecim i ostatnim takim tytule wywalczonym jako siatkarz.
- Praca trenera całkowicie różni się od bycia zawodnikiem. Powiem szczerze, że ten medal smakuje trochę jak mistrzostwo świata. Emocje, które temu towarzyszą, to, co się dzieje w czasie meczu, obserwowanie dynamiki grupy, odpowiadanie za tę grupę i wykonywanie dużej pracy, po części też psychologicznej, to ogromna satysfakcja - przyznał "Winiar".
W trakcie tej finałowej rywalizacji kilkakrotnie opowiadał też o procesie decyzyjnym i reagowaniu na wydarzenia na parkiecie. W poprzednich latach w decydującej fazie rywalizacji liderem jego zespołu był zawsze Kwolek. Tym razem w finałowych meczach przyjmujący nie radził sobie dobrze. Sam potem żartował z dziennikarzami, że jeśli zawsze ma zdobywać mistrzostwo Polski (dla niego pierwsze w karierze), gdy gra słabo, to bierze taki scenariusz w ciemno. Winiarski nie rezygnował z niego zarówno w poprzednich meczach finału, jak i w niedzielę. W dwóch ostatnich spotkaniach się opłaciło, bo w pewnym momencie zaczął sobie lepiej radzić.
- Trener często coś czuje i na tej podstawie podejmuje decyzje. Raz nie robi zmian i jest tym najgorszym, a czasem trzyma na parkiecie zawodnika i daje to dobry wynik. To mistrzostwo jednak nie jest efektem pracy tylko tych, którzy zaprezentowali się w niedzielę. To zasługa całej drużyny. Miałem najsilniejszy zespół w mojej przygodzie trenerskiej, jeżeli chodzi o całą czternastkę. Poziom treningu był u nas naprawdę wysoki i to, że byliśmy do takich rzeczy przygotowani, to też zasługa zawodników, którzy nie błyszczeli teraz na parkiecie – podsumował Winiarski.
Pierwszoplanowe role w ofensywie w rywalizacji finałowej w jego zespole odegrali Russell i Bołądź. Amerykański przyjmujący rok temu w finale nie prezentował pełni możliwości z powodu kłopotów zdrowotnych, ale teraz błyszczał już w pełnej krasie. Atakujący reprezentacji Polski z kolei potwierdził, że zasłużył na miejsce w tak mocnym zespole jak ten z Zawiercia. We wcześniejszej części sezonu, gdy miał kłopoty, to niektórzy w środowisku zaczęli to kwestionować.
Bołądź to – obok Kwolka – przedstawiciel spore grupy siatkarzy z Zawiercia, którzy po raz pierwszy w karierze zdobyli teraz mistrzostwo Polski. Najkrócej na ponowny taki sukces czekali Gladyr i Popwiczak, którzy dwa lata temu fetowali go w barwach Jastrzębskiego Węgla. Mający na koncie wiele cennych osiągnięć Bieniek czekał zaś aż siedem lat. Teraz wszyscy zamiast długo celebrować we wtorek wrócą już do treningów – przed nimi jeszcze weekendowy występ w Final Four LM w Turynie. Żaden z siatkarzy tej drużyny jeszcze nie triumfował w tych prestiżowych europejskich rozgrywkach. Winiarski dokonał tego jako zawodnik raz, w 2009 r.
O ile już w tym sezonie Zawiercianie w oczach wielu byli głównym faworytem w PlusLidze, to w przyszłym mogą być prawdziwym hegemonem. W październiku ogłoszono, że sponsorem klubu został Orlen, a nieco później pojawiły się nieoficjalne informacje o dołączeniu w kolejnym sezonie dwóch wielkich gwiazd reprezentacji Polski – środkowego Jakuba Kochanowskiego i przyjmującego Tomasza Fornala. W środowisku niektórzy czasem zastanawiają się, czy stężenie wielkich gwiazd w Zawierciu nie będzie wtedy zbyt duże. I nie wynika to z rozmiarów tamtejszej hali, która jest warunkowa dopuszczana przez ligę (mecze LM i fazy play off PlusLigi rozgrywane są w Sosnowcu). Jeśli jednak uda się pogodzić ambicje (tłok szykuje się na przyjęciu, bo poza Kwolkiem zostać ma też Russell) i charaktery, to wydaje się, że jesienią już nawet pytanie o termin zdobycia drugiego w historii mistrzostwa Polski Zawiercian może być uznawane za retoryczne.