Sport.pl +

Najbardziej osobisty wywiad z Grbiciem. Takiego trenera Polacy jeszcze nie poznali

Agnieszka Niedziałek
Nikola Grbić
Grzegorz Misiak/Press Focus

- Poczułem, jakby ktoś zdjął z moich pleców 50-kilogramowy plecak - mówi Nikola Grbić, opisując pomoc psycholożki dotyczącą jego relacji z matką. W długim i szczerym wywiadzie dla Sport.pl trener polskich siatkarzy pokazuje wiele twarzy. Niektórych z nich kibice Biało-Czerwonych nie mieli okazji wcześniej poznać.

Mam już za sobą kilka długich wywiadów z Nikolą Grbiciem o siatkówce. Tym razem przez około dwie godziny rozmawialiśmy z trenerem reprezentacji Polski w taki sposób, że siatkówka była tylko wątkiem pobocznym. Mowa jest zaś m.in. o: kursie na Uniwersytecie Stanforda, relacjach z rodzicami i synami, doświadczeniach związanych z wojną i ich wpływie na dalsze życie, dumie i pewności siebie, płaczu, przywiązaniu do telefonu, lekcjach tańca towarzyskiego i rozpoznawalności w nietypowych miejscach.

Agnieszka Niedziałek: Gdy rozmawialiśmy w kwietniu, na kilka dni przed ogłoszeniem tegorocznych powołań do reprezentacji Polski, był pan świeżo po powrocie z USA. Jaki był cel tej podróży?

Nikola Grbić: Byłem na kursie dotyczącym umiejętności przywódczych na Uniwersytecie Stanforda.

Brał pan już wcześniej udział w tego typu kursach, które nie są bezpośrednio związane z siatkówką?

- To był pierwszy raz. Wśród 65 uczestników byłem jedynym przedstawicielem świata sportu. Inni reprezentowali np. branże AI, HR, bankowość, teatr, ale też firmy zajmujące się wyprowadzaniem psów. Byliśmy więc z różnych środowisk, ale elementem wspólnym było pełnienie funkcji kierowniczych. Pierwszy raz miałem okazję spojrzeć na dane zagadnienia pod każdym możliwym kątem. Bo mamy podobne problemy, biorąc na siebie odpowiedzialność i organizując pracę z innymi osobami.

Sam też ma pan już za sobą wystąpienia przed osobami spoza środowiska siatkarskiego. Ile ich już było i jak się pan czuł w tej roli?

- Zacząłem po ubiegłorocznych mistrzostwach świata i do kwietnia miałem siedem bądź osiem takich spotkań. Nie nazwałbym tego mowami motywacyjnymi. To były bardziej prezentacje o tym, jak stworzyć z odnoszących sukcesy osób zespół, by ten osiągał wspólny cel, wydajnie funkcjonować przy dużym stresie czy utrzymywać poziom, by regularnie notować sukcesy. Odbywały się z udziałem różnych firm i bardzo różnych liczbowo grup. Czasem było to 30 osób, a czasem nawet 300. To świetne nowe doświadczenie dla mnie, naprawdę przydatne. Miałem sporo informacji zwrotnej, dużo rozmów po tych prezentacjach. Dzięki temu, że inni podchodzili i dzielili się swoją opinią, mogę dokonywać poprawek, by lepiej prezentować swoje pomysły i komunikować się z odbiorcami tych wystąpień. Sprawia mi to frajdę.

Zobacz wideo Łukasz Piszczek ambasadorem Sport.pl+!

Rok temu Kamil Semeniuk opowiadał mi, że on z kolei miałby frajdę, gdyby pan przyszedł na jego wesele. Ale nie pojawił się pan.

- "Semen" zaprosił mnie i moją żonę, ale ona była wówczas w USA – towarzyszyła mojemu synowi, który szykował się do pierwszego roku nauki w Penn State. Następnego dnia po tym weselu mieliśmy trening, więc sam też byłem wtedy zajęty. Poza tym nie byłem także na ślubie Marcina Janusza, Olka Śliwki, Kuby Kochanowskiego czy kogokolwiek innego. Jest w porządku, jeśli zawodnik zaprasza z takiej okazji przyjaciół i ludzi, z którymi pracował w klubie, ale ja jestem wciąż trenerem reprezentacji kraju.

Ma pan zasadę, by nie przekraczać takiej granicy?

- To nie jest może jakaś reguła, ale po prostu uważam, że musimy zachować w naszej relacji rozgraniczenie na to, że ja jestem trenerem, a oni zawodnikami. Uwielbiam tych chłopaków i mam wielką frajdę z pracy z nimi. Darzymy się wielkim szacunkiem, to moje najlepsze doświadczenie zawodowe w karierze. Ale ze względu na charakter naszej pracy nie możemy być też zbyt blisko.

Semeniuk żartobliwie mówił mi, że nie mógłby wymarzyć sobie lepszego prezentu ślubnego niż widok pana tańczącego na środku parkietu podczas jego wesela. Chyba dobrze wiedział, jakie byłyby szanse na ziszczenie się takiego scenariusza.

- Ja tańczący? Absolutnie nie. Chociaż jako nastolatek brałem lekcje tańca towarzyskiego. Naprawdę.

Z własnej woli, czy mama pana wysłała?

- Dorastałem w małej wiosce z 2,5 tys. mieszkańców. Była tam jedna szkoła podstawowa, której dyrektorem był mój ojciec. Któregoś dnia pojawiła się możliwość nauki różnych tańców. Byłem po prostu ciekawy, a mama mnie zachęcała, by spróbować. Celem jednak nie było zostanie tancerzem, ani robienie furory na czyimś weselu. Nauczyłem się kroków, ale - szczerze mówiąc - teraz już ich nie pamiętam. Nie jestem typem tańczącej osoby. Gdy byłem młodszy, nie chodziłem zbytnio na dyskoteki itp. A jeśli już, byłem raczej tylko obserwatorem.

Przy celebrowaniu sukcesów zawodowych zwykle jest chyba tak samo, prawda? Przeważnie trzyma się pan wtedy z boku.

- Niestety tak. Nie wiem, czy to forma introwertyzmu, choć nie sądzę, bym ogółem był introwertykiem. Ale są takie chwile, kiedy naprawdę lubię pobyć trochę sam. Zauważyłem to już wielokrotnie. Przykładowo, po finale olimpijskim w Paryżu zorganizowano świętowanie naszego medalu w Domu Polskim z różnymi osobami. Wyszedłem na zewnątrz, po drugiej stronie budynku, gdzie nie było nikogo. Naprawdę potrzebowałem wtedy czasu dla siebie.

Przez trzy lata nad naszymi głowami wisiał ten wielki ciężar. Przygotowywaliśmy się do tego i - niestety - przydarzyły się nam kontuzje. To nie wymówka, i tak osiągnęliśmy niesamowity wynik. To był przecież pierwszy olimpijski medal dla Polski w siatkówce po prawie 50 latach. Wiem, że większość chłopaków była wtedy naprawdę podekscytowana. Ale zauważyłem już, że kiedy turniej się kończy, nie jestem gościem, który pójdzie potem świętować. Tak samo było, gdy trzy lata temu zdobyliśmy mistrzostwo Europy i w minionym sezonie w Chinach, po wygraniu Ligi Narodów. W tym sensie wolę samotność. Nie jestem też osobą, która szuka nowych znajomości. Lubię towarzystwo tych, których już znam. Jeśli to czyni ze mnie skrytą osobę lub introwertyka, niech tak będzie. Z pewnością nie ogłaszam co chwilę na Instagramie, gdzie jestem i co robię.

Do serwisów społecznościowych przejdziemy za chwilę. Jakimi przymiotnikami by pan scharakteryzował samego siebie?

- [po krótkim namyśle] Szczery, ciężko pracujący, ceniący prywatność. Ile określeń potrzebujemy?

Niełatwo opisywać samego siebie?

- Tak, to trudne. Wolę, gdy inni to robią. Uważam, że jestem szczery i zawsze staram się być prawdomówny, kiedy rozmawiam z innymi. Czasem mówię za dużo. Muszę się nauczyć, by pewne rzeczy zostawiać dla siebie. Wychodzę z założenia, że każdy jest szczery i wszyscy są w porządku. Że nikt nie wykorzysta informacji, którą się z nim podzieliłem, przeciwko mnie lub nie zrobi nic złego. Nie chodzi mi o to, by coś ukrywać, ale pewne rzeczy rzeczywiście zachować dla siebie.

Zgodzi się pan ze stwierdzeniem, że jest pewny siebie?

- Tak. Choć powiedziałbym, że dotyczy to siatkówki. Uważam, że wiem o niej dużo, wiele przeżyłem. Miałem naprawdę długą karierę zawodniczą, a teraz wykorzystuję to, by pomagać moim graczom. Uczę się też jako trener. Łącznie mam za sobą kilka dekad funkcjonowania w siatkówce. Przerobiłem wiele sytuacji w klubie i reprezentacji - łącznie z kontuzjami, operacjami, zwolnieniem, nieprzedłużeniem kontraktu. To wszystko pozwoliło mi nauczyć się mojego fachu. Zatem: tak, jeśli mowa o siatkówce, jestem bardzo pewny siebie.

W innych dziedzinach jest inaczej. Jeśli nie mam zbyt dużej wiedzy w jakimś zakresie, to nigdy nie próbuję udawać, że jest inaczej. Staram się znać wtedy swoje miejsce w szeregu i nie chcę dyskutować o rzeczach, na których się dobrze nie znam. Przykładowo, posiadane przeze mnie informacje na temat światowej polityki pomagają mi kształtować moją opinię na dany temat, ale jestem w pełni świadomy, że nie wszystkie informacje do mnie docierają. Nie pójdę więc do telewizji i nie będę o tym dyskutował. Czasem widzę jak np. piosenkarze czy osoby o innych profesjach biorą udział w debatach politycznych, choć też nie mają w tym zakresie szerokiej wiedzy. Możemy rozmawiać o czym chcemy, ja też mam swoją opinię na poszczególne tematy. Ale publicznie wypowiadam swoje zdaniem na tematy siatkarskie i bazuję tu na rzeczach, w które mocno wierzę. Oczywiście, czasem trzeba się adaptować – w zależności od zespołu, posiadanych zawodników czy warunków pracy - ale są pewne zasady, co do których jestem naprawdę pewien.

Uważa pan, że ogółem sportowcy i trenerzy nie powinni komentować ważnych spraw politycznych czy społecznych?

- Uważam, że to niebezpieczne - możesz zostać wykorzystany jako narzędzie w czyichś rękach. Spotkało to w przeszłości moją reprezentację, gdy byłem zawodnikiem. Można też dostrzec, że wiele osób robi to również obecnie. Tacy ludzie mają gdzieś, jak to wpłynie na sytuację. Należy też rozróżnić pewne rzeczy - jeśli ktoś mieszka w danym miejscu, łatwiej gromadzić więcej informacji o sprawie. Rozmawia się o niej, czyta się gazety z głosami wszystkich stron, śledzi się, co pojawia się w serwisach społecznościowych. Tymczasem proszę sobie wyobrazić, że ktoś pyta mnie o konflikt Izrael – Palestyna lub Rosja – Ukraina i ja, jako trener reprezentacji Polski, zaczynam go komentować…

Ale pojawiają się też argumenty, że znane postacie sportowe są obserwowane przez wiele osób i mogą dzięki temu zwrócić uwagę opinii publicznej na ważne zagadnienie czy problem.

- Wciąż uważam to za niebezpieczne. Mogę być swego rodzaju influencerem i myślałem o tym, by być bardziej aktywnym pod tym kątem. Ale powtórzę – jestem ekspertem siatkarskim. Mogę opublikować coś dotyczącego moich doświadczeń, co może być interesujące i pożyteczne jako nauka dla wielu osób. Mogą to być informacje dotyczące np. podejścia, mentalności, pracy. Żeby zaś mówić np. o sytuacji kobiet w Afryce czy dzieci w dowolnym zakątku świata, trzeba mieć wiele informacji, których mi brakuje. To by wymagało ode mnie, by usiąść i się tego wszystkiego dowiedzieć. A z całym szacunkiem, ale nie mam na to czasu.

A w serwisach społecznościowych nie jestem aktywny z prostego powodu – też nie mam na to czasu. Po pierwsze, nie znam się na tym wszystkim. Nawet jak kiedyś ktoś mi pokazał, jak się coś publikuje, to zaraz potem zapomniałem, jak to się robiło. Do tego dochodzą różnego rodzaju interakcje. Musisz wszystko czytać, co ktoś pisze i komentować, odpowiadać.

Nie musi pan reagować na wpisy innych…

- Wiem, ale nigdy raczej nie kończy się na publikowaniu treści. Zawsze jest coś jeszcze. Zawsze jest to ryzyko, a w sieci jest wiele negatywnych osób. I dlatego głównie czytam tylko newsy.

W jakich serwisach społecznościowych ma pan konto?

- X, czyli dawniej Twitter, Facebook i Instagram. Konto na tym ostatnim było potrzebne synowi, pod kątem gry komputerowej. Ktoś może więc pomyśleć, że to ja gram, ale to mój syn.

Nie wiem, czy ktoś podejrzewa pana o granie, ale podczas wizyt na meczach polskiej ligi bardzo często kamery pokazują pana wpatrzonego w telefon.

- Ale jeśli ktoś mnie spyta, to jestem w stanie opisać każdą akcję meczu. Bo kamera zwykle pokazuje mnie podczas przerw, między wymianami i setami. Wtedy rzeczywiście często patrzę na telefon i dostaję bardzo wiele wiadomości typu: "Daj spokój, zostaw już ten telefon" (śmiech).

Jest pan uzależniony?

- Szczerze przyznaję, że korzystam z niego aż za dużo. To niesamowite, bo dorastałem bez niego, ale niemal nie pamiętam już, jak się wtedy funkcjonowało. Z dostępem do Internetu możesz dotrzeć wszędzie, wystarczy wpisać adres. Nie potrzebujesz już pytać innych o drogę czy papierowej mapy. Dostajesz też informacje o utrudnieniach, więc możesz wybrać alternatywną trasę. Do tego poczta mailowa, media społecznościowe i możliwość, by po prostu zadzwonić do kogoś, kto jest na drugim końcu świata. Telefon jest też bardzo przydatny w pracy i załatwianiu przeróżnych spraw związanych z przesyłaniem dokumentów. Wszystkie potrzebne dokumenty mam w telefonie i mogę je w dowolnej chwili komuś wysłać. Jestem w kontakcie z wieloma osobami z całego świata i załatwiam różne sprawy. Tylko czasem wymaga to, by usiąść przed komputerem. Mógłbym jednak mniej korzystać z telefonu…

Jak długo jest pan w stanie wytrzymać bez sięgania po to urządzenie?

- Kilka godzin. Ale powtórzę – jestem w kontakcie z wieloma osobami. W trakcie sezonu to np. inni trenerzy, którzy chcą przyjść na nasz trening, ludzie proszący o bilety, dziennikarze. I tak każdego dnia. Do tego dochodzą grupy w komunikatorach – z członkami sztabu, z przedstawicielami federacji, z lekarzami. Niemożliwym jest wtedy, bym nie miał stale telefonu w kieszeni. Ale poza sezonem korzystam z niego za dużo, przeglądając głównie Internet i tracąc w ten sposób czas. Korzystanie z tego sporadycznie jest OK, ale mógłbym to ograniczyć.

Na koncie na portalu X ma pan opis "ojciec, mąż, brat, syn, trener siatkówki". Czy ta kolejność oddaje hierarchię na liście pana priorytetów?

- Finalnie poukładałem to w ten sposób i mniej więcej pokazuje to kwestię priorytetów. Nie mógłbym nie być ojcem czy bratem, po prostu nim jestem. A mógłbym być kimś innym niż trenerem. Nie mówię, że zmieniłbym chętnie zawód, czy to zrobię…

O to też chciałam spytać. Czy jest pan w stanie wyobrazić sobie siebie w innej roli zawodowej niż trener siatkówki?

- Sport towarzyszył mi od małego. Jako dziecko miałem frajdę z gry w piłkę nożną. Cieszyła mnie każda forma rywalizacji, której nigdy wokół mnie nie brakowało. W pewnym momencie mój ojciec – miałem wtedy 14 czy 15 lat – uznał, że powinienem zająć się siatkówką. Oczywiście, nie miałem pojęcia, że dotrę w niej do miejsca, w którym jestem. Ale też mam takie nastawienie, że jak już się za coś biorę, to skupiam się na tym w 100 procentach. Takie też podejście staram się przekazać swoim dzieciom i zawodnikom – jeśli coś robisz, to dawaj z siebie wszystko, inaczej tracisz czas. Mnie tego nauczyli rodzice. Może jednym z powodów, dlaczego nie jestem aktywny w mediach społecznościowych jest to, że wiem, jak wiele pracy by mnie kosztowało, gdybym chciał to robić dobrze. Dlatego nawet nie idę w tym kierunku.

Mogę zacząć robić coś innego. Są przykłady osób, które kiedyś były dobre w jednej dziedzinie, a potem całkowicie zmieniły profesję i odnosiły sukces również w tej drugiej. Uważam, że odniósłbym go dzięki cechom, które posiadam - konsekwencji, dyscyplinie, ciężkiej pracy, chęci uczenia się. Jestem dość inteligentny - nie jestem Einsteinem, ale potrafię przyswajać wiedzę. Sądzę, że jeśli zdecyduję się coś zrobić, mógłbym odnieść sukces. Nie twierdzę, że jeśli zacznę np. od biznesu, to będę najlepszym biznesmenem. Ale myślę, że odniósłbym pewien sukces dzięki wspomnianym cechom. Współpracę z moją psycholożką zacząłem, gdy byłem jeszcze zawodnikiem. Rozmawialiśmy kiedyś o tym, co robić po zakończeniu kariery i powiedziała: "Osiągnąłeś tak duży sukces w siatkówce jako zawodnik i nie byłoby mądrym wybrać coś zupełnie innego. Włożyłeś tyle wysiłku, czasu, nauki w siatkówkę, że to nie powinno być coś całkiem innego". Dlatego cieszą mnie też te moje prezentacje dla różnych firm, o których mówiłem na początku. Wychodzę poprzez to trochę ze środowiska siatkarskiego, ale jednocześnie bazuję na doświadczeniu zdobytym w nim. Sam czerpałem od wielu trenerów – nie tylko siatkarskich - i starałem się tę wiedzę adaptować do mojej sytuacji.

Wielokrotnie opowiadał pan, że zamiłowanie do ciężkiej pracy i dyscypliny zaszczepił w panu ojciec, który był bardzo wymagający. Jak pan wykorzystuje to doświadczenie w odniesieniu do synów? Stara się zrównoważyć surowe podejście okazywaniem wsparcia?

- Zdecydowanie. Nie jestem moim ojcem, nie mam takiego charakteru jak on. Z perspektywy czasu też wiem, że w pewnych sprawach nie miał racji. Uważam również, że każdy musi pewne rzeczy zrobić po swojemu. To samo tyczy się nawet pewnych ćwiczeń podejrzanych u świetnych szkoleniowców. Samo ich wprowadzenie nie sprawi, że też będziesz świetnym trenerem. Musisz rozumieć, dlaczego dane ćwiczenie jest wykonywane i jak jest wykonywane.

Mój ojciec miał pewne surowe zasady, bo sam tak był nauczony. Jego wychowanie było dużo surowsze niż moje. Dyscyplina przekazywana jest w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Teraz ja staram się przekazać ją moim dzieciom, ale nie poprzez stosowanie kar, a naleganie. Pokazuję im, co trzeba zrobić, by osiągnąć to, czego chcą. I że jeśli nie zrobią tego, co jest ich obowiązkiem, to ja nie zrobię tego za nich, a oni nie dostaną tego, czego chcą. Poruszam ten temat także w swojej prezentacji, gdzie cały czas tłumaczę ogromną różnicę między motywacją a dyscypliną. Mówiąc w dużym skrócie, pierwsza ma efekt krótkotrwały, a druga długotrwały. Motywacja pojawia się, gdy np. w ramach postanowienia noworocznego chcesz schudnąć 20 kg, kupujesz karnet na siłownię, ale po pewnych czasie wracasz do starych nawyków. O dyscyplinie mogą opowiedzieć choćby Michael Phelps czy Mike Tyson – wykonujesz coś codziennie niezależnie od tego, czy masz na to ochotę, czy nie.

Dlatego też mówię, że osiągnąłbym sukces niezależnie od tego, co bym robił. Bo kiedy decyduję się coś robić, to wkładam w to ogrom wysiłku, daję z siebie wszystko, by się czegoś nauczyć, poświęcać temu czas każdego dnia i ciężko pracować. W takim wypadku jest niemożliwe, by nie mieć pewnego rodzaju sukcesu. Powtórzę, nie mówię, że byłby w czymś najlepszy, ale niemożliwym jest, by z takim podejściem nie osiągnąć pewnego poziomu. Tego staram się nauczyć synów i jestem pewien, że na razie tego do końca nie rozumieją. Ja też nie rozumiałem swego czasu pewnych działań mojego ojca, a niektóre wciąż są dla mnie zagadką.

Uważa pan siebie za surowego rodzica?

- Nie. Jestem surowy w odniesieniu do sytuacji, które uważam za niezbędne, by synowie nauczyli się i byli lepiej przygotowani na dorosłe życie, które wiąże się z odpowiedzialnością. Przykładowo, mój syn przeskrobał raz coś w szkole średniej, sądząc, że robi przysługę kolegom. Przyznał się do tego mi i żonie. Powiedziałem mu, że pójdę z nim do szkoły i ma porozmawiać z niczego nieświadomym nauczycielem, przyznać się do tego, co zrobił, przeprosić i obiecać, że to się więcej nie powtórzy. Chciałem go zawstydzić, ale nie na oczach wszystkich. Chciałem jednak, by miał nauczkę i zrozumiał, że uczciwy człowiek przyznaje się do swojego błędu nawet wtedy, kiedy inni nie są świadomi jego popełnienia. Jednocześnie powiedziałem synowi, że niezależnie od konsekwencji, jakie go spotkają za to w szkole, będziemy go wspierać i nie będzie w tym sam. Ale też dodałem, że musi zaakceptować ewentualną karę, jeśli taka będzie, bo na tym polega życie. Finalnie nie poniósł w szkole żadnych konsekwencji, nauczyciel docenił szczerość i uznał, że nie było to poważne przewinienie.

W ramach dyscypliny wymagamy zawsze, by synowie codziennie rano po przebudzeniu ścielili łóżko i myli zęby. Kilka razy odsyłałem ich z samochodu, by to nadrobili i dopiero potem odwoziłem ich do szkoły. Samo ścielenie łóżka nie zmieni twojego życia, ale chodziło o stworzenie nawyku wykonywania jakiejś czynności każdego ranka. I nie ma znaczenia, czy im się ona podobała, czy nie.

Ucieszył się pan, gdy obaj zaczęli okazywać zainteresowanie siatkówką? Czy wolałby pan, by wybrali inną drogę?

- Zależało nam z żoną, by uprawiali jakiś sport. Co prawda wiele rzeczy się zmieniło od czasów, kiedy grałem i trenowałem, ale wciąż uważam, że sport uczy wielu wartościowych rzeczy pod kątem dorosłego życia. Dzielenia się, pomagania koledze z drużyny, życia w grupie, wspólnego przeżywania porażek i celebrowania zwycięstw, mierzenia się razem z trudnościami. Daje możliwość poznania wielu nowych osób i nawiązania przyjaźni. Uczysz się poświęcać czas i energię z dala od ukochanych osób, by zrobić coś ważnego. Uważam to za cenne lekcje. Trudno mi się odnieść do wpływu sportu indywidualnego, bo sam zawsze uprawiałem sporty drużynowe i sądzę, że uczą one pod tym względem znacznie więcej. Powtarzam synom, że zawsze im pomogę w odniesieniu do różnych wyzwań związanych z uprawianiem sportu. Np. z radzeniem sobie z trudnymi sytuacjami, cierpieniem w ciszy, gdy czasem trener cię nie zauważa i nie dostajesz szansy. Mogę im też dać z siebie wszystko, by nauczyć ich właściwej techniki, ale powtarzam im również, że jeśli następnego dnia postanowią skończyć z siatkówką, to niczego to nie zmieni w naszych relacjach.

Sądzi pan, że wybrali akurat ten sport tylko ze względu na pana?

- Myślę, że głównie z mojego powodu. Mój ojciec także był siatkarzem i rozmawialiśmy o tym z psycholożką, gdy mieliśmy z bratem już w dorobku brązowy medal olimpijski w Atlancie i wicemistrzostwo świata. Można powiedzieć, że przebiliśmy już wówczas dokonania ojca. Psycholożka spytała wtedy, które zwycięstwo uważam za najważniejsze i bez chwili namysłu wskazałem uzyskanie kwalifikacji olimpijskiej. Wyjaśniła mi, że to dlatego, że obaj z ojcem zdobyliśmy np. brązowy medal mistrzostw Europy, ale on nigdy nie wystąpił w igrzyskach. Dlatego w momencie awansu na nie poczułem się lepszy niż on. Wytłumaczyła mi też, że dla każdego syna ważne jest wyprzedzenie ojca i dlatego wielu z nich idzie zawodowo w ślady rodzica. Jeśli u moich synów zadziała ta reguła, to będą mieli trudne zadanie, bo wygrałem dużo jako zawodnik (uśmiech). Sam nie miałbym żadnego problemu z tym, gdyby przebili moje dokonania. Życzę im tego z całego serca. Ale u nich to nie był raczej główny powód chęci gry w siatkówkę.

Kilkakrotnie wspomniał pan o psycholożce. Wydaje się być ważną postacią w pańskim życiu.

- Zaczęło się to, gdy miałem 27 lat i było jak powiew świeżego powietrza. Wychowanie dzieci nie jest idealne, bo my – rodzice – popełniamy wiele błędów, o których nie wiemy, dopóki nie jest za późno lub dopóki dzieci nie dostrzegą ich same. Niestety, czasem dochodzi do patologicznych sytuacji i one zostawiają ślad. Dzieci są jak czyste płótno, na którym rodzice malują swoimi zachowaniami, przekazywanymi wartościami, wszystkim. Dzieci przejmują więc pewne schematy, które czasem nie są do końca dobre i towarzyszą im potem w życiu. Uważam, że każdy z nas ma jakieś problemy. Może nie ogromne, ale coś do naprawienia.

Psycholożka bardzo mi pomogła pod kątem kilku relacji. Dzięki niej zrozumiałam pewne rzeczy i poczułem wewnętrzny spokój. Czasem uznajemy, że czyjeś zachowanie jest naszą winą, kiedy wcale tak nie jest. Gdy psycholożka mi to wyjaśniła, to poczułem jakby ktoś zdjął z moich pleców 50-kilogramowy plecak. Opowiadam o tym zawodnikom, przyjaciołom i każdemu, z kim jestem na tyle blisko, by mu pomóc. Mi to pomogło. Wspominam też o tym w swoich prezentacjach, bo pomogło mi to także jako zawodnikowi. Oczywiście, to kwestia indywidualna. Niektórzy są powściągliwi w takich sprawach i mówią: "Przecież nie zwariowałem. Z takiej pomocy korzystają tylko szaleńcy". Ale tak absolutnie nie jest.

Początkowo miał pan problem, by skorzystać z takiej pomocy?

- Nie.

Pytam, bo opowiadał pan kiedyś, że Serbowie z natury zwykle noszą maski i mocno kontrolują emocje.

- Zgadza się. Moi rodzice wychowali się w tym samym regionie i byli nauczeni, by nie okazywać emocji. Tak to wyglądało w ich otoczeniu. Pewien psycholog, z którym o tym rozmawiałem, powiedział mi, że rodzice traktują swoje dzieci tak surowo jak natura traktowała ich, ponieważ chcą przygotować je do życia, jakie je czeka. Moi mieli problem z wyrażaniem emocji i wpływało to na nasze relacje. Nie miałem możliwości zapytać, co czuli. Musiałem sobie wyobrazić, co moja matka miała na myśli. Jeśli przykładowo była zmęczona lub smutna, to winiłem za to siebie. Myślałem: "Musiałem zrobić coś, co sprawiło, że ona tak się czuje". Nigdy nie spytałem, co się stało itd. A ona nigdy nie przyszła do mnie i mi tego nie wytłumaczyła ani nic nie powiedziała. Tworzyłem więc w swoim umyśle różne rzeczy i dopiero psycholożka mi wyjaśniła, że to nie miało nic wspólnego ze mną, że to były sprawy mojej mamy. Że prawdopodobnie mierzyła się z własnymi demonami w swojej głowie. Dla mnie to było wielkie odkrycie, bo wcześniej długo myślałem, że to ja byłem powodem jej smutku poprzez samo swoje istnienie.

Nic dziwnego, że poczuł pan, jakby zdjęto mu wtedy 50-kilogramowy plecak.

- Wiele się wtedy nauczyłem o sobie, ale też ogółem o życiu. Ta psycholożka naprawdę bardzo mi pomogła. To było moje drugie podejście, pierwsze nie poszło dobrze. Przekonałem się, że psychologowie posługują się różnymi technikami. Przy pierwszej próbie stosowana technika miała dać efekty znacznie później, a mi zależało na szybszych rezultatach.

Chciałam zapytać jeszcze o inny trudny aspekt. O nim trochę już pan mówił w przeszłości. Mam na myśli doświadczenia związane z wojną na Bałkanach.

- Działania z początku lat 90. toczyły się nie na terenie Serbii, a w Bośni i Chorwacji. Ucierpiały wtedy rodzinne strony moich rodziców. Po domu, w którym urodził się i wychował ojciec, zostały tylko ruiny. W 1999 roku bombardowano strategiczne punkty, a nie ulice i miejsca z cywilami, ofiar było stosunkowo niedużo. Ale to nie znaczy, że to było w porządku. To było okrucieństwo. Naprawdę nie rozumiem, jak to możliwe, że bez zgody ONZ i społeczności międzynarodowej, można zbombardować suwerenne państwo, by zabrać mu część terytorium. Kosowo było częścią Serbii zanim odkryto Amerykę… Dlatego nie lubię rozmawiać o polityce. Gdy spojrzy się na najnowszą historię, to Serbowie zawsze byli przedstawiani jako ci źli. Byliśmy oskarżani o wiele rzeczy, ale nigdy nie wszczęliśmy wojny, by przejąć czyjeś terytorium. Zawsze broniliśmy tylko swojego. To inni atakowali, a to nas przedstawiano tak, jakbyśmy chcieli stworzyć wielką Serbię. Nie mówię, że jesteśmy najlepszą nacją na świecie i że nigdy nie zrobiliśmy niczego głupiego, ale myślę, że nie więcej i nie mniej niż inni dookoła. Nie uważam więc, by przedstawianie nas zawsze jako tych złych było sprawiedliwe.

Dostał pan wtedy broń do ręki?

- Gdy trwały kilkudniowe bombardowania, to wielu z nas, kadrowiczów, grało już we Włoszech i innych krajach. Zastanawialiśmy się wtedy, co robić. Powiedziano nam, że lepiej, byśmy zostali tam, gdzie byliśmy, udzielali wywiadów i starali się opowiadać o tym, jak ta historia wygląda od naszej strony. Że wtedy pomożemy znacznie bardziej niż siedząc w ojczyźnie i strzelając w niebo, bo bomby przelatywały 10000 metrów nad głowami i nie można było nic z tym zrobić. Jeśli byłeś wtedy kontuzjowany, to brałeś udział w szkoleniu wojskowym dotyczącym broni. Przechodziłem je w 1994 roku, gdy trwała jeszcze wojna w Bośni i Chorwacji. Uczono nas wówczas, jak rozkładać i składać broń, jak ją czyścić i jak strzelać. Ale to nie tak, że nas przygotowywano na udział w wojnie. To był po prostu normalny element, którego uczą podczas szkolenia militarnego.

Jakie miał pan myśli, gdy przyszło wtedy do strzelania?

- Robiłem to wszystko ze świadomością, że nigdy tej broni realnie nie użyję i że to po prostu strata czasu. To było 11 miesięcy mojego życia, na których koniec z niecierpliwością czekałem.

Czy to całe doświadczenie sprawiło, że obawia się pan w przyszłości styczności z kolejną wojną?

- Cóż, kiedy codziennie ogląda się wiadomości, to cały czas gdzieś toczy się wojna. I będą wybuchać kolejne, ponieważ strach jest najlepszą metodą, by kontrolować ludzi. Nie wiadomo, jak długo potrwają takie działania militarne i nieraz nie wiadomo, dlaczego w ogóle zostały wszczęte. Czasem w pewnym momencie nagle nastaje cisza i nikt nie wie, co będzie dalej. To rzeczy, które są ponad nami i o których nie wiemy. Strach staje się wtedy bezużyteczny, bo żeby mieć informacje, to trzeba mieć do nich dostęp. A jeśli masz ten dostęp, to trzeba pamiętać, że to pewni ludzie kontrolują to, czego się dowiesz. Jako jednostka wielokrotnie czujesz się więc bezsilny, gdy potem dowiadujesz się różnych rzeczy.

Niczego się pan nie obawia?

- Nie, nie. Chodziło mi tylko o to, że strach niczego nie zmieni.

Czego się więc pan boi?

- Boję się jedynie o moje dzieci i bliskich. Oczywiście, mam zmartwienia, ale strach jest irracjonalny, bo dotyczy rzeczy, które w 95 procentach nigdy się nie wydarzą. To problem, z którym staram się uporać.

Wrócę jeszcze na chwilę do wątku wojny na Bałkanach. Czy w związku z nią pan lub pana bliscy doświadczyli np. głodu?

- Nie. To był trudny czas, ale osobiście się z tym nie mierzyłem. Na początkowym etapie wojny w Bośni i Chorwacji grałem w Vojvodinie i sponsorem klubu był jeden z tych ludzi, który w trudnych czasach radzi sobie bardzo dobrze. Nie wiem, co i jak wtedy robił, ale miał mnóstwo pieniędzy. Dla zobrazowania sytuacji – moi rodzice pracujący w szkole jako nauczyciele dostawali wówczas miesięcznie pensję równowartości 2,5 niemieckich marek, a ja 250.

Obserwowanie ekonomicznych skutków wojny, które uderzyły innych, wpłynęły na pana podejście do spraw finansowych?

- Dało mi to perspektywę dotyczącą tego, jak kruche są pewne rzeczy i jak bardzo muszę polegać na sobie w tym zakresie. Myślałem już wtedy o potrzebie zapewnienia w przyszłości bytu własnej rodzinie, której wówczas jeszcze nie miałem.

Teraz jest pan finansowo na etapie, że - pod kątem wydatków związanych z codziennym życiem - jedynie może pracować, ale już nie musi?

- Nie jestem milionerem, ale tak, mógłbym teraz nie pracować. W trakcie kariery zawodniczej inwestowałem zarobione pieniądze, bo nie wiedziałem, co się będzie ze mną działo po zakończeniu grania. Moja matka kładła na ten aspekt duży nacisk. Powtarzała, że trzeba myśleć o tym, co będzie na sportowej emeryturze, a ja miałem wtedy 18 lat. Można więc powiedzieć, że obecnie pracuję, bo chcę, a nie bo muszę.

Przy moich wyborach zawodowych pieniądze nigdy jednak nie były głównym czynnikiem. Oczywiście, znam swoją wartość i przy podpisywaniu kontraktu odbywają się negocjacje, ale nie wybierałem nigdy oferty, bo ktoś dawał mi np. 10 czy 50 tys. euro więcej. Nieraz jako zawodnik miałem lepsze finansowo oferty z klubów, które nie były dobre dla rozwoju mojej kariery. Chciałem zawsze grać w najmocniejszych ligach, współpracować z dobrymi trenerami, mieć okazję do nauki i rozwoju. Podchodziłem do tego tak, że jak będę grał, wygrywał i dobrze się prezentował, to prędzej czy później pieniądze się pojawią. Zawsze zadaję sobie pytanie – czy brałbym udział w czymś i dawał z siebie wszystko, by wywalczyć dane trofeum, gdybym miał za to nie dostać ani grosza premii. Odpowiedź zawsze brzmiała "tak". Wracając więc do pytania – tak, mógłbym już przestać pracować…

Nie zanudziłby się pan wtedy?

- Nie, znalazłbym sobie coś do roboty. Mam jednak wielką satysfakcję z pracy, którą wykonuję. Niektórzy mówią, że w życiu nie chodzi o dotarcie z punktu A do punktu B, tylko o tę drogę. Lubię uczyć i przekazywać to, czego sam się nauczyłem, moim zawodnikom, moim synom. By im w ten sposób pomóc. Mam z tego ogromną frajdę.

A wyobraża pan sobie, że będzie pracował wciąż np. po ukończeniu 70. roku życia? Jak choćby Ljubomir Travica, który w trakcie tego sezonie przejął prowadzenie drużyny z Częstochowy?

- Tak, jestem w stanie sobie to wyobrazić. Nie sądzę bowiem, by ta chęć przekazywania dalej wiedzy i dzielenia się doświadczeniem była czymś, co można stracić. Julio Velasco miał 10-letnią przerwę i wrócił. Jak najbardziej jestem w stanie zrozumieć dlaczego. Przecież nie jest tak, że potrzebuje teraz zarobić na życie. Sam nie będę składał teraz żadnych deklaracji. Na początku mówiłem, że nie chcę być trenerem i proszę spojrzeć, gdzie teraz jestem.

Kiedy pan tak mówił?

- Dwa lata przed zakończeniem kariery zawodniczej. A teraz jestem tu, gdzie jestem. Nigdy więc nie mów "nigdy".

Prosiłam wcześniej pana o próbę opisania samego siebie. Dodałby pan do wymienionych wcześniej przymiotników słowo "dumny"?

- O tak. Nie jestem pewny, czy to taka wyłącznie świetna rzecz. Czasem mogę być zbyt dumny. Mój ojciec był bardzo dumny i przejąłem to od niego, mając poczucie, że to ważna cecha. Ale z czasem dostrzegasz, że świat nie jest całkiem czarno-biały. Czasem trzeba odstawić swoją dumę, swoje pryncypia i punkt widzenia nieco na bok, w imię wyższego dobra, dobra drużyny. Zrobiłbym to, bo to ważniejsze niż moja duma. Ale samą dumę uważam za ważną – wiąże się w moich oczach z posiadaniem pryncypiów i charakterem.

Jako trener zawsze będę starał się jednak robić to, co jest najbardziej logiczne i najlepsze dla zespołu, odstawiając nieco na bok własną dumę. Nawet jeśli nie do końca jest mi po drodze z danym zawodnikiem, jeśli nie zgadzam się z jego wyborami, zachowaniem itp., ale widzę, że jest naprawdę ważny dla zespołu, to postaram się znaleźć sposób, by z nami był. Bo to zespół wygrywa i wszyscy musimy dla niego okiełznać nasze ego z zachowaniem naszych ról.

W jakim stopniu kieruje się pan rozumem, a w jakim emocjami?

- Nawet jeśli tego nie okazuję, to jestem dość emocjonalny. Nie daję tego po sobie poznać. Może wynika to z tego, że przyjęło się, iż tak powinno być w przypadku mężczyzn. Może to wpływ mojego ojca, który tak robił. Zwykle robię to, co jest bardziej racjonalne, choć dana decyzja wiąże się z emocjonalnym cierpieniem. Dotyczy to choćby wyboru składu drużyny na ważny turniej. Nieraz przed podjęciem decyzji nie śpię dobrze przez kilka nocy. Myślę o tym cały czas, bo wiem, jak bardzo każdy zasłużył, by w danym turnieju wystąpić i jak wiele wysiłku włożył oraz jak wielkim rozczarowaniem będzie dla każdego z nich brak miejsca w składzie. Tę emocjonalną część muszę w takiej sytuacji odkładać na bok.

To racjonalne nastawienie trzeba też zachować w przypadku swoich dzieci. Kochamy je najbardziej na świecie i zrobilibyśmy wszystko, by je uszczęśliwić i widzieć uśmiech na ich twarzach. Czasem jednak, kierując się emocjami, można pozwolić im na coś, co nie będzie dla nich dobre, o czym one same nie wiedzą. Musisz wtedy zrobić to, co najbardziej racjonalne. Czasem oznacza to brak zgody na coś. Emocjonalnie jesteś wówczas rozwalony, bo widzisz, że dziecko płacze i jest rozczarowane, ale musisz wtedy pamiętać o tym, że twoja decyzja pomoże mu pod kątem przyszłości.

Pytałam o emocjonalność, bo zaskoczyło mnie, gdy przeczytałam kiedyś, że zdarza się panu płakać przy oglądaniu filmów.

- To prawda. Nie oglądam ich zbyt wiele, więc też nie zdarza się to zbyt często, ale zdarza.

Jaki film sprawił, że się pan mocniej wzruszył?

- "Buntownik z wyboru". To mój ulubiony film. Inne to "Człowiek w ogniu" i "Wojownik". Pewne sceny mają taki efekt. Oczywiście, nie płaczę w kinie, ale oglądając filmy w zaciszu domowym zdarzyło się to kilka razy.

A po meczach?

- Też się zdarzyło kilkukrotnie. Nigdy nie płaczę po przegranych, bo jestem wówczas zbyt wkurzony. Choć nie, raz się zdarzyło. Na podium, po przegraniu z Włochami 0:3 finału mistrzostw świata w 1998. Miałem wtedy 25 lat i wydawało mi się, że już nigdy więcej nie będę miał takiej szansy. Po zwycięstwach płakałem dwukrotnie – po triumfie w Lidze Mistrzów z Zaksą Kędzierzyn-Koźle i po zdobyciu z Polakami mistrzostwa Europy trzy lata temu.

Wspomniał pan przed chwilą o Włochach jako rywalu, ale mieszka pan w Italii praktycznie od ponad 30 lat i ma obywatelstwo tego kraju. Czuje się pan obecnie w połowie Serbem, a w połowie Włochem?

- W środku jestem w pełni serbski. Mój menedżer powiedział mi kiedyś, że lubi to we mnie. Bo zna wiele osób, które przeprowadziły się do krajów zachodniej Europy i zatraciły tę serbskość.

Nie ma w panu nic włoskiego?

- Nie za bardzo. Doceniam tamtejszą pogodę, jedzenie, architekturę. Dlatego wybrałem ten kraj do życia. Lubię też pewne aspekty mentalności Włochów.

Które?

- To, jak potrafią cieszyć się życiem. W taki zdrowy sposób. I nie potrzebują do tego wakacji za kilkaset tysięcy euro. Wybrałem ten kraj do życia nawet teraz, kiedy mogę mieszkać, gdzie tylko chcę. Właśnie dlatego, że dobrze się tam czuję. Rzeczywiście, większość dorosłego życia spędziłem we Włoszech. W Serbii mieszkałem 17 lat, a z pierwszych 10 praktycznie nic nie pamiętam. Teraz pojawiam się tam głównie w wakacje.

A czy w takim razie jest w panu coś polskiego? Dostrzega pan podobieństwa między Serbami i Polakami?

- Mamy znacznie bardziej podobną mentalność niż Włosi. Taką słowiańską. Może dlatego pracuje mi się tu bardziej komfortowo niż w Italii. Bo tam nie jest łatwo.

Nawiązuje pan do słynnego prezesa Sir Safety Perugii Gino Sirciego?

- Nie, nie tylko o niego mi chodzi. Nie jest tak, że w innych włoskich klubach wygląda to inaczej. Po prostu naprawdę czerpię radość z pracy w Polsce. Osiągnąłem tu swoje największe sukcesy w siatkówce klubowej i reprezentacyjnej jako trener. Tutejsza mentalność znacznie bardziej pasuje do mojego podejścia, mojej mentalności i sposobu organizacji pracy oraz drużyny. Lubię też to jak ludzie kochają tu siatkówkę. W niewielu miejscach na świecie można obserwować taką pasję do tego sportu i naprawdę wspaniale być tego częścią.

W ilu językach pan mówi?

- Po serbsku, angielsku, włosku i – jeśli można to zaliczyć – po polsku.

A w jakim języku pan myśli?

- Po serbsku. Przeniosłem się do Italii jako już ukształtowany człowiek. Do tego zawsze byłem związany z Serbkami.

W pana domu też zawsze słychać tylko język serbski? Synowie wychowywali się już we Włoszech.

- Mówimy cały czas po serbsku. Szczerze mówiąc, to gdy jestem we Włoszech, to najmniej używam właśnie włoskiego. Sporo czasu spędzam w domu z rodziną. Włoskiego używam tylko, gdy załatwiam niektóre sprawy przez telefon lub gdy idę na kawę z przyjacielem. Ale to kwestia mniej więcej pół godziny. Na co dzień tam nie pracuję, więc nie jestem stale otoczony Włochami.

Mówił pan o pasji Polaków do siatkówki. Jest pan u nas bardziej popularny i rozpoznawalny czy w ojczyźnie?

- W Serbii rozpoznają mnie głównie starsze osoby, będące w podobnym wieku do mnie. Takie, które pamiętają czasy, gdy grałem. Jak to wygląda? Rzadko proszą o wspólne zdjęcie. Zazwyczaj rzucają w moją stronę coś w stylu: "Hej mistrzu, dziękuję" lub jakiś krótki komentarz i to wszystko. W Polsce zdarza się, że podchodzą do mnie różne osoby na lotnisku. Jakiś czas temu leciałem z Włoch do Polski i ludzie wstawali ze swoich miejsc i podchodzili. Pięć czy sześć osób chciało sobie wtedy ze mną zrobić zdjęcie. Na ulicy też podchodzą. Z pewnością obecnie w Polsce jestem bardziej rozpoznawalny niż w Serbii. To miłe. Kiedyś, gdy byłem z wizytą na meczu w Suwałkach, to ustawiła się kolejka 50 czy 60 osób po zdjęcia i autografy. Fakt, na co dzień cenię prywatność, ale traktuję to jako wyróżnienie. Zdaję sobie sprawę, że jestem osobą publiczną, która pojawia się w gazetach i telewizji i dlatego czasem ludzie z łatwością rozpoznają mnie nawet w dziwnych miejscach.

Jakie miejsce ma pan tu na myśli?

- Kiedyś byłem na masażu. Gdy poszedłem potem zapłacić, to pani siedząca w recepcji powiedziała, że kobieta, która była w gabinecie przede mną, to wielka fanka i prosiła o przekazanie pozdrowień i podziękowań.

Poczuł pan kiedykolwiek przesyt tą popularnością w Polsce?

- Nie. Lubię to i traktuję jako część pracy. Tak samo jest z różnego rodzaju galami. Kiedy muszę się na takim wydarzeniu pokazać, to się pokazuję. Nie jestem miłośnikiem takich wydarzeń, ale po prostu wiem, że muszę tam być i to robię.

A jak jest z różnego rodzaju akcjami promocyjnymi i reklamami?

- Również nie jestem ich fanem. Nie jestem spontaniczny i wyluzowany. Byłbym kiepskim aktorem, zdecydowanie. Może dlatego nigdy nie miałem indywidualnych ofert występów w reklamach itp.

Nie podejrzewam, by groziła panu "sodówka" w roli trenera Polaków. Ale jako zawodnik, np. po olimpijskim złocie w Sydney, nie zaliczył pan takiego momentu?

- Muszę tu podziękować rodzicom, którzy nauczyli nas, by nie latać zbyt wysoko po zwycięstwie i nie załamywać się zbyt mocno po przegranej. Powtarzali nam, jak ważne jest zawsze zachowanie równowagi. To wiąże się też z tym, o czym mówiłem w początkowej części tej rozmowy – o braku większej celebracji zwycięstw i potrzebie przebywania wtedy samemu lub w wąskim gronie najbliższych. Dlatego też nigdy nie miałem problemu z "sodówką". Nigdy nie wychodziłem na miasto i nie zachowywałem się w stylu: "Zobaczcie, to ja. Wiecie, kim jestem?". Sam nie znosiłem takich osób.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...