Mikołaj Sawicki w sobotni wieczór świętował z Bogdanką LUK Lublin drugi z rzędu awans do finału mistrzostw Polski. Ale o ile rok temu jego obecność na liście z powołaniami Nikoli Grbicia w związku z rewelacyjną formą była oczywistością, to teraz można ją uznać za największą niespodziankę. Przyjmujący przez dziewięć miesięcy przymusowo pauzował, a od miesiąca pojawia się na boisku co najwyżej epizodycznie. Sam trener Polaków jest przygotowany na to, że Sawicki nie będzie teraz gotowy do gry. Ale chciał nie tylko podbudować zawodnika, którego koszmar rozpoczął się podczas poprzedniego sezonu kadrowego. Jego decyzja ma też wymiar praktyczny i perspektywiczny.
Sawicki zadebiutował w reprezentacji Polski w 2023 roku i dotychczas nie odgrywał w niej większej roli, co mogło się zmienić w poprzednim sezonie. Był wtedy w najlepszym momencie kariery, który został brutalnie przerwany. Wystąpił w jednym meczu towarzyskim na początku sezonu kadrowego, a tuż przed drugim dowiedział się o pozytywnym wyniku testu na obecność niedozwolonej substancji i został tymczasowo zawieszony. Prawo do udziału w rywalizacji i treningach z drużyną odzyskał na początku marca, gdy Światowa Agencja Antydopingowa (WADA) przyznała, że metoda zastosowana w laboratorium do analizy jego próbki nie dała jednoznacznego rozstrzygnięcia. W połowie kwietnia wynik dodatkowego badania wykazał, że Sawicki był niewinny.
Oczywiste jest, że 26-latek nie miał teraz szansy przekonać do siebie Grbicia występami na parkiecie. Od powrotu wchodzi jedynie na krótkie zmiany. Mimo to szkoleniowiec Polaków znalazł dla niego miejsce na szerokiej liście.
- To powołanie moralne. Nie życzę nikomu, by przeżył to, co on. Nie zrobił nic złego. To był początek sezonu, przyjechał jako mistrz Polski, a tu nagle wiadomość o pozytywnym wyniku testu. To był naprawdę bardzo trudny moment. Nie tylko dla niego, dla nas wszystkich. Potem każdy mógł sugerować, że triumfował z klubem, bo był na dopingu. To była bardzo trudna sytuacja dla niego, jego klubu, kolegów, sponsorów, federacji i reprezentacji. Także dla mnie, bo liczyłem na niego. Miał być z nami na pierwszym turnieju Ligi Narodów – wspomina w niedawnej rozmowie z dziennikarzami Grbić.
I przyznaje szczerze, że nie nastawia się na to, iż Sawicki będzie w stanie wywalczyć miejsce w 30-osobowym składzie na tegoroczną LN.
- Nie mogę powiedzieć, że na pewno nie będzie go w tym gronie, ale nie liczę na to. Nie grał prawie cały sezon, a pewność siebie budujesz na parkiecie. Przeżywając na nim trudne momenty w końcówce seta w ćwierćfinale czy półfinale. Mikołaj jest wciąż młodym zawodnikiem, nie przerabiał jeszcze wielu takich chwil. To nie tak, że teraz potrenuje dwa miesiące i będzie gotowy. Nie oczekuję, że będzie w stanie grać na takim poziomie. Dla mnie ważne było, aby wysłać mu wiadomość, że liczymy na niego w przyszłości. Chciałem mu dać wsparcie, by kontynuował treningi i jak najszybciej wrócił do formy – zaznacza szkoleniowiec wicemistrzów olimpijskich z Paryża.
Ale jednocześnie podkreśla, że liczy też na pomoc Sawickiego podczas LN. Nawet jeśli zawodnik Bogdanki nie będzie w składzie na którykolwiek z turniejów tych rozgrywek.
- Gdy będziemy w Chinach (Polacy wystąpią tam na początku LN – red.), to w Spale będą wówczas zawodnicy, którzy dołączą do nas później. Potrzebujemy wówczas graczy, którzy będą z nimi trenować. Dlatego pomoc Mikołaja będzie bardzo ważna – zapewnia Grbić.
Sawicki największą ulgę odczuł w marcu, po wspomnianej wyżej decyzji WADA i cofnięciu tymczasowego zawieszenia. Kolejną ważną wiadomością było ogłoszenie wyniku ponownego badania. Formalne zakończenie sprawy przed rozstrzygającym w tym przypadku Panelem Dyscyplinarnym I Instancji (PD I Instancji) było właściwie tylko formalnością. Ale to właśnie w poniedziałek późnym popołudniem skład orzekający ogłosił, że Sawicki nie dopuścił się żadnego naruszenia przepisów antydopingowych.
- Zapadło jedyne słuszne, jedyne sprawiedliwe rozstrzygnięcie. A właściwie w ogóle nie powinno dojść do tego, aby pan Mikołaj Sawicki został postawiony w stan oskarżenia i został sformułowany przeciwko niemu zarzut, który Polska Agencja Antydopingowa przedstawiła. Natomiast z całą mocą należy podkreślić, że jest to szczególna sprawa, która – mówiąc w uproszczeniu i kolokwialnie - jest sprawą z kategorii jednej na milion. Na pewno w naszym krajowym orzecznictwie tego typu sytuacja dotychczas nie miała miejsca i myślę, że na świecie również to absolutna rzadkość - tłumaczy przewodniczący składu orzekającego PD I Instancji Tomasz Rutkowski.
Wspomina też o szczęśliwym zakończeniu sprawy, choć od razu dodaje, że z perspektywy Sawickiego to raczej marne pocieszenie.
- Bo wiele miesięcy, zamiast walczyć na parkiecie, musiał walczyć z systemem antydopingowym i stawiać się na rozprawach. Nie wspominając już o aspekcie mentalnym i tym, w jaki sposób mogło to wpłynąć na zawodnika. Należy tutaj wyrazić ubolewanie, że do tego typu sytuacji w ogóle doszło. Duży ukłon i słowa uznania w kierunku pełnomocników zawodnika. Dzięki ich zaangażowaniu i ciężkiej pracy znaleźliśmy się w tym miejscu, w którym jesteśmy - podkreśla Rutkowski.
Ekspert wskazuje też, że choć straconych miesięcy pokrzywdzonemu siatkarzowi nikt nie jest w stanie zwrócić, to PD I Instancji działał zgodnie z obowiązującymi przepisami i w oparciu o wynik analityczny z akredytowanego laboratorium.
- Pozostaje jedynie w tej sytuacji mieć nadzieję, że zarówno WADA, jak i krajowe systemy antydopingowe - mam na myśli tutaj wszelkiego rodzaju procedury badawcze, procedury analityczne - wyciągną z tej sprawy wnioski i żaden inny zawodnik w wyniku tak fatalnej laboratoryjnej pomyłki nigdy już nie będzie postawiony w stan oskarżenia czy ukarany sankcją dyscyplinarną – podsumowuje Rutkowski.
Pierwsza rozprawa przed PD I Instancji w sprawie Sawickiego odbyła się 6 sierpnia ubiegłego roku. Ta poniedziałkowa była czwartą. Teraz przed siatkarzem walka w finale mistrzostw Polski, potem udział w zgrupowaniu kadry i – jak można przypuszczać – walka o odszkodowanie.