Rok temu, gdy płakał odchodzący po 13 latach Jakub Popiwczak, wieszczono koniec potęgi Jastrzębskiego Węgla. Teraz, po porażce w ćwierćfinale PlusLigi, kilku siatkarzy ocierało łzy, bo to koniec tego utytułowanego klubu w dotychczasowej postaci.
Gdy siatkarze JSW Jastrzębskiego Węgla przegrywali we wtorkowy wieczór 0:2 w setach i 8:17 w trzecim, odpowiadający za oprawę muzyczną meczów PGE Projektu Warszawa puścili piosenkę Teddy’ego Swimsa "Koszmary", a przy wyniku 11:21 remiks słynnego utworu Celine Dion z filmu "Titanic". Słychać je było podczas spotkań stołecznej drużyny przy jednostronnym wyniku już wcześniej, ale tym razem oddawały w pełni nastrój ekipy przyjezdnych i jej kibiców. Decydujący mecz ćwierćfinału PlusLigi, przegrany przez Jastrzębski Węgiel 0:3 (20:25, 17:25, 13:25) był bowiem bolesnym końcem pewnej ery w polskiej siatkówce. I smutnym pożegnaniem gracza, który miał bardzo duży wkład w sukcesy dwóch krajowych potęg.
"Pewne rzeczy, które się działy, nie powinny mieć miejsca"
Pod dachem hali w Jastrzębiu-Zdroju wisi ponad 20 banerów przypominających o największych sukcesach klubu, który zapracował na miano jednego z najważniejszych w historii PlusLigi. Ostatnio jednak banery wywoływały inne odczucia niż duma.
– Wchodziłem do hali, patrzyłem na nie i myślałem o obecnej sytuacji. To było naprawdę bolesne – mówi mi jeden z czołowych siatkarzy czterokrotnego mistrza Polski.
Już rok temu było wiadomo, że o kolejne sukcesy będzie w najbliższym czasie trudno. W związku z potrzebą ograniczenia wydatków z klubem pożegnały się wówczas dwie jego wielkie gwiazdy – przyjmujący Tomasz Fornal i libero Jakub Popiwczak. Z tego samego powodu odeszli też środkowy Norbert Huber i trener Marcelo Mendez. Mówiło się o zmniejszeniu wkładu finansowego ze strony Jastrzębskiej Spółki Węglowej, na którym niemal całkowicie opierał się budżet klubu. W trakcie obecnego sezonu okazało się, że 16-krotnego medalistę mistrzostw Polski czeka nie tylko walka o ligowe punkty, ale przede wszystkim o przetrwanie do końca rozgrywek. JSW bowiem nie tylko wycofała się ze sponsorowania klubu od kolejnego sezonu, ale i zalegała z przekazywaniem na bieżąco pieniędzy.
Benjaminowi Toniuttiemu, który przez ostatnie pięć lat był jednym z filarów jastrzębian, trudno nawet wybrać najtrudniejszy moment tego sezonu.
– Problemy pojawiły się bardzo szybko i cały sezon był trudny. Jestem dumny, że mimo to pod koniec fazy zasadniczej zdołaliśmy zdobyć dziewięć punktów na 12 możliwych, dzięki czemu awansowaliśmy do ćwierćfinału. Jestem naprawdę dumny z zespołu, bo występ w fazie play-off był bardzo ważny dla wielu osób w tej drużynie – mówi Sport.pl dwukrotny mistrz olimpijski.
Od kilku lat był kapitanem Jastrzębskiego Węgla i zawsze bardzo go chwalono za to, jak wywiązuje się z tej roli. 36-latek nie kryje, że w ostatnich miesiącach nie było to łatwe, bo – tak jak jego koledzy z drużyny – nie mógł skoncentrować się tylko na siatkówce i przygotowaniach do meczów.
– Te wszystkie spotkania, nasze rozmowy w szatni... Kosztowało nas to mentalnie sporo. A w sporcie na wysokim poziomie ten aspekt jest naprawdę istotny – wskazuje doświadczony rozgrywający.
W podobnym tonie wypowiadają się trener Andrzej Kowal i Maksymilian Granieczny. Ten drugi jest jednym z ostatnich odkryć reprezentacji Polski i następcą Popiwczaka w wyjściowym składzie Jastrzębian. Jest także wychowankiem klubowej akademii.
– W tym sezonie bardzo "falowaliśmy" jeśli chodzi o poziom gry. Pokonaliśmy każdą z topowych drużyn w kraju poza Zaksą Kędzierzyn-Koźle, ale jednocześnie potrafiliśmy przegrać z każdym w lidze. Fakt, okoliczności do osiągania dobrych wyników nie były sprzyjające. Nie chcę zbyt wiele o tym mówić, bo naprawdę dużo zawdzięczam klubowi, ale pewne rzeczy, które się działy, nie powinny mieć miejsca. Czasami to rzeczy niezależne od nas, a trzeba grać i robić swoje. To na pewno nie pomaga w odpowiednim podejściu, chociaż wszyscy starali się zawsze dawać z siebie maksimum – mówi mi 20-letni libero.
Smutne pożegnanie legendy. Niespełnione obietnice prezesa
W ćwierćfinale Jastrzębianie trafili na Projekt i po gładkiej przegranej 0:3 w pierwszym meczu w Warszawie nikt nie dawał im większych szans. W sobotę, we własnej hali, sprawili jednak swoim kibicom wielkanocną niespodziankę, wygrywając 3:2. Nadzieja na siatkarski cud uleciała jednak we wtorkowy wieczór. W zależności od rozstrzygnięcia w parze ćwierćfinałowej Zaksa – Aluron CMC Warta Zawiercie, Jastrzębski Węgiel zajmie finalnie siódme lub ósme miejsce w tabeli.
– Oczekiwaliśmy dużo więcej i pod tym względem jesteśmy rozczarowani, bo zespół miał potencjał, by się bić o miejsce w czwórce. Z drugiej strony można się cieszyć, że w ogóle dotrwaliśmy do końca sezonu. W fazie play off nie ma przypadków – by w niej dobrze wypaść, trzeba dobrze trenować. Muszę szczerze przyznać, że nie trenowaliśmy dobrze w tym sezonie i nie byliśmy gotowi, by zdziałać teraz coś więcej. Ten sobotni mecz w Jastrzębiu – przy fantastycznym dopingu naszych kibiców – zapamiętam na długo, ale taki pojedynczy mecz o niczym jeszcze nie świadczy – podkreśla Kowal.
Jak dodaje, jako trener nigdy wcześniej nie przeżył czegoś takiego jak w tym sezonie i ma nadzieję, że już więcej tego nie doświadczy. I – tak jak Toniutti oraz Granieczny – podkreśla, że w profesjonalnym sporcie każdy szczegół ma znaczenie, a poważne trudności klubu znacząco utrudniają skupienie się głównie na siatkówce.
Toniutti tym bardzo trudnym sezonem żegna się nie tylko z Jastrzębskim Węglem, ale też z PlusLigą. Trafił do niej 11 lat temu i pierwsze sześć sezonów spędził w Zaksie, z którą również odnosił wielkie sukcesy (m.in. triumfował z nią w LM w 2021 roku). Francuz, który określany jest przez niektórych jako najważniejszy obcokrajowiec w historii PlusLigi, od jesieni ma grać w Turcji. On jest już coraz bliżej schyłku kariery, a będący wciąż na jej wczesnym etapie Granieczny był w kilkuosobowym gronie zawodników, którzy mieli obowiązujące kontrakty na przyszły sezon. Jakiś czas temu prezes Adam Gorol dał im znać, że mają wolną rękę przy poszukiwaniach nowego klubu (choć podobno wciąż czekają na oficjalne załatwienie formalności).
– To jest kolejny trudny temat do rozmowy, bo nie wiadomo, co dalej z klubem. Od wypowiedzi w tej sprawie jest prezes. My – jako zawodnicy, którzy mieli kontrakt na przyszły sezon – byliśmy praktycznie cały czas przekonywani, że wszystko się dobrze zakończy i nie będziemy musieli się przejmować kolejnym sezonem. Niestety, tak się nie stało i ostatnie tygodnie były dla nas mocnym zawirowaniem, bo rynek transferowy rozpoczął się w listopadzie czy grudniu, a my dostaliśmy zielone światło dopiero niedawno – wskazuje Maksymilian Granieczny.
Fornal apelował o pomoc. Został jeden scenariusz ratowania siatkówki w Jastrzębiu-Zdroju
W nieoficjalnych rozmowach wiele innych osób związanych z klubem zwracało w ostatnich miesiącach uwagę, że w trakcie sezonu z ust prezesa Gorola padały obietnice, które potem nie były spełniane. Niektórzy jednak bronili prezesa, wskazując, że przy deklaracjach dotyczących nadrobienia zaległości finansowych bazował na zapewnieniach przedstawicieli JSW.
Granieczny dodaje, że prezes klubu zapewnił grupę z obowiązującymi kontraktami, że ci zawodnicy mogą też pozostać w klubie, ale trudno się dziwić, że po doświadczeniach z ostatnich miesięcy wolą raczej szukać stabilizacji gdzie indziej. Tym bardziej że nie wiadomo jeszcze, na jakich dokładnie zasadach będzie funkcjonowała siatkówka w Jastrzębiu-Zdroju. Do niedawna kibice mieli spore obawy, że może zniknąć całkowicie, a Gorol deklarował, że jego priorytetem jest niedopuszczenie do tego i utrzymanie w mieście najwyższej klasy rozgrywkowej.
Wobec braku szans na dalsze wsparcie ze strony JSW marzeniem fanów było, by pojawił się nowy sponsor tytularny. Tylko mało realne, by ktoś chciał przejąć klub, który ma jeszcze spore długi wobec zawodników i sztabu szkoleniowego. O pomoc dla swojej byłej drużyny jeszcze niedawno apelował Tomasz Fornal, który jesienią przeniósł się do Ziraatu Ankara.
– To przykra sytuacja. Jakbym mógł, to bym pomógł, ale jeszcze tak bogaty nie jestem, by rozdawać miliony. To środowisko – ci kibice, miasto, hala – zasługuje, by mieć klub w PlusLidze. Jak będą potrzebowali pomocy, mogę rozejrzeć się za jakimś sponsorem. Może uda się coś załatwić. Jest dużo spółek Skarbu Państwa, które są bogate. Zainwestujcie w Jastrzębski Węgiel! – przekonywał w swoim stylu przyjmujący reprezentacji Polski, który we wtorkowy wieczór zdobył Puchar Turcji.
Żadna ze SSP jednak nie zadeklarowała chęci zastąpienia JSW. W ostatnich tygodniach jako najbardziej realne opcje wskazywano współpracę z Barkomem, sponsorem tytularnym występującego od kilku lat w PlusLidze klubu ze Lwowa, przy jednoczesnym odsprzedaniu własnej licencji, lub zachowanie jej i grę wychowankami własnej akademii. Oficjalnie jeszcze tego nie potwierdzono, ale od kilku źródeł związanych z klubem słyszymy, że jest już pewne, iż w życie wejdzie pierwszy wariant.
To Gorol miał zgłosić się z propozycją współpracy do Barkomu i szefującego mu Olega Barana. Rok temu ukraiński działacz z taką samą propozycją wystąpił do Stali Nysa, gdy ta nie zdołała się utrzymać w PlusLidze. Baranowi jednak zależało na zachowaniu własnej licencji, a władze Stali postanowiły nie pozbywać się swojej i walczyć o powrót do krajowej elity w I lidze.
Jastrzębie sprzedaje, Częstochowa chce kupić. Dwa znaki zapytania
W medialnych spekulacjach Stal i GKS Katowice pojawiały się ostatnio jako kluby z zaplecza PlusLigi, które miały być zainteresowane odkupieniem licencji od Jastrzębskiego Węgla, ale z naszych informacji wynika, że w obu przypadkach nie było takiego tematu. Jest to tym bardziej zrozumiałe, że obie ekipy mają szansę wywalczyć powrót do PlusLigi sportowo, bez konieczności wykładania na to dużych pieniędzy. Bardzo zainteresowany kupnem jest zaś Steam Hemarpol Politechnika Częstochowska, czyli dość sensacyjny spadkowicz z tego sezonu. Rozmowy w tej sprawie już podobno trwają. Dzięki sprzedaży licencji, jastrzębianie mieliby się uporać z długami.
Barkom Każany Lwów ze względu na wojnę w Ukrainie od początku występów w PlusLidze był skazany na grę poza ojczyzną. I co sezon zmieniał miasto, które było w Polsce jego bazą. Baran w niedawnej rozmowie ze Sport.pl przyznał, że zależy mu, by osiąść na dłużej w jednym miejscu. I potwierdził wówczas, że prowadzi rozmowy z Gorolem. Potem jednak już żaden z nich nie chciał komentować obecnej sytuacji.
Jak słyszymy, w środę odbyło się spotkanie Barana z pracownikami Jastrzębskiego Węgla. To właśnie ten działacz ma być główną osobą odpowiedzialną za prowadzenie nowego klubu w tym mieście. Trenerem będzie Kowal, a rozmowy z potencjalnymi zawodnikami trwają. Wydawać mogłoby się, że po ostatnim sezonie siatkarze mogą mieć obawy dotyczące występów w Jastrzębiu-Zdroju, ale Baran podobno cieszy się opinią słownego prezesa i ma to pomagać w negocjacjach.
I choć coraz więcej się już wyjaśnia w kwestii przyszłości siatkówki w Jastrzębiu-Zdroju, wciąż pozostaje kilka niewiadomych. Nie wiadomo choćby, jak dokładnie będzie brzmiała nazwa nowego klubu (Baran zaznaczał, że nie chodzi tu o fuzję, ale teraz słyszymy, że miała paść deklaracja, iż w nazwie będzie człon związany z miastem) i jak rozstrzygnie się sprawa limitów dla obcokrajowców (na parkiecie może być maksymalnie trzech jednocześnie). Dotychczas klub ze Lwowa bazował na ukraińskich siatkarzach i Polacy byliby w nim postrzegani jako zawodnicy zagraniczni. Nieoficjalnie słyszymy, że teraz może to wyglądać inaczej. Jedna wersja mówi o zwiększeniu limitu o jednego gracza spoza Ukrainy, inna o takim samym statusie Polaków i Ukraińców, ale niektórzy liczą, że będą obowiązywały te same proporcje co w pozostałych klubach PlusLigi.
– Mam nadzieję, że nowy zespół będzie funkcjonował na zdrowych zasadach. Głęboko wierzę, że odbudujemy nim zaufanie do klubu, do siatkarzy, ale też przyciągniemy swoją grą kibiców w kolejnych sezonach – słyszę od osoby związanej z Jastrzębskim Węglem.
Pozostaje czekać na weryfikację tych nadziei. Wcześniej zaś na oficjalne potwierdzenie współpracy z Barkomem, nazwę nowej drużyny i jej skład. A wszystkim związanym w ostatnim sezonie z Jastrzębskim Węglem pozostaje życzyć przede wszystkim spokoju.