Niektórzy już go może skreślili, ale Piotr Nowakowski pokazał, że jest w nim wielka determinacja. 15 kwietnia 2023 roku - jako siatkarz Projektu Warszawa - doznał poważnej kontuzji barku, która wykluczyła go z gry na ponad dwa i pół roku. Pierwszy od tego czasu mecz rozegrał w środę, w barwach Energi Trefla Gdańsk. W międzyczasie mierzył się z blokadą psychiczną i pytaniem, które słyszał tak często, że miał go już czasem dość. W rozmowie ze Sport.pl jeden z najbardziej utytułowanych polskich siatkarzy opowiada też o tym, co czuł, gdy oglądał z trybun finał igrzysk z udziałem Biało-Czerwonych i dlaczego nie dziwiły go do końca problemy drużyny trenera Nikoli Grbicia w kluczowej fazie tegorocznych mistrzostw świata.
Piotr Nowakowski: Tak, bo ze zdrowiem było już spoko. Wciąż jednak dostawałem to pytanie. Nawet od kolegów z drużyny. Ale mogłem już normalnie trenować i szło mi całkiem nieźle. Dostawałem nawet często pochwały od kolegów.
- To pytanie do trenera, czemu nie poznał się już wtedy na moim talencie. A tak na poważnie, to wcześniej pracowałem sumiennie i czekałem po prostu cierpliwie na swoją szansę. Chłopaki jako zespół dawali radę i nie było większych powodów, by ich zmieniać. Głównie ograniczaliśmy się więc do zmian zadaniowych. Zdrowy już byłem. Oczywiście, forma nie jest jeszcze taka, jak kiedyś, aczkolwiek jest pod tym względem coraz lepiej.
- Było trochę lekkiej niepewności, czy pamiętam, jak to w ogóle się robi. Cały ten układ - kiedy się wybiega, kiedy zaczyna się rozgrzewka. Serio, miałem taką zagwozdkę, czy na pewno to ogarnę.
- Nie. To jest jednak taka pamięć mięśniowa, że wszystko samo się praktycznie robiło. Brakowało mi tej atmosfery, tego wybiegania na boisko przy kibicach, przy muzyczce. Byłem bardzo zadowolony, gdy znów tego doświadczyłem.
- Zdarzało się przy kontuzjach. A w szerszym wymiarze czasowym? W kadrze, gdy już byłem bardziej doświadczonym graczem, to była chyba taka sytuacja, że przez kilka meczów z rzędu musiałem czekać w kwadracie. W klubie ostatnio było to chyba w pierwszym sezonie w Częstochowie, 19 lat temu.
- Nie, nie myślałem o tym w ogóle z tej perspektywy. Od początku sezonu towarzyszyła mi radość, że jestem w ogóle w tej drużynie. Że jestem w klubie jako czynny zawodnik, który po prostu musi czekać na swoją szansę. Nie męczy mnie to jakoś, gdy stoję w kwadracie. Myślałem, że będzie gorzej, ale nawet plecy mnie nie bolą [Nowakowski w przeszłości zmagał się z kontuzją pleców - red.]. Kiedyś mecze w kwadracie były dla mnie męczące, bo plecy wysiadały od długiego stania, a w tym sezonie zagraliśmy już trochę pięciosetowych meczów, więc tego stania było trochę. I o to się trochę martwiłem, ale okazało się, że nie było problemu. Mamy też naprawdę fajną atmosferę wśród rezerwowych, a to też działa na plus.
- Zgadza się, bo to taka chwila dla mnie. Mogę się spokojnie położyć na materacyku, poleżeć, oglądnąć coś czy poczytać. A w domu, wiadomo, zawsze jest coś do zrobienia. Jak żona zobaczy, że siedzę bezczynnie na kanapie, to od razu coś mi znajduje.
- Nie, bo już w okresie pandemicznym przeżyliśmy kilka miesięcy bez wychodzenia i to było takie nasze przetarcie. Ale też nic nas wtedy nie zaskoczyło. Jesteśmy z żoną razem od 16 lat, więc też już chyba nas nic nie zaskoczy.
- Córa wolałaby, bym nie wyjeżdżał, ale jest już na tyle duża, że rozumie, iż to taty praca i nie ma z tym większych problemów. Wciąż jednak przytula się i robi takie maślane oczka, gdy muszę wychodzić. Na szczęście, troszkę się już na to uodporniłem. Obie z żoną wolałyby mnie mieć w domu na stałe, ale nie da się tak. Taką mam pracę.
- Myślę, że poniekąd na pewno zostanę, bo nie da się od tego tak zupełnie odciąć. Musiałbym unikać naprawdę wielu miejsc, by nie mieć z nią do czynienia. Odmawiać wszystkich zaproszeń czy propozycji pogadanek itp. Musiałbym wyjechać gdzieś daleko i zapomnieć o całej przeszłości, a tego się nie da zrobić. To znaczy pewnie się da, ale nie chciałbym tego robić, więc ta siatkówka pozostanie. Czy będę aż tak mocno w nią zaangażowany, jak do tej pory? Pewnie nie i jej procentowy udział w moim życiu zmaleje, ale pozostanie na poziomie, który będzie dla mnie wystarczający.
- Już mi trochę przeszło (śmiech).
- Był jeszcze cały sezon przygotowawczy, podczas którego miałem też różne perypetie. Dlatego trochę mi przeszło. Ale cieszę się, że sezon już trwa, złapaliśmy rytm treningowo-wyjazdowo-meczowy. Tego mi było potrzeba. Lubię po prostu mieć zaplanowane np. dwa tygodnie do przodu. Wtedy czuję się spokojniej niż gdy nie wiadomo, co będę robił za dwa dni.
- Nie, z nim było wszystko OK. Pojawiły się inne dolegliwości związane z tym, że wcześniej długo nie grałem. Trzeba było to trochę zaleczyć, ale nie było to nic wykraczającego poza granice normy. Brałem udział w treningach już w poprzednim sezonie, ale to nie to samo co obecna sytuacja, gdy doszły wyjazdy i to zaangażowanie w treningi jest po prostu większe, bo wcześniej nie mogłem dawać z siebie 100 procent. Teraz pochłania to dużo więcej czasu i energii.
- Podczas treningów, gdy zacząłem atakować. Wcześniej bałem się trochę, gdy byłem zapraszany np. na zakończenie kariery Andrzeja Wrony czy na jakiś mecz towarzyski. Wtedy ta blokada dawała o sobie znać. Przy takich okazjach nie da się w pełni rozgrzać czy przygotować po kątem fizycznym i bardzo się bałem, że coś się wtedy może stać przy ciele nieprzygotowanym do takiego wysiłku. Ale po dwóch lotach nad siatką już mi przechodziło i czułem się pewniej.
- Myślałem trochę o tym. Gdy niedawno jechaliśmy na mecz ligowy do Warszawy, to chłopaki z drużyny też pytali, czy to właśnie tutaj się wydarzyło i jak się z tym czuję. Ale już podczas pożegnania Andrzeja pomyślałem o tym przez chwilę, a potem o tym zapomniałem.
- To wtedy serwowali mi to moje "ulubione" pytanie: "Jak zdrowie i kiedy będziesz z nami normalnie trenował?". I tak średnio 10 razy dziennie. Niektórym już mówiłem: "Zapytaj naszego 'fizjo', może ci odpowie", bo miałem już czasem dość.
- I liczę, że jak będę dostawał szanse na grę, to nie stanę nikomu w gardle, tylko ten kotlet będzie właśnie w miarę jeszcze smaczny i cieszący oko.
- Pytanie, co można oczekiwać po dwóch latach przerwy. Ale jak powiem, że nie mam żadnych oczekiwań, to wyjdzie, że nie mam ambicji (uśmiech). Moją ambicją jest po prostu to, żeby grać i cieszyć się jeszcze siatkówką. Chcę robić swoje i myślę, że to zaprocentuje kolejnymi szansami na boisku. O to teraz mi chodzi.
- Tak, trochę sprawdzam. Po pierwsze, czy mój bark to wytrzyma, a po drugie, czy reszta ciała to wytrzyma. Za chwilę skończę 38 lat, niektórzy z mojego rocznika - a nawet młodsi - już pokończyli kariery. Sprawdzam, czy to będzie miało jeszcze sens po prostu.
- Staram się odsuwać takie myśli jak najdalej, chociaż wiem, że też mnie to w końcu czeka . Ale na razie jeszcze żyję chwilą. Czwartą młodością. Każdy ma na siebie jakiś swój plan i wie, kiedy powiedzieć "stop". Ja na razie nie mówię.
- Nie, nie miałem etapu, w którym miałbym podejście: "Czemu mi się to stało?" itp. Liczyłem tylko, że ten powrót do zdrowia potrwa może trochę krócej i żyłem nadzieją, że może już za parę miesięcy będę mógł znów grać. Podchodziłem więc do tego dość optymistycznie i nawet jak ta przerwa zaczęła się później wydłużać, to dalej byłem jednak pozytywnie nastawiony. Wiadomo, są też różne momenty w życiu. Jakbyś mnie zapytała o to w jakimś moim słabym dniu, to pewnie odpowiedziałbym, że nie chce mi się już i muszę pomyśleć nad czymś innym. Ale generalnie podchodziłem do tego w miarę na luzie. Bardziej się bałem 10 lat temu, gdy miałem kontuzję pleców. Myślałem sobie też o tym niedawno. Wtedy było mi chyba jednak pod tym kątem trudniej.
- Dokładnie. Do tego też kłopoty z kręgosłupem wydawały mi się wtedy poważniejszym problemem niż kontuzja barku.
- Kontuzji doznałem w pierwszej połowie października, pod koniec mistrzostw Europy. Straciłem cały sezon ligowy, nie grałem przez około osiem miesięcy. Wtedy było to dla mnie bardzo długo. Było to bardziej męczące dla mojej psychiki.
- Takie momenty pojawiały się, gdy już mogłem nieco robić, chciałem wrócić do hali, żeby trenować i nie wyglądało to - niestety - jeszcze zbyt dobrze. Ale w końcu te momenty odeszły w zapomnienie i czując, że są jakieś postępy, powoli przekręcało się też to już w mojej głowie w odpowiednią stronę.
- Przerabiałem to już 10 lat temu. Miałem wcześniej naprawdę fajny kontrakt w Rzeszowie, a potem podpisałem ten pierwszy w Gdańsku [w 2017 roku - red.] za dużo mniejsze pieniądze. Ale w ogóle tego nie żałowałem. To oczywiście była zupełnie inna sytuacja...
- Dokładnie. Dla mnie te kwestie finansowe to była już drugorzędna sprawa, naprawdę. Oczywiście, fajnie byłoby dużo zarabiać. Zwłaszcza że teraz koniunktura na siatkówkę jest naprawdę wysoka i chłopaki podpisują niesamowite kontrakty. Ale pieniądze to nie wszystko. Cieszę się z tego, że jeszcze mogę grać, że jeszcze może to wyglądać naprawdę nieźle i że mogę grać u siebie w domu, w Gdańsku. Wszystko mam na miejscu, jest rodzina, szkoła Oliwki. Lepszych warunków sobie nie wyobrażam. I nie wiem, jakie musiałyby być pieniądze gdzieś indziej, bym - jak już będę w takiej formie, że ktoś by mnie chciał w innym klubie - jeszcze się gdziekolwiek ruszał.
- W ogóle nie myślałem o tym, by gdziekolwiek indziej iść. Była propozycja z Częstochowy, ale nie byłem wtedy jeszcze na takim etapie, by na pewno wiedzieć, że będę w stanie rozpocząć okres przygotowawczy, przejść go i później grać. Nie chciałem w ciemno podpisywać czegokolwiek i obiecywać, że będę, a potem się okaże, że jednak nie będę w stanie.
- Nie. Poza tym jak tak patrzyłem, jak on tam rozgrywa, to za dużo bym musiał machać barkiem.
- Oliwka powiedziała, że najdalej do Olsztyna mogę iść. Teraz Barkom Każany Lwów gra w Elblągu, więc jeszcze taka opcja dochodzi. Z Gdańskiem to są trzy drużyny. Nie wiemy jeszcze, kto awansuje w przyszłym roku. Może np. zespół z Bydgoszczy, a to też w sumie niedaleko. A tak już w pełni na poważnie, to nie zamykam się na takie opcje, aczkolwiek wiem, że raczej nie dojdą one do skutku.
- Nie. Obawiam się takich strzałów, bo wszystko jest fajnie, kiedy jesteś w 100 procentach zdrowy i w pełni sił. A jak coś się - nie daj Boże - stanie, no to już się jest trochę w czarnej otchłani. Wolałbym więc takiej egzotyki nie kosztować i cieszyć się tym, co mam tutaj.
- Bardzo często dostaję to pytanie. Niczego w życiu nie żałuję. Tak się potoczyła moja kariera, a nie inaczej, że gram tylko w Polsce i jestem z tego w pełni zadowolony. Czy chciałbym grać gdzieś indziej? Może czasami mam takie momenty, gdy na dworze jest zimno, szaro i ponuro. Wtedy bym sobie pograł gdzieś na południu, ale to są tylko takie momenty. Nie miałem takich ambicji, by grać w jakimś niesamowitym zagranicznym klubie. Dla mnie zawsze najbardziej liczyła się kadra. W niej spełniłem prawie wszystkie swoje marzenia.
- Dwa dni wcześniej. Podjęliśmy w grupie taką decyzję spontanicznie po półfinale. Kiedy dało się jeszcze kupić bilety na samolot i zdobyć jakoś wejściówki na mecz. Jak się ten mecz oglądało? Przeżywałem go mocno i trudno było mi ustać w miejscu. Tak samo było, gdy oglądałem w telewizji półfinał, po którym bardzo się cieszyłem. Szkoda mi było tego finału, bo jak już się w nim jest, to warto byłoby wygrać. Oczywiście, srebro to duże osiągnięcie, wtedy jest się niby troszkę nasyconym, ale nie do końca.
- Oczywiście, że się pojawiła. Wolałbym być wtedy boisku i walczyć, ale może przez to, że byłem na trybunach, to po tym meczu byłem mniej zły. Gdybym przegrał to na boisku, to byłaby pewnie spora załamka.
- Nie no, ja już się z nią pożegnałem... Choć w sumie nie miałem jeszcze oficjalnego pożegnania. Ale myślę, że chłopaki z kadry są już na takim poziomie, że byłoby bardzo ciężko załapać się nawet na tego czwartego środkowego. Z chęcią więc popatrzę, jak oni się męczą.
- Rozpieścili nas chłopaki. Ja też miałem w tym swój udział wcześniej. Rozpieściliśmy nasze społeczeństwo. Dla mnie też ten brąz to pewne rozczarowanie, ale warto pamiętać, że dla niektórych z tych chłopaków to jak na razie największe sportowe osiągnięcie w życiu. Dla innych to forma delikatnej porażki, ale Bartek Kurek cieszył się, że wraca z medalem, a on przecież wygrał ich już naprawdę dużo i dalej kolejne go cieszą. Nie bez znaczenia było pewnie dla niego to, co przechodził w tym sezonie kadrowym. Ogółem super, że chłopaki znowu wrócili z krążkiem. To nie jest łatwa sprawa - nawet jak się jest głównym faworytem - by dostać się do strefy medalowej i stanąć na podium. To w ogóle był turniej pełen niespodzianek. Dziwna była ta formuła dotycząca krzyżowania się na początku fazy pucharowej drużyn, które grały ze sobą w grupie. To jest lekka parodia dla mnie, ale ktoś tak wymyślił i tak jest. Kiedyś było też ciężej.
- Za moich czasów to grało się z Rosją i Brazylią, by wejść do tej strefy medalowej (uśmiech).
- Słyszałem, że fizycznie trochę nie dojechali właśnie na te kluczowe mecze MŚ. W Lidze Narodów mieli niesamowity szczyt, a drugi taki szczyt w sezonie naprawdę ciężko jest osiągnąć, więc troszkę mnie to nie dziwi.
- Nie wiem, jakie były plany. Może sztab chciał osiągnąć dwa takie niesamowite szczyty, ale - jak widać - nie udało się. Może to też kwestia tego systemu - wcześniej chłopaki grali z takimi raczej przeciętnymi drużynami, a potem nagle trafili w półfinale na Włochów, z którymi wygrywamy ostatnio chyba na przemian. Teraz przyszła kolej na nich.
- To było smutne zakończenie turnieju i sezonu dla niego. Męczy się chłopak z tym zdrowiem i naprawdę niesamowitą ilość pracy wykonuje w hali i siłowni. Poświęca naprawdę dużo czasu i zdrowia dla tej kadry, więc było mi szkoda. Może gdyby zagrał w tym półfinale, to coś by to zmieniło. Ale teraz możemy sobie tylko gdybać. Wiem, że on odpuszcza dopiero wtedy, kiedy naprawdę już nie czuje nogi i nie jest w stanie podskoczyć.
- Tak. Dziwi mnie trochę jego przejście do ligi japońskiej, gdzie wiadomo, że z tych atakujących są wyciskane ostatnie soki. Ja mu kariery nie układam, więc nie będę mu też jej kończył, ale powinien poważnie myśleć nad tym, by gdzieś trochę przystopować i zadbać bardziej o siebie. Bo to naprawdę może się w jakimś momencie źle skończyć. To doświadczony i dorosły chłopak - stracił już pióra fruwające jeszcze w 2009 roku na jego głowie - który zna swoje ciało i wie, że ten moment się zbliża, ale mimo wszystko walczy. Może chce pobić rekord występów w kadrze Piotrka Gruszki?
- Od wielu lat kadra to właśnie Bartek Kurek - najpierw jako młody perspektywiczny, później jako już bardziej doświadczony przyjmujący, następnie atakujący, a od kilku lat jako kapitan. Rzeczywiście, reprezentacja jest utożsamiana właśnie z nim. Niech Bartek gra jak najdłużej, oby tylko był zdrowy.
- Tak. Teraz są już lepsi, więc odsyłam do nich.
- Trochę tak, ale też miałem tego po prostu dość. Bo co z tego, że mam najwięcej medali? Nie czułem się z tym jakoś super. Sam nie mówiłem nigdy o tym, a cały czas ktoś do tego nawiązywał i to było dla mnie męczące. Ja jestem raczej skromny chłopak, więc troszkę się krępuję, jeżeli mówi się o mnie w takich kategoriach.
- Moja żona jest dobra w takich rzeczach i nie potrzebuje lekarzy. Nazywam ją "Doktor Quinn", bo zawsze dba - nawet trochę za bardzo - o wszystkich dookoła. Zdiagnozowała mi to przy pomocy doktora Google. Teraz jeszcze jest chat GPT, to już w ogóle bajka dla niej. Ja też z niego korzystam, ale przy takich praktycznych rzeczach.
- Dalej mi się wydaje, że jestem takim oszustem i to już chyba zostanie ze mną do końca. Jak mnie dziennikarze nie będą o to pytać, to nie będę o tym publicznie mówił, ale pozostanę tym oszustem w domu. Tak już mam. Część mnie myśli tak, a nie inaczej i nie zmienię tego w żaden sposób.
- Odpowiem krótko - tak, myślałem. Ale nic nie wymyśliłem. Na tym na razie muszę poprzestać. Ale po rozmowach - takich zwykłych, towarzyskich - jakie odbyłem w ciągu ostatnich dwóch, trzech lat, jestem troszkę spokojniejszy.
- Zawsze się bałem o zdrowie najbliższych i to uczucie pewnie będzie mi stale towarzyszyło. Ale to kwestia niezależna od nas. Niczego więcej się nie boję.