Kewin Sasak w przegranym 2:3 meczu Ligi Narodów z Włochami przeżył bolesne zderzenie z rzeczywistością. Bohater reprezentacji Polski z pierwszego tegorocznego turnieju tych rozgrywek w środę prezentował się gorzej albo też po prostu bardzo mocni rywale obnażyli jego słabości. Nie pomogło ani wiele szans od klubowego kolegi, ani wskazówki trenera Nikoli Grbicia i kadrowego "strażaka".
Kibice mogą pamiętać wymowne słowa Łukasza Kaczmarka po finale Ligi Mistrzów z 2023 roku. Broniący wówczas barw Zaksy Kędzierzyn-Koźle siatkarz ze łzami w oczach dziękował kolegom z zespołu. - Wygraliśmy bez atakującego - rzucił wówczas samokrytycznie. W środę co niektórzy mogliby stwierdzić, że reprezentacja Polski też długimi fragmentami grała bez atakującego, bo nie był to dzień Kewina Sasaka.
Polacy tym razem nie zaprzeczyli logice
Oczywiście, w pierwszej kolejności trzeba przypomnieć, że Sasak rozgrywa właśnie debiutancki sezon w kadrze i należy mieć na to uwadze, gdy się ocenia jego grę w poszczególnych spotkaniach. Ale faktem jest, że swoją postawą w pierwszym turnieju LN 28-letni zawodnik po prostu zachwycił. Prezentował się wówczas równie dobrze jak w minionym sezonie w barwach Bogdanki LUK Lublin, z którą sensacyjnie wywalczył mistrzostwo Polski. Po tym jak dwa tygodnie temu zagrał cztery świetnie mecze w Chinach niektórzy żartobliwie pytali, kiedy zamierza się zatrzymać. Teraz już znamy odpowiedź. Ale też mamy nadzieję, że to tylko mała zadyszka.
- Włosi to nasz najtrudniejszy przeciwnik w tym turnieju. Gramy z nimi pierwszy mecz i to świetna okazja, by zobaczyć, w jakim miejscu jesteśmy. To może nam pomóc wejść na wyższy poziom - stwierdził we wtorkowej rozmowie z Polsatem Sport Grbić.
Będący czwartą drużyną igrzysk w Paryżu mistrzowie świata potwierdzili, że Serb nie przesadził z docenieniem ich możliwości. Przylecieli do USA w bardzo mocnym zestawieniu. Znacznie mocniejszym od wicemistrzów olimpijskich, których większość czołowych zawodników trenuje obecnie w Spale. I pewnie m.in. dlatego w przedmeczowych przewidywaniach zaprezentowanych przez realizatora transmisji dawano aż 63 procent szans na zwycięstwo ekipie Italii, a jedynie 37 proc. Polakom, którzy dwa lata temu w finale mistrzostw Europy rozbili zespół Ferdinando De Giorgiego (byłego trenera Biało-Czerwonych). Innym z powodów mógł być fakt, że to ten ostatni wygrał poprzednie polsko-włoskie spotkanie - w fazie grupowej ubiegłorocznych igrzysk.
Polscy kibice mogli po cichu liczyć, że w Chicago powtórzy się historia sprzed sześciu lat. Wówczas ich ulubieńcy przylecieli na turniej finałowy LN do tego miasta w rezerwowym składzie i sprawili niespodziankę, zdobywając trzecie miejsce. Tym razem znów byli w rezerwowym składzie, ale logice nie zaprzeczyli.
Bolesne 11 procent. Szanse od Komedy, irytacja Grbicia i rady Śliwki
Ale wróćmy do Sasaka. W pierwszym secie, gdy Simone Giannelli, Alessandro Michieletto i spółka narzucili mocne tempo, to gra nie układała się niemal całej polskiej drużynie. Ale szczególnie mocno kłuło w oczy 11 procent skuteczności w ataku przy nazwisku gracza Bogdanki po tej partii. Potem było lepiej, ale tylko trochę, bo po drugiej doszedł w sumie do 18 proc. Wydawało się, że przebudzi się od trzeciej partii, ale nadzieja utrzymywała się tylko chwilę. To przyjmujący Kamil Semeniuk i Artur Szalpuk ratowali przeważnie sytuację na skrzydłach.
Rozgrywający Marcin Komenda, który gra z Sasakiem w klubie, dawał mu wiele szans. Czasem nawet po kilka w jednej wymianie, a Grbić wyglądał na coraz bardziej podirytowanego, gdy atakujący coraz częściej a to był podbijany przez rywali, a to blokowany (sześciokrotnie). Nieraz widać było, jak szkoleniowiec coś tłumaczy mu na boku. W pewnym momencie podbiegł udzielić mu jakiejś wskazówki także Aleksander Śliwka, który dołączył do drużyny awaryjnie w miejsce kontuzjowanego Rafała Szymury. Ale - mimo starań Sasaka - niewiele to dało w perspektywie całego meczu.
Kiedy Włosi wyglądali, jakby świetnie się bawili na boisku, to 28-latek raczej wyglądał, jakby próbował przebić głową mur. Środowy występ zakończył z 12 punktami i 29-procentową skutecznością w ataku. A grał niemal bez przerwy - tylko w pierwszym secie na chwilę zszedł w ramach podwójnej zmiany. Powtórzmy raz jeszcze - nie ma żadnego powodu do paniki. Gracz Bogdanki mógł mieć po prostu słabszy dzień. Ale też trzeba wziąć pod uwagę jedno - ekipa Italii w mocnym składzie to poprzeczka znacznie wyżej zawieszona niż reprezentacje Holandii, Japonii, Turcji i Serbii, przeciwko którym mierzył się w pierwszym turnieju LN.
Tak, Sasak narobił kibicom i Grbiciowi dużych nadziei swoją świetną postawą w klubie i niedawnych meczach w kadrze. Dlatego z niecierpliwością czekam na jego kolejne występy w drużynie narodowej przeciwko naprawdę mocnym rywalom. A na razie szansę na rehabilitację po środowym meczu będzie miał zapewne już w kolejnym spotkaniu w Chicago - z Kanadą.