Grbić popełnił błąd tuż przed igrzyskami? Ogromne ryzyko trenera Polaków

Jakub Balcerski
- To odważna i zgodna z jego filozofią decyzja, ale trzeba dodać, że na ten moment tworzy spore zagrożenie. Że tym razem nos Nikoli Grbicia go zawiedzie, choć nikt w Polsce mu tego nie życzy. Zasłużył sobie jednak na to, żeby mu zaufać - pisze o wyborach trenera polskich siatkarzy, który wskazał skład na igrzyska olimpijskie w Paryżu, dziennikarz Sport.pl, Jakub Balcerski.

Jeśli krótko przed godziną 17 w niedzielę w Spale i okolicach słychać było wielki huk, to już tłumaczymy: ogromny ciężar właśnie spadł z serca Nikoli Grbicia. I chyba nie tylko z jego. Z powołania na igrzyska mogą się cieszyć atakujący Bartosz Kurek i Łukasz Kaczmarek, Marcin Janusz i Grzegorz Łomacz na rozegraniu, Jakub Kochanowski, Norbert Huber i Mateusz Bieniek jako środkowi, Aleksander Śliwka, Kamil Semeniuk, Wilfredo Leon i Tomasz Fornal w przyjęciu, a także libero Paweł Zatorski.

Lista zawodników, którzy polecą do Paryża, mogła też sprawić, że kilka serc pękło. W tym na pewno te Bartosza Bednorza i Kuby Popiwczaka, którzy z grupy skreślonych przez Grbicia byli zdecydowanie najbliżej wyjazdu na igrzyska. Mieszane uczucia ma pewnie także Bartłomiej Bołądź, który poleci do Paryża tylko w roli "jokera medycznego".

Zobacz wideo Anglia marnuje swój potencjał! Latające kufle, awantury

Grbić odpowiedział "tak" na kluczowe pytanie. Podjął ogromne ryzyko, to jasno bije z tych powołań

Szkoda zwłaszcza Bartosza Bednorza. Ma za sobą kilka tygodni dobrego grania i zrobił wiele, żeby przekonać do siebie Grbicia. Wydawało się, że szkoleniowiec raczej nie zmieści go w "dwunastce" na turniej olimpijski, ale Bednorz powinien polecieć do Paryża w roli rezerwowego. Tymczasem w ogóle nie ma go w składzie. Może i byłaby to dla niego niewdzięczna rola i trener uznał, że Bartłomiej Bołądź lepiej sobie z nią poradzi. Jednak skreślenie postaci znaczącej tak wiele dla polskiej siatkówki ostatnich miesięcy zawsze, choćby trochę, zaboli. Zwłaszcza że to nie pierwszy raz, gdy coś dużego w jego reprezentacyjnej karierze go omija - zdobywał tylko medale Ligi Narodów i zeszłoroczne złoto mistrzostw Europy. To, że zamiast niego jako "joker medyczny" na igrzyskach będzie Bołądź, można uznać za sporą niespodziankę. Atakującego wielu widziało w kadrze lub skazywało na skreślenie przez Grbicia, ale nie bycie tym jednym rezerwowym.

Więcej niespodzianek trudno się jednak doszukiwać. Już od dłuższego czasu jasne było, że Grbić ma przed sobą dość konkretny dylemat: postawić na sprawdzoną grupę, wokół której budował kadrę od dwóch lat, czy zdecydować się na tych, którzy prezentują najlepszą dyspozycję w tym momencie. W tej pierwszej byli choćby Aleksander Śliwka i Łukasz Kaczmarek, których dyspozycja po problemach ze zdrowiem i formą nadal nie jest najlepsza. A nawet można się o nią martwić. Na ich tle naprawdę dobrze wyglądali Bartosz Bednorz i Bartłomiej Bołądź - od połowy maja zrobili wszystko, żeby Grbić postawił właśnie na nich. Mieli mecze, w trakcie których błyszczeli, a gdyby uśrednić ich formę, wyglądali lepiej od rywali na pozycji. Wielu sprowadzało zatem wybór Serba do pytani: czy doświadczeniem i postawą w kluczowych meczach zeszłych sezonów wierni żołnierze Grbicia są w stanie obronić się przed tymi, którzy obecną formą próbują go do siebie przekonać?

A może bardziej wprost: czy przywiązanie Grbicia do tych zawodników będzie silniejsze od niepokoju, że mogą nie dojechać z formą na igrzyska, podczas gdy inni pokazywali, że są w stanie grać lepiej od nich tu i teraz? I Serb jakby właśnie odpowiedział "tak".

Każdy, kto zna Grbicia, wie, że gdy ten raz postawi na kogoś przed wielką imprezą, daje mu spory kredyt zaufania. Dlatego można było podejrzewać, że jest bliżej wskazania na Łukasza Kaczmarka, a nie Bartłomieja Bołądzia, czy dania kolejnej szansy Olkowi Śliwce. I to pomimo faktu, że to, co widzieliśmy podczas Ligi Narodów, takiego wyboru nie sugerowało. Oczywiście, Serb ma znacznie szerszy obraz, powiększony o dyspozycję Polaków na treningach i wszystko to, do czego dziennikarze i kibice nie mają dostępu. Jednak z tych powołań bije jasno, że Grbić trzyma się planu, który obrał sobie dwa lata temu - nie wykonuje nerwowych ruchów, zwłaszcza przed turniejem, dla którego obejmował reprezentację Polski.

Paradoksalnie w ten sposób podejmuje ogromne ryzyko. Na razie jest przekonany, że Śliwka czy Kaczmarek, będą gotowi, gdy przyjdzie do walki w najważniejszych meczach w Paryżu. To może okazać się błędem, a krytycy dostaną przestrzeń do polemiki ze szkoleniowcem i jego decyzjami na złotej tacy. Tym Grbić nie zwykł się jednak przejmować. To odważna i zgodna z jego filozofią decyzja, ale trzeba dodać, że na ten moment tworzy spore zagrożenie. Że tym razem nos Grbicia go zawiedzie, choć nikt w Polsce mu tego nie życzy.

Nawet siatkarze mieli tego dość. Ten ruch Grbicia był niepotrzebny

Serb nie ukrywał, że podjęcie decyzji o tym, kogo zabierze ze sobą na igrzyska w Paryżu, nie jest dla niego łatwym zadaniem. Zazwyczaj nie pokazuje wielu emocji, chyba że jest wściekły, ale przy poruszaniu tego tematu widać było, że Grbić nikogo nie gra. Nie stara się być twardzielem i mówić, że dla niego to nic. Jednocześnie nie odsłaniał dziennikarzom pełni tego, co rozgrywało się przez ostatnich kilkanaście dni w jego głowie. 

Podchodził do tego jak do obowiązku. Z jednej strony sumiennie, bo do końca sprawdzał kolejne warianty i dawał swoim zawodnikom szanse. Z drugiej dało się też odnieść wrażenie, że sam trochę dziecinnie odkładał tę przykrą powinność tak długo, jak tylko mógł. Zwłaszcza gdy nie ogłosił kadry po finałach Ligi Narodów i kazał na nią czekać wszystkim, w tym siatkarzom, jeszcze tydzień. Wydaje się, że zupełnie niepotrzebnie. - Zawodnicy mogą się cieszyć, że najgorsze mają już za sobą, u mnie ta najgorsza część jest dopiero przede mną - przyznał wówczas Grbić. I choć nikt nie odbierał mu prawa do myślenia nad kluczową decyzją tak długo, żeby był do niej przekonany, wielu nie rozumiało i pytało: "czemu on robi to sobie i swoim siatkarzom?".

Bo nerwy udzielały się wtedy już także zawodnikom. - Możemy różne rzeczy opowiadać i mówić, że wypieramy tę rywalizację z głowy. (...) Ja już jestem zmęczony tym procesem i wiem, że moi koledzy również. Wielki szacunek, że zebraliśmy się i wygraliśmy ten brązowy medal - mówił po meczu o trzecie miejsce Ligi Narodów ze Słowenią w Łodzi Bartosz Kurek. Kapitan kadry podkreślał, że jest dumny, że zespół przetrwał tak trudny okres niepewności przed decyzją Grbicia w tak dobrej atmosferze. Te słowa - i to z ust zawodnika, o którym nie można powiedzieć, że miał o co się obawiać przed wskazaniem składu przez trenera - pokazywały, jak bardzo potrzeba, żeby ten okres już zamknąć.

Nawet ci, których na koniec wybory Grbicia zabolały najbardziej, woleli, żeby ten moment poznania decyzji mieć już za sobą. W grupie, choć rywalizacja dla większości zawodników nie była tematem tabu, podchodziło się do tego normalnie. - Jak żyjesz w zawodowym sporcie kupę lat, czujesz rywalizację, tę presję i ciśnienie, to po prostu wchodzi ci w krew. I to nie jest tak, że idziesz na trening i myślisz, że musisz być lepszy od swojego przeciwnika. Po prostu robisz swoje, pokazujesz swoje umiejętności i starasz się sprzedać to wszystko trenerowi. Tak, żeby on zobaczył w tobie "to coś". Na koniec liczysz, że to ty będziesz grał. A jak nie, to akceptujesz to i czekasz na swoją szansę. I myślę, że każdy z nas tu ma takie podejście. Nikt nikomu źle nie życzy, wszyscy pchamy ten wózek pod szyldem "polska siatkówka" w jedną stronę, bo to jest najważniejsze. I czasem trzeba swoje ambicje schować do kieszeni - mówił nam przed finałami Ligi Narodów w Łodzi Kuba Popiwczak. I dziś jest właśnie jednym z tych, którzy te ambicje chowają.

Koniec z bólem głowy i wątpliwościami. Grbić zasłużył na zaufanie, a teraz powinno mu się pracować łatwiej

Choć teraz Grbić pozbył się pewnej części ciężaru odpowiedzialności za swoją decyzję, bo wszyscy w końcu ją poznali, to pewnie wcale nie były jego najszczęśliwsze dni w roli szkoleniowca Polaków. Przekazywanie bolesnych decyzji zawodnikom jest zdecydowanie najmniej przyjemnym zadaniem, którego może doświadczyć trener na tym poziomie. Zwłaszcza tak silnej drużyny jak reprezentacja Polski siatkarzy, gdzie Grbić musi sobie zdawać sprawę, że taki komfort wyboru zawodników do swojego zespołu chciałoby mieć wielu szkoleniowców.

Gdyby zastosować tu zabieg znany z muzycznych teleturniejów i umożliwić innym krajom "kradzież" odrzuconych przez Grbicia siatkarzy, możliwe, że do Paryża każda kadra zabrałaby co najmniej jednego Polaka. Jednak tak się nie dzieje i Grbić, choć wie, że jego żołnierze mają za sobą dwa lata służby z oddaniem, pasją i wielką siatkarską jakością, kilku z nich musi podziękować. A potem to przekazać. Najgorsze już za nim.

Grbić wybrał, ale jeszcze co najmniej przez 20 dni nikt nie będzie wiedział, czy postąpił słusznie. Łącznie z nim samym. I wydaje się, że Grbiciowi z tym dobrze, a przynajmniej lepiej niż z ciągłym zastanawianiem się, na kogo postawić w składzie na igrzyska. Nie analizuje już, czy może zrobić tak czy inaczej, nie podważa własnych myśli. Za to musi oswoić się z tym, że niczego już nie zmieni. I zgodnie ze swoim charakterem raczej nie ma już problemu, jest już przywiązany do swoich wyborów. Koniec z bólem głowy, nieprzespanymi nocami i pytaniem samego siebie, czy robi dobrze.

I w taki sposób Grbiciowi powinno się pracować o wiele łatwiej. Oczywiście, jeśli popełnił błąd, to ma już bardzo małe możliwości, żeby ograniczyć jego wpływ na grę drużyny oraz wynik. Wcześniejszymi wynikami zasłużył sobie jednak, żeby mu w tym wszystkim zaufać. Żeby trwać przy tym, że to on ma największe pojęcie o tym, co zrobić w tak kluczowym momencie jak teraz. Może już zostawić za sobą wszelkie wątpliwości i myśleć tylko o tym, co przed nim. A ma przed sobą pustą drogę do jasnego celu: pierwszego medalu polskiej siatkówki na igrzyskach od 48 lat.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.