Dramat reprezentanta Polski. Jego pominął Grbić. "Wnosił dużo dobrego"

Jakub Balcerski
- Nikola Grbić nie ma większych wątpliwości wobec swoich zawodników, bo bardzo skrupulatnie realizuje to, co sobie wypracował. Ma wizję i wprowadza ją w rzeczywistość krok po kroku - mówi o wyborach serbskiego trenera polskich siatkarzy w składzie na igrzyska olimpijskie były kapitan reprezentacji Polski, Marcin Możdżonek. Wskazuje także, kto może czuć się największym przegranym po decyzji Grbicia.

Na ten dzień czekaliśmy bardzo długo. Nikola Grbić w niedzielę po południu wreszcie podał tak wyczekiwane przez siatkarskie środowisko w Polsce trzynaście nazwisk zawodników - dwunastu do gry i jednego rezerwowego, którzy polecą na igrzyska olimpijskie w Paryżu.

Zobacz wideo Anglia marnuje swój potencjał! Latające kufle, awantury

Wystąpią na nich atakujący Bartosz Kurek i Łukasz Kaczmarek, Marcin Janusz i Grzegorz Łomacz na rozegraniu, Kamil Semeniuk, Wilfredo Leon, Aleksander Śliwka i Tomasz Fornal w przyjęciu, Mateusz Bieniek, Norbert Huber i Jakub Kochanowski w roli środkowych i Paweł Zatorski jako libero. Rezerwowym "jokerem medycznym" został atakujący Bartłomiej Bołądź. Wybory trenera Nikoli Grbicia, w tym nieobecność Bartosza Bednorza czy Jakuba Popiwczaka, w rozmowie ze Sport.pl komentuje mistrz świata z 2014 i mistrz Europy z 2009 roku, a także kapitan polskiej kadry, Marcin Możdżonek.

Jakub Balcerski: Jak ocenia pan skład wybrany przez Nikolę Grbicia na igrzyska?

Marcin Możdżonek: Powołana dwunastka nie jest dla mnie zaskoczeniem. Już w tamtym roku, a może i także dwa lata temu, ona wyglądała podobnie i tak ją przewidywałem. Tu bez niespodzianek. Można było dywagować teraz, a także choćby rok temu, czy Fornal, czy Bednorz, ale końcówka poprzedniego sezonu oraz to, co działo się teraz, jasno pokazały, że Fornal. Nikola Grbić nie ma większych wątpliwości wobec swoich zawodników, bo bardzo skrupulatnie realizuje to, co sobie wypracował. Ma wizję i wprowadza ją w rzeczywistość krok po kroku. Czasem lekko coś modyfikuje, jeśli coś po drodze się wydarzy, ale w sporcie trzeba być na to przygotowanym.

Wygląda na to, że postawił na sprawdzoną grupę, którą Serb sobie wybrał i przygotowuje od dwóch lat. A trzynasty zawodnik - Bartłomiej Bołądź, który będzie rezerwowym? Użycia go w tej roli się pan spodziewał?

- Trudno powiedzieć, jak ma się czuć Bołądź: pechowiec czy szczęśliwiec? Będzie mieszkał poza wioską, jeśli nie zagra, to nie będzie traktowany w pełni jako olimpijczyk. Taka niewdzięczna rola, to niezbyt komfortowa sytuacja także dla całej drużyny. Jednak Międzynarodowa Federacja Siatkówki (FIVB) nie potrafi wylobbować w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim (MKOl) takiej rzeczy, powiększenia kadr. To przykre, bo kolejne igrzyska i znów jest ten sam problem. To pokazuje słabość naszej dyscypliny na tle innych.

Co do samego użycia Bołądzia to nie wiem, czy jest jakiś problem, czy problemik z atakującymi, bo nie jesteśmy wewnątrz drużyny. To Grbić widzi ich codziennie. On tym steruje, zawiaduje i wie najwięcej. Podjął taką decyzję i ja ją w pełni akceptuję. Ufam trenerowi, że to było najlepsze, co można było zrobić w tym momencie. Aby zabezpieczyć reprezentację i wynik, bo to on nas interesuje.

Gdy obserwował pan Łukasza Kaczmarka w trakcie finałów Ligi Narodów w Łodzi, był pan pewny, że poleci do Paryża? Bołądź rzucił mu spore wyzwanie.

- Tylko że jedna jaskółka, czy jeden mecz, wiosny nie czyni, parafrazując to powiedzenie. Kaczmarek to zawodnik sprawdzony w boju. Wygrywał nam Ligę Narodów w Gdańsku, cały zeszły sezon był w jego wykonaniu niesamowity. Teraz pojawił się jakiś dołek i obniżka formy, ale Grbić widzi, że jest jeszcze na pograniczu takim, żeby go zabrać, żeby był w składzie. Gdyby coś się działo, może pojawić się Bołądź.

To jest też dramatem Bartosza Bednorza. Wnosił dużo dobrego, był człowiekiem, który potrafił grać w tych trudnych, najważniejszych momentach i mógłby się przydać. Ale to jest już tylko pisanie palcem na wodzie. Możemy wracać do słabości FIVB i siatkarskich federacji. Bez nich tego problemu mogłoby nie być.

Bednorz mógł zrobić więcej, żeby znaleźć się w składzie na igrzyska?

- Nie. Moim zdaniem zrobił wszystko. Decyzję podejmuje trener, on za nią odpowiada. Czasami nie da się zrobić więcej, a i tak w składzie się nie zmieścisz. Grbić ma swój plan i go realizuje. A Bednorza nie ma w jego planie.

Można było się jeszcze zastanawiać nad pozycją libero, ale wiele osób mówiło, że już podczas finałów Ligi Narodów było widać, że Kuba Popiwczak przegrał walkę z Pawłem Zatorskim i to na niego postawi Grbić. Zgadza się pan?

- Nie wiem, czy przegrał tę szansę. Paweł Zatorski to nasza ikona, człowiek, którego nie można zlekceważyć. Jeśli wszystko zgadza się w statystykach i liczbach, a bilans przyjęcia do obrony jest wystarczający dla polskiej kadry, to niech Paweł gra. Jest doświadczony, z niejednego siatkarskiego pieca jadł chleb, ma medale mistrzostw świata, czy mistrzostw Europy. Kto jak nie on?

Przed Polakami ostatnia prosta przygotowań do igrzysk. W ostatnich latach w tym momencie pojawiało się sporo ciężaru treningowego i w spotkaniach tuż przed główną imprezą widzieliśmy kadrę na zaciągniętym hamulcu. Teraz powinno być tak samo?

- Różni trenerzy różnie do tego podchodzą. Przede wszystkim Grbić będzie miał teraz święty spokój. W pewnym sensie. Zawodnicy też będą mogli skupić się tylko na sobie, na pracy i grze w reprezentacji. Na szlifowaniu tego, co jest. Oni już nic nowego nie zbudują. Mają wszystko, trzeba to dopracować, dopieścić i tyle. I jazda 27 lipca na parkiet.

Czyli można powiedzieć, że spadł największy ciężar - ten pozaboiskowy, dotyczący dyskusji o składzie?

- Tak. Teraz już wszystko jasne, wszystko wiadomo. Można zacząć "Misję Paryż".

A z nią przyjdzie inny ciężar - ćwierćfinału, którego siatkarze nie mogą przejść na igrzyskach od 20 lat? Czy tym razem nie trzeba będzie o tym wspominać?

- Jesteśmy faworytami do złota na tym turnieju. Dlatego nie możemy się przejmować ćwierćfinałem. To złe podejście. Każdy z tych ćwierćfinałów, w których odpadaliśmy z igrzysk w ostatnich 20 latach, był przegrany w zupełnie innych okolicznościach. Jedyne co łączy te porażki to ten sam etap gry na igrzyskach. Poza tym nie mają ze sobą nic wspólnego.

Czyli teraz jest potencjał na to, żeby było inaczej i nie należy się na tym skupiać?

- Nazwałem ich faworytami do złota, więc tak, jak najbardziej.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.