Przygnębiające sceny po meczu Polek. Straciły historyczną szansę

Jakub Balcerski
Polskie siatkarki nie zostaną - jeszcze - drugim najlepszym zespołem na świecie. Od drugiego seta środowego meczu były bezradne przeciwko Brazylii i nie przeskoczą jej w rankingu Międzynarodowej Federacji Siatkówki (FIVB). To jednak dopiero pierwsza porażka w tym sezonie i lepiej skupić się nad tym, jak skorzystać z niej w przyszłości, niż rozpaczać, że nie udało się jej uniknąć.

Opuszczone głowy zawodniczek, głębokie westchnięcia i skrzywione miny trenera Stefano Lavariniego i taniec radości po stronie rywalek - to widok, do którego w tym sezonie w meczach polskich siatkarek się nie przyzwyczailiśmy. A tak właśnie wyglądał krajobraz po porażce 1:3 (25:22, 17:25, 17:25, 16:25) z Brazylią otwierającą turniej w Hong Kongu.

Zobacz wideo Polacy gotowi na Euro!

To był mecz wielkiej szansy dla Polek, bo jeszcze przed meczem wiadomo było, że jeśli pokonają Brazylijki, nawet w tie-breaku, to przeskoczą je w rankingu FIVB. Zajmowałyby w nim wówczas drugie miejsce - oczywiście najwyższe w historii. Ale spotkanie poukładało się tak, że szansa na bezpośrednie zwycięstwo z wiceliderkami rankingu i awans z trzeciej pozycji uciekła. Brazylijki (389,12 punktu) za zwycięstwo w czterech setach zyskały 6,99 punktu i mają już 22,95 punktu przewagi nad Polkami (366,17 punktu). Tracą też zaledwie 1,57 punktu do pierwszych Turczynek.

Jeśli z kimś przegrywać, to z Brazylią. Ale Polki nie chciały się jej obawiać

Poprzednie trzy spotkania z Brazylijkami okazały się porażkami Polek. W meczu o punkty ostatnio pokonały je cztery lata temu - także w Lidze Narodów, po tie-breaku, ale w zupełnie innych okolicznościach. Teraz były drugą niepokonaną obok nich drużyną tegorocznych rozgrywek i najgroźniejszą, a przynajmniej najwyżej sklasyfikowaną w światowym rankingu, z którą przyszło im grać w fazie zasadniczej obecnego sezonu LN. Słowem: jeśli z kimś przegrywać, to właśnie z Brazylią. To jej zawodniczki Stefano Lavariniego mogły obawiać się najbardziej.

Z drugiej strony: czemu od razu się obawiać? Skoro Polkom od połowy maja idzie tak dobrze, nie dają się złamać nawet w najgorszych momentach i to one są postrachem każdego kolejnego rywala, to na tego najtrudniejszego należało się nastawić bojowo. Zwłaszcza że turniej w Hong Kongu ogółem przyniesie tej drużynie największe wyzwania od początku rywalizacji w LN: czterech bardzo wymagających przeciwników, bo obok Brazylijek jeszcze Chinki, Dominikanki i Tajki, ale też sprawdzian dla ich mentalu. Gdy jest się niepokonanym, im dłużej taka seria trwa, tym większa presja spoczywa na ramionach zawodniczek.

- Z biegiem sezonu wszystkie drużyny stają się coraz bardziej zgrane, więc i poziom jest coraz wyższy. Pod tym względem trzeci turniej Ligi Narodów wydaje się tym najcięższym. Co chcemy wykorzystać z tego, co wypracowałyśmy do tej pory? Wszystko. Wiemy, co mamy do poprawy i do tej pory każdy turniej wskazywał nam to, co powinnyśmy dopracować. Teraz też będziemy chciały się pokazać z jak najlepszej strony i wykorzystać każdy swój atut - mówiła przed rozpoczęciem walki w Hong Kongu przyjmująca kadry, Martyna Łukasik.

Wejście smoka Czyrniańskiej. Uratowała Polki w pierwszym secie

Początek pierwszego seta meczu z Brazylijkami wyglądał, jakby Polkom udzieliła się nieco bardzo długa podróż do Azji. Ta, choć trwała aż 25 godzin, przebiegła bez większych problemów i, jak przyznawały polskie zawodniczki, w bardzo komfortowych warunkach. Od piłki otwierającej spotkanie z Brazylijkami nie było u nich jednak widać pełnej świeżości. Ewidentnie potrzebowały też chwili, żeby wrócić do warunków meczu o najwyższą stawkę. Lavarini wybrał dość standardowy skład - Magdalena Stysiak w ataku, Joanna Wołosz na rozegraniu, Klaudia Alagierska i Agnieszka Korneluk na środku, Natalia Mędrzyk i Martyna Łukasik w przyjęciu i Aleksandra Szczygłowska jako libero, ale Polki przez chwilę wyraźnie nie mogły się odnaleźć na boisku. Podbijały niewiele piłek w obronie, popełniały błędy w ataku i były wybijane z równowagi w przyjęciu przy bardzo dobrym starcie rywalek.

Zawodziła przede wszystkim Łukasik - zakończyła tego seta bez skończonej piłki w ataku i z zaledwie dziesięcioma procentami skuteczności pozytywnego przyjęcia (zero procent perfekcyjnego). Tragiczny wynik. Niestety nie miała też wielkiego wsparcia w Natalii Mędrzyk (22 procent w ataku po pierwszym secie). Zrobiło się 4:11, a Łukasik była do zmiany. Widział to też Stefano Lavarini. Włoch zareagował i dał szansę wejścia na boisko wracającej do kadry Martynie Czyrniańskiej. Przyjmująca miała zagrać w drugim turnieju Ligi Narodów w Arlington, ale wróciła do kraju, gdy pojawiły się u niej problemy z mięśniami brzucha - te same dolegliwości, które nie pozwoliły jej pojechać na mistrzostwa świata w 2022 i mistrzostwa Europy w 2023 roku.

Po wejściu na boisko Czyrniańska wyglądała, jakby miała płomienie w oczach. Była zdeterminowana, żeby udowodnić, że zasługuje na miejsce w zespole, a jednocześnie świadoma, że potrzeba mu natychmiastowej pomocy na lewym skrzydle. To było prawdziwe wejście smoka, które uratowało Polkom walkę w tamtym secie - Czyrniańska pomogła ustabilizować przyjęcie, a w ataku pomyliła się tylko raz przy pięciu piłkach. Pobudzała też resztę drużyny - zwłaszcza Stysiak, która uzyskała w tym secie 50 procent skuteczności w ataku. Z "Czyrną" na boisku Polki dostały werwy i aż przyćmiewały rywalki pozytywną energią. Ruch Lavariniego pozwolił Polkom nie tylko zmniejszyć straty, ale i wygrać tę partię do 22. Wydawało się, że to kadra Lavariniego będzie teraz kontrolować przebieg spotkania.

Lavarini nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Brazylijki nawet nie miały okazji w siebie zwątpić

Niestety, zmiana Czyrniańskiej nie odmieniła gry Polek na dobre. Już po kilku piłkach drugiego seta były niemal zdominowane przez Brazylijki. Pojawiło się za dużo własnych błędów, łatwych piłek, które wpadały zawodniczkom Lavariniego w boisko i za mało impulsów, które pozwoliłyby uspokoić i wyrównać swoją grę. W niej Polki raz na kilka akcji potrafiły zaimponować blokiem, czy mądrymi atakami Stysiak i Czyrniańskiej, ale to było za mało. A po stronie rywalek różnicę robiło coś innego.

A konkretniej zagrywka. Może nie było tak, że Brazylijki tłamsiły nią polski zespół, ale wielokrotnie serwowały na tyle skutecznie, żeby po stronie Polek nie kleiły się akcje, a piłki latały wolno i wysoko. Były odrzucone od siatki i pozbawione swoich sporych atutów: słabe przyjęcie sprawiało, że trudno było zagrać środkiem, a do tego rzadko była możliwość, żeby skutecznie funkcjonował polski blok.

To Brazylijki grały agresywniej, szybciej i skuteczniej. Drugiego seta zdominowały od początku (4:0) i pozostało im pilnować wyniku. Polki szybko zbliżyły się do nich na dwa punkty, ale potem przewaga zwiększyła się do pięciu-sześciu, a stanęła nawet na ośmiu. Brazylijki były nie do zatrzymania. W kolejnych dwóch partiach były chyba tylko dwa momenty, gdy Polki miały swoje szanse i mogły zagrozić przeciwniczkom. W trzecim secie prowadziły 12:9, ale potem niebywałą serię dziewięciu punktów z rzędu zaliczyły rywalki. Za to w czwartym kadra Lavariniego nie wykorzystała prowadzenia zyskanego na samym początku - z 3:0 i 6:5 zrobiło się 10:13, a potem już 13:20. I gdy Polki swoją przewagę traciły, to Brazylijki nie miały już nawet okazji zwątpić w to, że wszystko pójdzie po ich myśli.

Stefano Lavarini nie potrafił znaleźć na to wszystko odpowiedzi po stronie swoich zawodniczek. Nieco pomogło wejście Magdaleny Jurczyk na środek - Polki nagle zaczęły mieć coś do powiedzenia w bloku. Jednak kilka kolejnych błędów w przyjęciu i piłki raczej ratowało się zagraniami na skrzydła, niż próbą wykorzystania środkowych. Coraz częściej po brazylijskiej stronie pojawiał się prosty schemat: przyjęcie w punkt, rozegranie do Julii Bergmann lubi Gabi i spokojny, lekki atak nad polskim blokiem w miejsce, gdzie nie było żadnej zawodniczki. Na siłę Brazylijek Polki nie miały w pewnym momencie już żadnej riposty. Magdalena Stysiak też nie odgrywała takiej roli, jak gdy gra Polek była dynamiczna i płynna, w poprzednich meczach.

Pierwsza porażka dopiero po dziewięciu meczach. I niech posłuży Polkom w przyszłości

Taka postawa i problemy Polek mogą martwić pod jednym względem: Brazylijki były pierwszym rywalem, któremu dały się ograć. Z jednej strony widać było świetną postawę dwukrotnych mistrzyń olimpijskich z Pekinu i Londynu, z drugiej słabość polskiej drużyny. Taką, do której nie jesteśmy przyzwyczajeni, więc po zobaczeniu sporej różnicy klas na boisku jest trochę szoku. A z nim przychodzi strach, że zarządzanie kryzysem w środę w Hong Kongu po polskiej stronie nie istniało.

To jednak pierwszy tak poważny sprawdzian Polek. Nie zdały go, ale warto patrzeć na pełny obraz tego turnieju i całej Ligi Narodów - to ich pierwsza porażka i przychodzi dopiero po dziewięciu meczach. Straciły tylko pięć setów, nawet Brazylijki przegrały ich o trzy więcej. Nawet jeśli w poprzednich dwóch turniejach potrafiły wyjść z każdej opresji, a tu nie udało się już przy pierwszych większych kłopotach, to nie warto przesadzać z tym, jaką wagę ma ta porażka.

Przede wszystkim Polki mają zaraz trzy kolejne okazje, żeby się odkuć. I to w meczach z naprawdę trudnymi rywalami. Może nieco słabszymi od Brazylijek, ale równie niewygodnymi i szukającymi swoich szans na turnieju. A z Brazylijkami lepiej przegrać na tym etapie Ligi Narodów, żeby swoje słabości z tego meczu przekuć w to, jak usprawnić swoją grę przed turniejem finałowym w Bangkoku. Tam polska kadra będzie chciała ogrywać rywali z najwyższej półki, żeby walczyć o medal wielkiej imprezy. Tu walczy o rozstawienie na igrzyska i stara się rosnąć z meczu na mecz. Porażka wcale w tym nie przeszkadza. Ba! Może się okazać potrzebna bardziej niż wszystkie sześć poprzednich zwycięstw.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.